Rzucił pracę w korporacji... i do niej wrócił. Dziś z trudem podnosi się z porażki i próbuje wyjść z długów
Rzucił pracę w korporacji... i do niej wrócił. Dziś z trudem podnosi się z porażki i próbuje wyjść z długów Pressmaster / shutterstock.com

To nie będzie jeden z optymistycznych artykułów o ludziach, którzy pełni marzeń, odwagi i zapału odeszli z korporacji. To raczej świadectwo, jak wielkimi ryzykiem jest lansowana w mediach zmiana swojego życia, poszukiwanie work-life balnace i rozpoczęcie pracy na własne konto, a właściwie ryzyko. Historia, którą mój rozmówca bardzo niechętnie opowiada, może być przestrogą dla wszystkich, którym wydaje się, że wystarczy odejść z korporacji, aby osiągnąć sukces i być szczęśliwym.

REKLAMA
Odejście z korpo to nie bajka, która musi skończyć się happy endem. Sam napisałem kilka artykułów i przeprowadziłem serię wywiadów z ludźmi, którzy zmienili swoje życie o 180 stopni, a korpo traktowali jako kuźnię własnych umiejętności. Mają więcej czasu dla siebie, spełniają marzenia, a jeśli nawet harują, to wiedzą po co i dla kogo.
Ale niestety nie każdy jest stworzony do tego, aby być swoim własnym szefem, tak jak nie każdy, nawet najlepiej zapowiadający się pomysł na biznes, musi wypalić. Bohater tego artykułu miał genialny, jak mu się wówczas wydawało, pomysł. Chciał wykorzystać zdobyte doświadczenie i kontakty, aby "coś stworzyć". Marzył o tym, aby jego życie nie ograniczało się jedynie do bycia wysoko postawionym, ale jednak trybikiem w odtwórczej machinie.
"Po co ci to było?"
Po odejściu z korporacji Marek musiał się przeciwstawić ogromnej liczbie ludzi dookoła. Stawił czoła sceptykom i sporo zaryzykował. Jak mówi, przedsięwzięcie, które budował całkiem nieźle się rozwijało, ale zdecydowanie za wolno. Rynek technologiczny okazał się być znacznie bardziej kapryśny, niż mu się wydawało. Start up nie wypalił.
Marek

W którymś momencie nastąpiło zmęczenie materiału. Wciąż miałem motywację i byłem głodny sukcesu, ale musiałem sobie w pewnym momencie uświadomić porażkę. Mogłem w to brnąć, ale wyznaczyłem sobie granicę bezpieczeństwa, aby nie rozwalić własnej rodziny i życia.

Dziś mówi, że pomimo wielu wad korporacji, ma ona podstawową zaletę, jaką jest przewidywalność. – Ona daje ci "ciepełko", a na rynku panuje absolutnie wolna amerykanka. Wszystko zależy od Ciebie, a w praktyce od wielu czynników, na które nie masz wpływu – zauważa. Jego powrót do korporacji nie był wyborem emocjonalnym, tylko racjonalnym. – Musiałem to zrobić, aby dalej funkcjonować – wyjaśnia.
Jako jeden z największych problemów wskazuje zachowanie "wujków dobra rada". – To, co blokowało mnie przed przyznaniem się do porażki, to świadomość , że przyjdą tacy, którzy stwierdzą "to było oczywiste od samego początku, że to się nie uda" – mówi. Twierdzi, że ludzie wręcz czerpali przyjemność z mówienia, że mu się nie uda. Niestety, tym razem mieli rację.
logo
Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta
Korpo to nie więzienie
Tomasz Wiśniewski, autor bloga rzucamprace.pl przez piętnaście lat pracował w firmach i korporacjach. W tym czasie przez dziesięć lat zastanawiał się, czy odejść i jaką firmę założyć. Robił to, dopóki nie zdał sobie sprawy, że wcale nie musi. Jak mówi, nie dziwi go historia bohatera tego artykułu, bo jego zdaniem żaden z pracowników korporacji nie ma kompetencji, żeby samodzielnie prowadzić biznes.
Tomasz Wiśniewski

Szczególnie po korporacji jesteśmy przyzwyczajeni, że odpowiadamy za bardzo wąską działkę. A w biznesie trzeba się nauczyć "żonglować kilkunastoma piłeczkami na raz". Trzeba stworzyć zespół, który będzie uzupełniał nasze braki, bo sami na dłuższą metę długo nie pożonglujemy.

