Protesty w Hongkongu już określa się mianem "Rewolucji Parasolek". Nie wszyscy mieszkańcy popierają jednak postulaty demonstrantów
Protesty w Hongkongu już określa się mianem "Rewolucji Parasolek". Nie wszyscy mieszkańcy popierają jednak postulaty demonstrantów Fot. YouTube/AlJazeera

Rewolucja Parasolek („Umbrella Revolution”) – tak zaczyna się określać w mediach trwające od tygodnia protesty na ulicach Hongkongu. Ale czy chodzi w nich wyłącznie o demokrację? I czy większość Hongkończyków rzeczywiście popiera demonstracje? Oto 7 rzeczy, które trzeba wiedzieć, by zrozumieć, co dzieje się w tym gorącym regionie.

REKLAMA

1. CO SIĘ DZIEJE?

Na ulicach Hongkongu, cieszącego się pewną swobodą specjalnego regionu administracyjnego Chin, protestują dziesiątki tysięcy ludzi. Wiele szkół, sklepów i banków jest zamkniętych, komunikacja sparaliżowana, a władze bezskutecznie apelują o odblokowanie centrum finansowego, w tym głównej ulicy Queensway.
Policja użyła przeciwko demonstrantom gazu łzawiącego i pieprzowego. Kilkadziesiąt osób zostało rannych. W tym momencie konflikt utknął w impasie – funkcjonariusze służb się wycofali i liczą na pokojowe zakończenie protestów.

Hongkong to była kolonia brytyjska, która w 1997 roku została oddana pod władanie Chinom. Obiecano jej szeroki zakres autonomii, także politycznej, w ramach zapoczątkowanej przez byłego przywódcę Chin polityki „jeden kraj, dwa systemy”. Jedno z największych na świecie centrów finansowych. Wyróżnia się przejrzystym prawem, szacunkiem dla praw obywatelskich, niskimi podatkami, stabilnością polityczną. Czytaj więcej

2. KIM SĄ PROTESTUJĄCY I O CO IM CHODZI?

To przede wszystkim studenci i zwolennicy prodemokratycznego ruchu Occupy Central. Ruch ten został zainicjowany w styczniu 2013 roku przez Benny’ego Tai, profesora prawa na Uniwersytecie w Hongkongu. Aktywiści Occupy domagają się wolnych i demokratycznych wyborów gubernatora Hongkongu, które zaplanowano na 2017 rok.
Do tej pory szefa lokalnej administracji mianowały władze w Pekinie spośród kandydatów, którzy uzyskali poparcie 1/8 członków liczącego 1200 osób i wiernego chińskiej centrali komitetu nominacyjnego. Ostatnia taka nominacja miała miejsce w 2012 roku.
W konstytucji Hongkongu, czyli tzw. Basic Law, uchwalonej w latach '90., zapisano jednak, że celem, do którego trzeba dążyć, są powszechne wybory. Te w 2017 roku mają być pierwszymi przeprowadzonymi według nowych zasad – do urn może pójść 5 milionów „stałych rezydentów” regionu. Problem w tym, że Pekin zdecydował, że będą mieli ograniczony wybór: zagłosują na jednego z 2-3 polityków, których wcześniej zaakceptuje ten sam komitet nominacyjny.
Dodatkowo potencjalni kandydaci muszą zdobyć poparcie co najmniej 50 proc. członków komitetu. O tym, że nowym gubernatorem może zostać tylko polityk popierany przez Chiny, świadczy jeszcze jeden fakt. Parlament w Pekinie w sierpniu oświadczył, że kandydaci muszą „kochać kraj”, czyli Chiny kontynentalne. W innym wypadku, co oczywiście oceni komitet, będą dyskwalifikowani.
Protestujący się na to nie godzą. Co więcej, w parlamencie Hongkongu zwanym Radą Legislacyjną, demokraci zajmują 27 na 70 miejsc, a potrzeba większości 2/3, by zatwierdzić plan Pekinu. Weto jest pewne, co przy stanowczym „NIE” Chin dla wolnych wyborów musi doprowadzić do kolejnego impasu.

