
To nie będzie jeden z optymistycznych artykułów o ludziach, którzy pełni marzeń, odwagi i zapału odeszli z korporacji. To raczej świadectwo, jak wielkimi ryzykiem jest lansowana w mediach zmiana swojego życia, poszukiwanie work-life balnace i rozpoczęcie pracy na własne konto, a właściwie ryzyko. Historia, którą mój rozmówca bardzo niechętnie opowiada, może być przestrogą dla wszystkich, którym wydaje się, że wystarczy odejść z korporacji, aby osiągnąć sukces i być szczęśliwym.
Po odejściu z korporacji Marek musiał się przeciwstawić ogromnej liczbie ludzi dookoła. Stawił czoła sceptykom i sporo zaryzykował. Jak mówi, przedsięwzięcie, które budował całkiem nieźle się rozwijało, ale zdecydowanie za wolno. Rynek technologiczny okazał się być znacznie bardziej kapryśny, niż mu się wydawało. Start up nie wypalił.
W którymś momencie nastąpiło zmęczenie materiału. Wciąż miałem motywację i byłem głodny sukcesu, ale musiałem sobie w pewnym momencie uświadomić porażkę. Mogłem w to brnąć, ale wyznaczyłem sobie granicę bezpieczeństwa, aby nie rozwalić własnej rodziny i życia.
Tomasz Wiśniewski, autor bloga rzucamprace.pl przez piętnaście lat pracował w firmach i korporacjach. W tym czasie przez dziesięć lat zastanawiał się, czy odejść i jaką firmę założyć. Robił to, dopóki nie zdał sobie sprawy, że wcale nie musi. Jak mówi, nie dziwi go historia bohatera tego artykułu, bo jego zdaniem żaden z pracowników korporacji nie ma kompetencji, żeby samodzielnie prowadzić biznes.
Szczególnie po korporacji jesteśmy przyzwyczajeni, że odpowiadamy za bardzo wąską działkę. A w biznesie trzeba się nauczyć "żonglować kilkunastoma piłeczkami na raz". Trzeba stworzyć zespół, który będzie uzupełniał nasze braki, bo sami na dłuższą metę długo nie pożonglujemy.
– Odchodzenie z własnej inicjatywy ze świata korporacji, to niezależnie od powodów bardzo odważna decyzja – stwierdza z kolei Maciej Balcerzak, autor bestsellera „Planeta Korporacja”. – Zostawiamy bowiem świat przewidywalny, dobrze nam znany, gdzie co najwyżej ryzykujemy własną posadą, nie inwestujemy tu własnych pieniędzy, więc nie ponosimy ryzyka finansowego, jak w wypadku własnego biznesu – mówi.
Sam kilka lat temu, z dwoma kolegami, odszedłem z międzynarodowej firmy, by stworzyć własną. Mieliśmy pomysł, zewnętrznego inwestora, zbudowaliśmy zespół, ale kryzys na rynku finansowym spowodował, że „praca na swoim” trwała zaledwie kilka miesięcy. I oczywiście wróciłem do korporacji - moi dwaj koledzy zresztą też. Widocznie w korporacyjnych niewolnikach nie ma na tyle silnej motywacji, by po pierwszej porażce próbować dalej.
Być może artykuł ten przeczytają również inne osoby, którym nie udało się we własnym biznesie i również musiały stawić czoła spojrzeniom i komentarzom w stylu "a nie mówiłem?". Tomasz Wiśniewski zna wiele osób, które już od 20 lat próbują stanąć na własnych, biznesowych nogach i nadal nie są jeszcze zadowoleni z tego, co zbudowali. Pomimo to, uważa, że warto próbować robić coś swojego. – "Era etatów" się kończy i według mnie, lepiej wyprzedzić to, co się będzie działo. Zmieniają się formy zatrudnienia na bardziej swobodne, coworking, praca zdalna – zauważa.