Wiśniewski rozumie, że Marek nie chce ujawniać swojego prawdziwego imienia i nazwiska, bo mało kto się chwali, że musiał wrócić do korpo. – To jednak przyznanie się do porażki, ale słyszałem kilka takich historii. Biznes to jak wyjście z matrixa, gdzie dopadają nas inne problemy i o wszystko musimy nagle zadbać sami. Trzeba mieć ogromną wiarę w sukces, żeby oprzeć się pokusie powrotu na ciepłą posadkę. Najczęściej słyszę od byłych pracowników korporacji, że już nigdy nie wrócą, ale są i tacy co wracają – zauważa.
Słaby jak korpoludek
– Odchodzenie z własnej inicjatywy ze świata korporacji, to niezależnie od powodów bardzo odważna decyzja  – stwierdza z kolei Maciej Balcerzak, autor bestsellera „Planeta Korporacja”. – Zostawiamy bowiem świat przewidywalny, dobrze nam znany, gdzie co najwyżej ryzykujemy własną posadą, nie inwestujemy tu własnych pieniędzy, więc nie ponosimy ryzyka finansowego, jak w wypadku własnego biznesu – mówi.
Maciej Balcerzak

Sam kilka lat temu, z dwoma kolegami, odszedłem z międzynarodowej firmy, by stworzyć własną. Mieliśmy pomysł, zewnętrznego inwestora, zbudowaliśmy zespół, ale kryzys na rynku finansowym spowodował, że „praca na swoim” trwała zaledwie kilka miesięcy. I oczywiście wróciłem do korporacji - moi dwaj koledzy zresztą też. Widocznie w korporacyjnych niewolnikach nie ma na tyle silnej motywacji, by po pierwszej porażce próbować dalej.

Zdaniem Balcerzaka, jest to właśnie skutek zbyt wielu lat spędzonych w korporacjach, gdzie w cieplarnianych warunkach powoli zamieniamy się w drapieżnika w zoo. – Potrafimy zaryczeć, wyglądać bardzo groźnie, ale prawdziwe biznesowe łowy już nas nie interesują – stwierdza.
Warto próbować?
Być może artykuł ten przeczytają również inne osoby, którym nie udało się we własnym biznesie i również musiały stawić czoła spojrzeniom i komentarzom w stylu "a nie mówiłem?". Tomasz Wiśniewski zna wiele osób, które już od 20 lat próbują stanąć na własnych, biznesowych nogach i nadal nie są jeszcze zadowoleni z tego, co zbudowali. Pomimo to, uważa, że warto próbować robić coś swojego. – "Era etatów" się kończy i według mnie, lepiej wyprzedzić to, co się będzie działo. Zmieniają się formy zatrudnienia na bardziej swobodne, coworking, praca zdalna – zauważa.
Marek nie żałuje decyzji o odejściu z korporacji, bo było to dla niego jedną z najciekawszych lekcji pokory w życiu. – Nauczyłem się sporo o sobie samym. W tej chwili, gdy znów pracuję w korporacji, widzę dużo "namiętności" wśród pracowników, wokół spraw błahych i zupełnie bezproblemowych do rozwiązania. Ja mam do nich raczej chłodny stosunek, bo zrobiłem w życiu coś bardziej ekstremalnego i rzeczy mniej ekstremalne mnie nie ekscytują. Podchodzę do nich racjonalnie i analitycznie – mówi Marek, który miał ten plus, że jego doświadczenie pozwoliło mu na szybki powrót do pracy w korporacji.
Zanim ktoś odda się marzeniom o "innym" życiu niż to, w którym liczy się realizacja narzuconych nam z góry zadań, powinien zadać sobie pytanie: co będzie, jeśli się nie uda? Wiele osób twierdzi, że nie można z góry zakładać porażki. Jednak przykład Marka pokazuje, że dobrze jest być przygotowanym również na negatywny scenariusz. Być może wizja porażki okaże się na tyle bolesna, że niektórzy docenią etat, długie weekendy i premie roczne. To, co dziś wydaje nam się przekleństwem, z innej perspektywy może okazać się tym, co nazywamy udanym życiem zawodowym.
– Nie ulegajcie iluzji, że zrobienie własnego biznesu jest jak napisanie apki i wrzucenie jej do sieci. Zbudowanie firmy to masa pracy urzędniczo-biurokratycznej, z którą się trzeba zderzyć. Trzeba mieć masę determinacji. A jeśli ktoś jest nie do końca pewny, czy jest w stanie pozwolić sobie na ogromny wysiłek, to niech sobie daruje – radzi Marek, były i obecny pracownik korporacji.