
Otoczona półnagimi tancerzami i tancerkami wijącymi się na rurach zaśpiewała, zatańczyła i ogłosiła się feministką. Beyonce, która karierę zbudowała w równej mierze na ogromnym talencie – wokalnym i marketingowym – co seksownym wizerunku, najpierw wystąpiła ze swoim feministycznym przesłaniem na gali Video Music Awards, a później pojawiła się na okładce sztandarowego feministycznego pisma „Ms. Magazine”. I podzieliła feministki.
Występ piosenkarki i jej deklarację, która padła między utworami o seksie oralnym na tylnym siedzeniu limuzyny, „wyrywaniu (przez mężczyznę) wisienki” i przesłaniem, że te kobiety, które Beyonce nie szanują, są dziwkami, które powinny się jej kłaniać, wyśmiała też Mollie Hemingway. Publicystce nie spodobały się klimaty sado-maso (to akurat nie powinno dziwić, w końcu remiks jednej z piosenek Beyonce znalazł się na ścieżce dźwiękowej do filmu „50 twarzy Greya”), stymulowany seks na sucho i fakt, że Beyonce epatuje publiczność kroczem. Oświadczenie piosenkarki na temat feminizmu publicystka uznała za dobry żart, choć przyznała też, że dzisiejszy feminizm to „niespójny bałagan podwójnych standardów”.
Sofia Vergara podczas gali nagród Emmy
Chimamanda Ngozi Adichie**, której definicją feminizmu posłużyła się Beyonce w trakcie swojego występu, uważa z kolei, że Beyonce ma pełne prawo do określania się jako feministka, bo „feminizm to nie jest elitarny klub, do którego trzeba być zaproszonym”. Nie uważa też, żeby argumentem przeciw przesłaniu piosenkarki był fakt, iż wygłasza je półnaga. Przeciwnie, jest zdania, że może to wzmacniać wiadomość, jaką gwiazda ma dla swoich fanek (i fanów).
Publikacja wizerunku Beyonce na okładce feministycznego magazynu z podpisem „Drapieżny feminizm Beyonce” wywołała duże reakcje w środowisku feministycznym – zarówno krytykę, jak i pochwały. Warto pochylić się nad dwoma kwestiami: kto ma prawo decydować, czy dana osoba może określać się jako feminist(k)a oraz gdzie kończy się i zaczyna feminizm. Nie tak dawno odbyły się w polskich kręgach feministycznych podobne dyskusje, tyle że dotyczące wizji i kierunku manify. Zamiast od razu ostro krytykować, warto przede wszystkim najpierw zadać sobie pytanie o fundamentalne kwestie feministyczne. Nie można przy tym pomijać kwestii niejednorodności feminizmu.
Niedawno Emily Ratajkowski udzieliła wywiadu, w którym powiedziała, że jest szczęściarą, bo może „nosić co chce, sypiać z kim chce, tańczyć tak, jak chce” – i wciąż być feministką. Podobnie jak w przypadku Beyonce – można się z takim wydaniem feminizmu i kobiecości nie zgadzać. Można polemizować. Ale nie można zabraniać kobietom prawa do pojmowania siebie i swojej kobiecości w taki sposób, który same wybiorą. Jedni wybiorą Beyonce, inni – Emmę Watson, która niedawno wygłosiła przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ poruszającą mowę na temat feminizmu. Bez wygibasów, bez golizny, bez neonów z napisem „feministka”.