4. CO ROBILI DEMOKRACI?

Protesty nie rozpoczęły się kilka dni temu, a trwają od dobrych kilku miesięcy. W czerwcu ruch Occupy zorganizował nieoficjalne referendum, w którym zebrano 800 tys. podpisów pod propozycją zmiany zasad wyborów gubernatora (przy ok. 20 proc. frekwencji). 1 lipca, w rocznicę przekazania Hongkongu Chinom, odbył się największy w historii regionu marsz, w którym wzięło udział 500 tys. osób (ok. 500 osób zostało aresztowanych). Z kolei kilka dni temu 13 tys. studentów tamtejszego uniwersytetu zbojkotowało zajęcia.
Liderzy Occupy podkreślali, że okupacja miejsc publicznych to narzędzie, po które sięgną dopiero w ostateczności. I tak się stało. Benny Tai ogłosił początek „ery nieposłuszeństwa obywatelskiego”. Mówił, że nie może doczekać się, kiedy policja użyje gazu łzawiącego.
Teraz on i inni protestujący zarzekają się, że nie zejdą z ulic, dopóki nie zostaną zrealizowane ich postulaty, czyli dopóki Chiny nie zgodzą się na w pełni demokratyczne, „spełniające międzynarodowe standardy”, wybory.

5. KIM SĄ I CO MÓWIĄ ICH PRZECIWNICY?

Nie jest tak, że przeważająca część mieszkańców Hongkongu to sympatycy sił prodemokratycznych. Jedno z ostatnich badań pokazało np., że 46 proc. sprzeciwia się ruchowi Occupy, a tylko 31 proc. jest „za”. Na czele propekińskiego frontu stoją dwie siły: Cicha Większość Hongkongu i Caring Hong Kong Power. Zorganizowały kilka manifestacji, w których brały udział tysiące osób.
Poza tym aktywiści tych grup skupieni pod szyldem Alians na Rzecz Pokoju i Demokracji twierdzą, że zebrali 1,4 miliona podpisów pod petycją wyrażającą sprzeciw wobec działania sił demokratycznych.
Argumenty? Przede wszystkim sprzeciw wobec chaosu, jakie niosą za sobą działania Occupy, a który uderza w biznes i w wizerunek Hongkongu jako stabilnego regionu. Narracja jest taka, że mniejszość zwodzi opinię publiczną i wywołuje zamęt. W dodatku zawsze lepsze „coś” (wybory powszechne, ale z kandydatami zatwierdzonymi przez Pekin) niż „nic” (utrzymanie systemu z nominacją gubernatora).
Niektórzy, ci bardziej pesymistyczni, ostrzegają przed kryzysem, jaki mogą wywołać protesty. Eksperci alarmowali np., że akcje Occupy grożą sprokurowaniem wstrząsu na rynku nieruchomości. "South China Morning Post" pisał z kolei, że według dyrektorów banków konsekwencje ekonomiczne protestów mogą być bardziej dotkliwe, niż epidemia SARS w 2003 roku.
A Chiny? Oficjalny dokument opublikowany przez Pekin w lipcu stwierdził, że prodemokratyczni aktywiści błędnie rozumieją i wypaczają ideę pod tytułem "jeden kraj, dwa systemy".

6. NIECHĘĆ DO CHIN - PRAPRZYCZYNA KONFLIKTU?

Tej interpretacji przyczyn wydarzeń w Hongkongu poświęca się mniej uwagi, ale wiele wskazuje na to, że może być właściwa. Relacje regionu z Pekinem są najgorsze od 1997 roku, a z roku na rok spada poparcie dla idei autonomii – mieszkańcom Hongkongu taka opcja przestaje wystarczać.
logo
http://hkupop.hku.hk/english/
Szczególnie sfrustrowani są młodzi, którzy teraz wyszli na ulice. Wielu nie podoba się, że Chińczycy przyjeżdżają, wykupują mieszkania. Przyjezdnym przypisuje się nawet winę za tłok w metrze. Z ostatniego sondażu wynika, że 20 proc. młodych mieszkających w Hongkongu myśli o emigracji.

7. CO DALEJ?

Jeśli zgodnie z zapowiedziami lokalny parlament zawetuje proponowane przez Pekin zasady wyboru burmistrza, odbędą się one według starych reguł. Czyli, tak jak mówią krytycy Occupy, siły prodemokratyczne zostaną z niczym.
Co do sytuacji na ulicach, wiele zależało będzie od nastawienia organizatorów protestów. Jeśli pójdą na konfrontację, może zrobić się groźnie. Eksperci dopuszczają nawet wariant siłowej interwencji Chin. Tyle, że ze względu na możliwe polityczne i ekonomiczne konsekwencje, dla Pekinu to już naprawdę ostateczność.