Połączenie i rozdzielenie resortu Elżbiety Bieńkowskiej to problem i dodatkowe koszty.
Połączenie i rozdzielenie resortu Elżbiety Bieńkowskiej to problem i dodatkowe koszty. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

W listopadzie 2013 roku Elżbieta Bieńkowska stanęła na czele połączonych ministerstw rozwoju i infrastruktury. Po jej przeprowadzce do Brukseli nie ma nikogo, kto udźwignąłby prowadzenie obu tych resortów. Po roku więc wszystko będzie po staremu. Brukselski awans Donalda Tuska i Elżbiety Bieńkowskiej to wielki sukces, ale na początku trzeba będzie za to zapłacić.

REKLAMA
Elżbieta Bieńkowska zostanie polskim komisarzem, zajmie się rynkiem wewnętrznym Unii Europejskiej. Dlatego będzie trzeba znaleźć nie tylko nowego premiera, ale i nowego ministra infrastruktury i rozwoju. A właściwie dwóch, bo dzisiaj na horyzoncie nie widać nikogo, kto mógłby wejść w buty obecnej wicepremier.
Będą dzielić
Zresztą już dzisiaj politycy koalicji przesądzają los tego wielkiego ministerstwa. Wyraźniej niż wicepremier Janusz Piechociński tego powiedzieć nie można. – Jestem zwolennikiem tego, żeby podzielić ten megaresort – stwierdził w RMF FM. Argumentował, że tak wielką strukturą nie da się skutecznie zarządzać.
Bo resort, którym kieruje Elżbieta Bieńkowska to prawdziwy moloch. Pół roku temu pracowało tam prawie 2 tys. urzędników – wynika z informacji RMF FM. Niezwykle skomplikowana jest też jego struktura: obejmuje cztery działy administracji, składa się z 31 departamentów, pięciu biur i 10 sekretariatów (minister, oraz sekretarze i podsekretarze stanu). Superresort ma cztery siedziby w Warszawie oraz dwa biura zamiejscowe (Wrocław i Katowice).
Ministerstwo-przypadek
Ten gigant powstał w sumie przypadkiem. Na krótko przed zapowiadaną rekonstrukcją rządu minister infrastruktury Sławomir Nowak podał się do dymisji w związku z tzw. aferą zegarkową. I choć – jak podaje portal wnp.pl – plany połączenia obu ministerstw istniały już wcześniej, to właśnie decyzja Nowaka przesunęła projekt z fazy planów do fazy realizacji.
A ta nigdy nie jest łatwa w przypadku łączenia dwóch struktur. – Po odejściu pani premier będziemy to odkręcać – przewiduje Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. Przyznaje, że był zwolennikiem połączenia ministerstw, poza względami merytorycznymi ważnym argumentem była osobowość i umiejętności samej Bieńkowskiej.
Druga Bieńkowska?
Teraz ocenia, że ogólny bilans fuzji jest pozytywny, ale nie udało się uniknąć wpadek. – Niedoceniona była infrastruktura – zauważa Furgalski. – Zbyt lekko podchodzono do utraty pasażerów przez PKP Intercity. Tłumaczono, że to przez remonty i w grudniu pasażerowie wrócą. Według mnie to błędne założenie i odzyskanie klientów zajmie co najmniej 2-3 lata – dodaje.
– Z moich informacji wynika, że z Brukseli ma przyjść Jan Olbrycht i wziąć część transportową. Ale gdyby jednak nie rozdzielano tego ministerstwa, on mógłby sobie z tym poradzić, jest doświadczonym politykiem. I tak do wyborów zostało tak mało czasu, że już nic nowego nie wymyśli, będzie musiał dokończyć to, co zaprojektowała Bieńkowska – mówi Adrian Furgalski z ZDG TOR.
Pieczątki
Do kosztów miękkich, takich jak zakłócenie pracy ogromnej machiny urzędniczej, trzeba też dodać te policzalne. Bo kiedy łączy się lub dzieli resorty trzeba wymienić pieczątki, tabliczki, wydrukować nowe wizytówki dla kilku tysięcy pracowników. Jeśli taka zmiana zachodzi raz i na stałe – nie ma problemu. Ale nie, kiedy to tylko chwyt PR-owy, próba ratowania sytuacji po kłopotach jednego z ministrów. To koszt zapewne kilkudziesięciu tysięcy złotych, ale ministerstwo nie było w stanie odpowiedzieć nam ile dokładnie kosztowała cała operacja po odejściu Sławomira Nowaka.
Inna sprawa, że ekipa Donalda Tuska nie jest przywiązana do kształtu ministerstw, nawet tych wielkich. Po wyborach w 2011 roku podzielono Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji i na bazie tego drugiego członu utworzono Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Choć krytykowano Donalda Tuska za stworzenie ministerstwa specjalnie dla swojego bliskiego współpracownika Michała Boniego, mało kto pamiętał o rodowodzie MSWiA.
Rok to za mało
Utworzono je w 1997 roku, pod koniec rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a objął je systematycznie zwiększający swoje wpływy w partii Leszek Miller. Wtedy także mówiono, że resort powstał z przyczyn politycznych, a nie merytorycznych. Jak więc widać, żonglerka działami administracji publicznej ma w Polsce długą tradycję.
– Jeżeli podzielimy ten resort na dwa, to będzie problem, bo to dezorganizuje prace – ocenia z kolei dr Jan Znajdek, specjalista od badania zjawisk patologicznych w administracji. – Po roku nie można dobrze ocenić, czy zmiana umożliwia sprawne funkcjonowanie ministerstwa. Trzeba jednak przyjąć, że wszystkie zmiany dezorganizują pracę – dodaje.
Jak plastelina
Ekspert krytykuje też zmiany w układzie administracji podyktowane personaliami, a nie analizą merytoryczną. – Kto zna się na wszystkim, zna się na niczym. Lepiej zarządzać mniejszym organizmem, ministerstwo powinno być jak sztab, wyznaczać kierunki, a niekoniecznie brać się za działania wykonawcze – dodaje dr Znajdek. Jego zdaniem kluczowy jest rozdział obowiązków na poszczególnych szczeblach ministerstwa.
Każda władza deprawuje, co widać po siedmiu latach rządów PO. Nie dość, że partia Donalda Tuska pod rękę z opozycją właściwie zabiła Sejm jako miejsce debaty, to jeszcze ugniata administrację rządową jak plastelinę – zgodnie ze swoimi potrzebami i zachciankami. A to narusza podstawową zasadę stabilności.
Kolejne trzęsienie ziemi już w ciągu kilku najbliższych tygodni, kiedy Elżbieta Bieńkowska opuści swój (jeszcze) superresort.