
Mówisz BB, myślisz - lekki podkład. Okazuje się, że te dwie litery mogą w kosmetykach oznaczać coś zupełnie innego, nieoczekiwanego i praktycznego. I pomimo, że na hasło: „wszystko w jednym produkcie”, reaguję zwykle dość alergicznie, tym razem się nie rozczarowałam.
REKLAMA
O beauty balm, a pierwotnie blemish balm, zwanych też kremami BB było głośno już kilka sezonów temu. Nic dziwnego, w końcu koncept produktu i jego zastosowanie znalazły wiele fanek na całym świecie. Bo w BB najważniejsze jest to, że działa jak kilka produktów w jednym: nawilża skórę, chroni przed szkodliwym działaniem promieni UV i tuszuje mankamenty cery (jak lekki podkład).
Jak pisałam kilka miesięcy temu na łamach styl.natemat.pl w artykule na temat najnowszych podkładów wagi piórkowej, dziś już nie BB, ale CC, DD lub EE są wyznacznikami nowszych, lepszych składów i funkcji tych kosmetyków, zwanych kilka lat wcześniej, po prostu kremami koloryzującymi.
Ale, jak potwierdzają moje obawy najlepsi polscy makijażyści i zwykłe, takie jak ja użytkowniczki kremów BB czy CC, to kosmetyki przeznaczone wyłącznie dla cer nieproblematycznych. Kiedy mamy mankamenty i niedoskonałości do zatuszowania, sięgamy po coś mocniejszego: podkład, korektor czy kompakt. Nie mniej BB i jego wielka alfabetyczna rodzina mają i sprzedają się świetnie. I nie ma chyba marki kosmetycznej, która przynajmniej kremu BB w swoim portfolio by nie posiadała. Najwyraźniej hasło: wszystko w jednym - nadal jest nośne. Miło jest być dopieszczonym na całej linii, kompletnie. Zadbanym, ochronionym i przypudrowanym - i to za jednym zamachem!
Dlatego nie zdziwiło mnie, kiedy latem widywałam w perfumeriach kremy BB do ciała i kiedy... otrzymałam do testu ten produkt, firmowany jako 11 w 1 (sic!). Czyli BB Creme do włosów Gliss Kur.
Hasło 11 w 1 rozbawiło mnie, ale kosmetyk przetestowałam. Nie wiem czy daje moim włosom 11 różnych zjawiskowych funkcji, ale sprawdza się przy jesiennej pogodzie. Ujarzmia "chochoł", który zwykle mam na głowie, tuż po umyciu i wysuszeniu włosów. Zamiast koafiury a la Kopernik, mam dzięki kilku kroplom BB Gliss Kur, włosy, które błyszczą i są grzeczne - nie sterczą. Nie elektryzują się, nie latają we wszystkich kierunkach, nie mają suchych, postrzępionych końców. Produkt nakłada się na suche włosy i potwierdzam - można go stosować codziennie (pod warunkiem, że nie wyciśniemy na głowę całej tubki). Ja go używam na same końcówki włosów - podobno chroni je przed rozdwajaniem się - i momentalnie puch - znika. To pewnie zasługa płynnej keratyny, którą BB Creme Gliss Kur zawiera. Włosy są gładsze, bardziej lśniące i "słuchające" twojej, a nie swojej koncepcji uczesania.
Drugi produkt BB, który mnie ucieszył, to BB Creme do paznokci Orly.
Pierwszy taki preparat na świecie. All-in-one to nie lakier, który zamalowuje płytkę niczym korektor. Przeciwnie, to bardziej produkt do jej pielęgnacji. Działa, jak turbo odżywka: wygładza, nawilża oraz chroni płytkę przez promieniowaniem UV (brawo dla marki za ten patent - te z nas, które próbowały hybrydowego manikiuru doskonale wiedzą, jak bardzo lampy UV płytkę paznokcia niszczą). Genialne jest to, że rozjaśnia i usuwa przebarwienia, m.in. po czerwonym lakierze (który przyznaję się, nałożyłam bez uprzedniego pomalowania paznokci odżywką i w efekcie pożółkły). Fajne i świeże w tym produkcie jest też to, że działa niczym kremy do pielęgnacji twarzy: przeciwutleniająco, chroniąc tym samym paznokcie przed wolnymi rodnikami. Zawiera: kwas hialuronowy, dwutlenek tytanu, hialuronian sodu, kwas askrobiowy. Paznokcie są mleczne i wyglądają na zdrowe i zadbane. Naturalny efekt podoba mi się bardziej niż sztuczny "frencz" od manikiurzystki.
I w jednym i w drugim przypadku kremy BB zasługują na brawa, bo dają efekt naturalności. Naturalnie lśniące, miękkie włosy i naturalnie połyskująca, zdrowa płytka paznokcia. Jeżeli na chwilę możemy odejść od sztuczności - jesteśmy ZA!
Chcesz więcej stylu? Polub nas na Facebooku!
