Aplikacja, dzięki której oszukasz dyktatorów. Nowe narzędzie to komunikacyjne marzenie rewolucjonistów

Aplikacja, dzięki której oszukasz dyktatorów. Nowe narzędzie to marzenie rewolucjonistów
Aplikacja, dzięki której oszukasz dyktatorów. Nowe narzędzie to marzenie rewolucjonistów Fot. YouTube/AlJazeera
Prodemokratyczne protesty w Hongkongu po raz kolejny pokazują jak nowe media są ważne dla aktywistów. Obalają jednak mit wspaniałych mediów społecznościowych. Młodzi protestujący z parasolkami w ręku wcale nie organizują się dzięki Facebookowi czy Twitterowi. Korzystają ze specjalnej aplikacji, bo social media to miecz obusieczny.


Ciemna strona Facebooka
W Hongkongu, w odróżnieniu od Chin kontynentalnych, Facebook i Twitter są powszechnie dostępne. Teoretycznie, każdy protestujący mógłby umawiać się na kolejne demonstracje i komunikować z innymi aktywistami właśnie za pomocą tego typu mediów społecznościowych - otwartych i ogólnie dostępnych.


Jednak to, co jest w demokratycznych państwach ogromną zaletą social mediów, w dyktaturach i państwach opresyjnych jest mieczem obusiecznym. Z resztą, cała afera wokół PRISM i NSA pokazuje, że i w krajach demokratycznych nie ma jedynie jasnej strony korzystania z Facebooka. Media społecznościowe mogą w bardzo prosty sposób stać się narzędziem opresji.

A jest to możliwe dzięki opcji zgłaszania stron i profili na Facebooku jako propagujące nieodpowiednie treści lub po prostu kont spamerskich. Z jednej strony, to idealne narzędzie pozwalające tępić internetowe patologie, z drugiej - środek wprowadzania cenzury stosowany przez opresyjne reżimy.


W ciągu ostatnich kilku miesięcy Facebook zamknął konta 44 wietnamskich aktywistów i dziennikarzy, którzy nie zgadzali się z władzami. Jak do tego doszło? Ich profile były masowo zgłaszane do administratorów serwisu. Tak samo mogłoby być z kontami protestujących w Hongkongu.
Ogień się rozprzestrzenia
Dlatego też wyposażeni w smartfony aktywiści, których znakiem rozpoznawczym stały się otwarte parasole, postanowili komunikować się ze sobą korzystając ze swoich telefonów, ale pomijając internet. I nie, nie wysyłają sobie masowo SMS-ów czy po prostu dzwonią do siebie. Wiadomości tekstowe można przecież przechwycić, a rozmowy telefoniczne podsłuchać. Znaleźli inny sposób.

Ich patent na obejście opresyjnych chińskich władz nazywa się FireChat. Jest to aplikacja mobilna, która pozwala porozumiewać się ze sobą swoim użytkownikom bez konieczności podłączenia smartfonu do Wi-Fi czy sieci 3G. Wystarczy, że włączy się Bluetooth.

To właśnie dzięki tej wcale nie nowej technologii powstają specjalne zamknięte sieci lokalne, które FireChat wykorzystuje. Protestujący z Hongkongu mogą komunikować się z innymi protestującymi, którzy znajdują się w promieniu 70 metrów od nich bez obaw o to, że chińskie specsłużby przechwycą komunikaty.

Do stworzonej dzięki FireChatowi sieci nie da się tak łatwo włamać i nie da się jej wyłączyć. Żeby tego dokonać trzeba byłoby każdemu młodemu aktywiście w Hongkongu uniemożliwić włączenie Bluetootha w swoim smartfonie. Absurd.

Jak to działa?
Nie omieszkaliśmy wypróbować tej aplikacji i w naszej redakcji. Na urządzeniach z iOS działa bez zarzutu, natomiast nie wszystkie funkcje są dostępne na Androidzie. Co ciekawe, w publicznych dyskusjach bardzo aktywni są rosyjskojęzyczni użytkownicy.
Dlaczego FireChat jest tak ważny?
W czasie zeszłorocznych protestów w Turcji miałem okazję dłużej rozmawiać z jednym z moich znajomych ze Stambułu, który uczestniczył w ulicznych rozruchach i blokowaniu dewastacji parku Gezi. Opowiadał mi wtedy o tym kto i dlaczego tak naprawdę występuje przeciwko rządowi Erdogana.

Rozmawialiśmy poprzez Facebooka. Mój kolega w tamtym czasie aktywnie korzystał też z Twittera. Publikował w mediach społecznościowych zdjęcia i filmy pokazujące brutalność policji i innych służb porządkowych, ale także informował znajomych gdzie i kiedy zbierają się demonstranci.

Nagle w środku całego zamieszania kompletnie zniknął i z Facebooka, i z Twittera. Okazało się, że zaczął mieć nieprzyjemności na uczelni, ponieważ ktoś z reżimowych służb wyłapał jego aktywności w internecie i powiązał fakty. Mój kolega nie trafił do aresztu, ani nie wyrzucono go z uczelni, ale zamknął swoje social mediowe konta. Przed zniknięciem z Facebooka napisał mi jeszcze, że robi to, bo boi się większych szykan.

Dlatego FireChat jest tak ważny.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Od dziś zupełnie nowe naTemat.pl 4.0. To największa zmiana w historii serwisu
0 0Radziecki sprzęt i brak śpiworów. Żołnierz opisuje, co zobaczył w wojsku: "Nie wiedziałem, że jest aż tak źle"
0 0Hejterzy śmieją się z jego roli w filmie Tarantino. Jednak to Rafał Zawierucha "wygrał życie"
0 0"Jak po pobiciach". Chirurg z Warszawy opisał, jak "składał" twarz 19-latka – ostrzega przed hulajnogami