
W finale widowiska dwoje akrobatów na huśtawkach przerzuca między sobą trzeciego. Są podwieszeni jakieś 8-10 metrów nad sceną. Nie widać linek asekuracyjnych. Zresztą kręcą takie salta, że chyba by się w nie zaplątali. Może jakoś inaczej się asekurują? Szef cyrku dyskretnie obserwuje spektakl: - Mam jedną zasadę, jeśli na twarzach widzów widać zachwyt lub przerażenie, jest ok. Jeśli nie ma emocji, spotykam się z artystami i wspólnie pracujemy nad podkręceniem widowiska - opowiada Gay Laliberte.
REKLAMA
35 lat temu był ulicznym grajkiem. Umiał grać na akordeonie, harmonijce ustnej i połykać ogień. Dziś kieruje największą firmą rozrywkową świata z 800 milionami dolarów przychodu. Sam Laliberte jest miliarderem, który dla spełnienia swojej zachcianki płaci 35 mln dolarów, żeby Rosjanie zawieźli go w kosmos. Jeśli nie pracuje nad przedstawieniem, gra w pokera - jak się wciągnie to potrafi przegrać 20 tys. dolarów.
Viva Las Vegas
Cyrkowa korporacja pierwszy raz przyjechała do Polski z przedstawieniem Kooza. Rozłożyła namiot na błoniach Stadionu Narodowego. Od konkurenta Zalewskiego, który akurat gra na Woli, różni się tym, że w Cyrku Słońca nie ma zwierząt. Całe show to ludzie.
Cyrkowa korporacja pierwszy raz przyjechała do Polski z przedstawieniem Kooza. Rozłożyła namiot na błoniach Stadionu Narodowego. Od konkurenta Zalewskiego, który akurat gra na Woli, różni się tym, że w Cyrku Słońca nie ma zwierząt. Całe show to ludzie.
- Nie wynalazłem cyrku na nowo, tylko opakowałem stary poczciwy biznes w nowe narzędzia: muzykę, efekty i marketing - mówił dziennikarzom Laliberte. Pochodzi z Quebecu i od dziecka chciał być artystą. Jako szesnastolatek przyłączył się do zespołu folkowego. Próbował znaleźć normalną pracę. Był serwisantem w elektrowni wodnej na tamie w Zatoce Jamesa. Po trzech dniach pracy w firmie wybuchł strajk i został zwolniony. Wrócił więc do spektakli ulicznych, gdzie spotkał Daniela Gauthier - przyszłego partnera biznesowego, z którym zorganizował letni festiwal cyrkowy w Baie-Saint-Paul.
O ich sukcesie finansowym zdecydował przypadek. W 1983 rząd Quebecu poszukiwał wykonawców, którzy uświetnią uroczystość z okazji 450-tej rocznicy odkrycia Kanady przez francuskiego badacza – Jacques'a Cartiera. Laliberté nazwał tenże festiwal „Le Grand Tour du Cirque du Soleil” i ruszył przez całą Kanadę. Zarobił pierwsze porządne pieniądze - 40 tys dolarów amerykańskich. Później pojawiła się okazja do wyjazdu do USA, a Laliberte wabiły światła Las Vegas i rynek rozrywki warty miliardy dolarów.
- Pojechaliśmy więc na Los Angeles Arts Festival. Aby przenieść cyrk do USA, wydaliśmy wszystkie rezerwy finansowe. Gdyby cyrk nie odniósł sukcesu, nie byłoby pieniędzy na powrót całej trupy do Quebecu - wspomina w wywiadzie dla magazynu Variete.
Steve Jobs cyrku
Kanadyjscy cyrkowcy byli tak dobrzy, że zgłosił się do nich menedżer Columbia Pictures z propozycją stworzenia show o budżecie kilkudziesięciu milionów dolarów. W zamian Laliberte miał oddać część udziałów w cyrku. Kanadyjczyk odmówił, ale postanowił ponownie zaryzykować. Wszystkie zarobione na zachodzie USA dolary włożył w nowy spektakl pt. "Ka".
Kanadyjscy cyrkowcy byli tak dobrzy, że zgłosił się do nich menedżer Columbia Pictures z propozycją stworzenia show o budżecie kilkudziesięciu milionów dolarów. W zamian Laliberte miał oddać część udziałów w cyrku. Kanadyjczyk odmówił, ale postanowił ponownie zaryzykować. Wszystkie zarobione na zachodzie USA dolary włożył w nowy spektakl pt. "Ka".
Wystawiany w największym kasynie Las Vegas, gdzie bilety kosztowały 170 dolarów, "Ka" przyniósł obłędny sukces.
Laliberte uznał, że otworzy kilka zagranicznych oddziałów cyrku - tak, by mógł on występować w każdym zakątku świata. Twierdził, że osobiście instruuje każdego z pracujących dla niego artystów. Obecnie przy kilkunastu spektaklach zatrudnia 4 tys. osób. Dla branży cyrkowej jest odpowiednikiem kogoś w rodzaju Steva Jobsa czy guru inwestycji Warrena Buffeta albo Billa Gatesa. Zgłaszają się o niego najlepsi na świecie akrobaci z propozycją włączenia ich do show.
Do szefa Cirque du Solei przychodzi najlepszy na świecie mistrz żonglerki. Opowiada, że opracował niesamowity numer: obraca na nogach, rękach i głowie kilkumetrowy sześcian z rurek. Laliberte i jego scenarzyści wmontowują żonglera w show. Umiejscawiają go na dziobie podwieszanego na linach statku. Na dole, w wypełnionej wodą niecce udającej ocean, pływają ziejące ogniem potwory. Próbują ściągnąć do siebie żonglera. Do tego dymy, laserowe świata i wspaniała muzyka - tak powstają spektakle Cirque de Solei.
Nie inaczej było z Sarah Guyard-Guillot, 30-letnią mistrzynią akrobatycznych skoków ze szkoły Annie Fratellini Art & Circus Academy. Przyjechała do Cirque de Solei z Paryża i wykonywała najdłuższy na świecie, zapierający dech skok w przedstawieniu „Ka”. W finałowej scenie wielkiej bitwy powietrznych skoczków zaplatała się jednak w asekuracyjną linkę i z wysokości 15 metrów spadła pomiędzy widzów. To jedyny śmiertelny wypadek w historii show.
W 2006 roku historia najbogatszego cyrkowca na świecie przyciągnęła uwagę firmy doradczej EY, organizującej globalny konkurs Przedsiębiorca Roku. Gay Laliberte wygrał konkurs w Kanadzie, a podczas międzynarodowego finały w Cannes spotkał się na scenie z polskim przedsiębiorcą Dariuszem Miłkiem, największym producentem i sprzedawcą butów w Polsce. Wygrał, co wydało mi się żałosne, w porównaniu do nie mniej ciekawej historii Polaka. Przynajmniej dopóki nie obejrzałem przedstawienia.
