Życie w Tel Avivie toczy się dalej.
Życie w Tel Avivie toczy się dalej. Fot. Shutterstock

W Izraelu dzieci dorastają w przekonaniu, że stan wyjątkowy to część codzienności, a schron to standardowy element wyposażenia domu.

REKLAMA
– Rakiety spadają na lotnisko, gdzie ty jesteś?! – słyszę zdenerwowany głos brata, gdy kilka godzin po przylocie do Izraela spaceruję spokojnie po porcie w Tel Awiwie. Na wszelki wypadek rozglądam się dookoła. Zdaję szybką telefoniczną relację: wieczór cichy i ciepły, może nieco inny niż zwykle, bo zamiast hebrajskiego w powietrzu wibruje jidysz.
Jest wakacyjna przerwa w jesziwach: ortodoksyjni haredim rozkładają się na trawie, pokrzykując raz po raz na biegające dookoła dzieci. Nagłe, stłumione uderzenie? To fale uderzają o przybrzeżne skały. – Obecności rakiet nie stwierdzam – próbuję obrócić sprawę w żart, choć już wiem, że kiepski, bo polskie media podały właśnie to, czego obawiałam się najbardziej: że kilkudniowe zawieszenie broni zostało przerwane, a Hamas ponowił ostrzał.
Nie ma wątpliwości, że to, co pojawia się w oświadczeniach Hamasu, najszybciej dociera do zagranicznych, w tym polskich, mediów. „40 rakiet” i lista potencjalnych miejsc ostrzału brzmi mocniej i lepiej się klika, niż suche doniesienia o tym, ile z tych rakiet nie dotarło do celu, albo ile z nich przechwyciła Żelazna Kopuła. Tymczasem w Izraelu życie płynie dalej: ludzie chodzą do pracy, wyjeżdżają na urlop, wieczorami kawiarnie są pełne, a na ulicach wciąż widać turystów. Do napiętej sytuacji można przywyknąć, zapewniają tutejsi, żartując, że to przyzwyczajenie wysysa się właściwie z mlekiem matki.
David i Osnat, rodzice dwójki uroczych dzieciaków, na wszelki wypadek wyjechali w lipcu z Tel Awiwu. Osnat pamięta jeszcze, jak w dzieciństwie przepłakiwała noce, gdy na rodzinny kibuc w pobliżu granicy z Libanem spadały pociski Hezbollahu. Próbuje oszczędzić swoim dzieciom stresu, choć wie, że pewnego dnia i tak będą musiały się z nim zmierzyć.
Tymczasem inne małżeństwo z Tel Awiwu, Szachar i Natasza, wypracowało w tym czasie wewnętrzne zasady bezpieczeństwa: nie oddalać się od schronów, rzadko wychodzić z domu, bardziej niż zwykle uważać na 8-miesięcznego Daniela. Gdy syreny oznajmiają nadlatujące rakiety i wszyscy razem wychodzą na klatkę schodową budynku w centrum Tel Awiwu, Szachar głośniej niż zwykle śpiewa małemu piosenki. Odwraca jego uwagę, klaszcze, gdy w powietrzu słychać wybuch rozbrojonej rakiety.
– Ale to, co tu przeżywamy, jest niczym w porównaniu z sytuacją w Sderot czy kibucach niedaleko Gazy. Kim jestem, by narzekać? – pyta retorycznie Szachar. Gdy Daniel podrośnie, pewnie nauczy go „Piosenki kodu czerwony”, którą znają wszystkie dzieci w Sderot. Jej tytuł nawiązuje do tzeva adom (hebr. „czerwony”) - kodu używanego w izraelskich mediach do ostrzegania przed nadlatującymi rakietami. Napisano ją w 2008 roku przy okazji eskalacji konfliktu, by oswoić dzieci z zagrożeniem.
I przyzwyczaić do nieustającego stanu wyjątkowego. W Izraelu, obok zrozumienia, że to nie jest zwyczajna wojna, rośnie beznadziejne poczucie, że ta sytuacja nie ma końca. Że Żelazna Kopuła może chronić tymczasowo, ale jest tylko środkiem przeciwbólowym w chorobie. I że izraelska armia, jedna z najlepiej wyszkolonych i wyposażonych na świecie, może wygrywać z równymi sobie, ale być może nigdy ostatecznie nie wygra nierównej walki z terroryzmem.
Dlatego „Piosenka kodu czerwony” robi teraz w Internecie prawdziwą furorę. I to pewnie nie koniec jej kariery.
Autorką tekstu jest dziennikarka Karolina Przewrocka, która aktualnie przebywa w Izraelu.