Janusz Dzięcioł: Gdy byłem strażnikiem też prowokowali mnie łobuzy. Sprawdzali, czy wymięknę
Janusz Dzięcioł: Gdy byłem strażnikiem też prowokowali mnie łobuzy. Sprawdzali, czy wymięknę Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Interwencja Straży Miejskiej w Szczecinku oburzyła Polaków i na nowo rozpoczęła dyskusję o jej likwidacji. Poseł Platformy Obywatelskiej i były strażnik miejski Janusz Dzięcioł zwraca jednak uwagę, że funkcjonariusze są niemal codziennie prowokowani i testowani. – Było takie powiedzenie w mieście "dziadka trzeba spróbować, ile jest wart". Łobuzy w mieście prowokowali bardzo często tylko po to, żeby spróbować czy nie wymięknę – mówi w "Bez autoryzacji".

REKLAMA
Panie pośle, Polacy wciąż pamiętają pana jako zwycięzcę Big Brothera, ale i strażnika miejskiego. Czy jest dziś panu wstyd za kolegów ze słynnego już nagrania interwencji w Szczecinku?
Janusz Dzięcioł: Faktycznie jest trochę wstyd, bo ta interwencja była po prostu źle wykonana. Zawsze myślałem, że ludzie którzy przejdą szkolenia i jakiś czas pracują, wystrzegają się takich błędów, jakie zostały popełnione. Nie może być tak, że człowiek który już wiele razy zakłócał porządek i była wobec niego wykonywana interwencja, był nie fair w stosunku do swojej społeczności lokalnej, sprowokuje doświadczonego strażnika miejskiego. Tak być nie może.
Prowokacja się udała.
Ludzie dobrze wiedzą, w jaki sposób zagrać strażnikowi miejskiemu czy innemu funkcjonariuszowi na nerwach. Trzeba mieć świadomość, że jak kilka razy w ciągu dnia podejmuje się interwencję, jest słabsza chwila i tak było na tym nagraniu. Chłopak dał się sprowokować i dzisiaj ponosi za to bardzo surowe konsekwencje.
Panu też puszczały czasem nerwy?
Gdy ja zostałem strażnikiem miejskim, miałem już 38 lat. Byłem najstarszy z grupy, która wtedy aplikowała do stanowiska strażnika miejskiego. Musiałem bardzo uważać, z tego względu, że było takie powiedzenie w mieście "dziadka trzeba spróbować, ile jest wart". Łobuzy w mieście prowokowali bardzo często tylko po to, żeby spróbować czy nie wymięknę, nie wycofam się lub odejdę. To psychologiczna wojna między ludźmi, którzy nie szanują prawa i próbują czy się nie uciekniesz. A jak to zrobisz, to jesteś taki, jak powiedział minister rolnictwa...
Dlaczego straż miejska nie cieszy się w Polsce szacunkiem. Czy nie przez takie sytuacje, jak w Szczecinku?
Nie, nie przez takie sytuacje. Straż miejska zajmuje się tymi problemami, którymi nie zajmuje się policja. To drobne sprawy i sytuacje zakłócania porządku. Strażnicy miejscy mogą interweniować tylko do pewnych granic i oddawać sprawę policji, która dalej ją poprowadzi. Ludzie pytają, dlaczego strażnik powinien mieć minimum średnie wykształcenie. A no właśnie dlatego, żeby potrafił człowiekowi wytłumaczyć, że popełnia wykroczenia, gdy ten nie ma nawet zielonego pojęcia, że w kodeksie wykroczeń zapisany jest dany artykuł. Na przykład naklejanie afiszy na słupy czy wyprowadzanie psa. Na początku ludzie pukali się w głowę, gdy zwracaliśmy im na to uwagę.
Jak ludzie zachowują się w trakcie interwencji?
Bardzo często jest tak, że gdy podejmuje się interwencję, to słyszymy: dlaczego mnie niepokoicie, czy nie macie innej roboty? Bardzo często mówią też: szarpiecie mnie, spokojnego człowieka, a tam lumpy na ulicy piją i tego nie widzicie. Jak strażnik miejski egzekwuje prawo w sposób prawidłowy, to prędzej czy później wytłumaczy się człowiekowi, że nie ma innego wyjścia. Ale jeśli ktoś zabiera człowieka do samochodu i tam go bije, to jest to sprawa która się nie broni.
Jestem przekonany, że ten gość dobrze wiedział, że prowokuje strażników. Zresztą w momencie, kiedy zaczął nagrywać, wiedział co z tym nagraniem zrobi.
W jaki sposób pana prowokowano?
Na przykład grupa ludzi piła na rynku alkohol. Szliśmy do nich i kazaliśmy im odejść. Oni odpowiadali nieparlamentarnymi słowami, że to my mamy odejść. Tak zaczynała się sprzeczka od słowa do słowa i trzeba było panów zawieźć na policję. To nie jest tak, że oni sami wchodzą do samochodu. Trzeba zastosować techniki obezwładniające, a jak człowiekowi wykręca się rękę to nie jest z tego zadowolony. To go boli, bo ta technika ma to do siebie, że właśnie wtedy, kiedy się jej używa, musisz zakuć w kajdanki, on zaczyna kląć i wyzywać cię od gestapowców, hitlerowców itd. Pół miasta na to patrzy, a ludzie wychodzą z założenia, że przyszedł jakiś osiłek i zabrał gościa. A gdyby się tego nie zrobiło, to być może za chwilę wyrwałby torebkę starszej pani, która ma ostatnie pieniądze. Gdzieś zawsze jest ten lepszy lub gorszy wybór.
I to może uzasadniać stosowanie siły?
Chcę jasno powiedzieć, że nie jest tak, że siły fizycznej się nie stosuje. Robi się to codziennie, w bardzo wielu interwencjach, szczególnie do osób pijanych, które są agresywne i próbują zakłócić porządek publicznych. Ale są jakieś ramy, kiedy można stosować siłę, a kiedy nie. Trzeba być człowiekiem dobrze wyszkolonym. A osoba dobrze wyszkolona nigdy nie będzie używała siły fizycznej wobec słabszych.
Straże miejskie powołują burmistrzowie, prezydenci czy wójtowie wspólnie z radą miasta lub gminy. Powstawanie straży miejskiej nie jest obligatoryjne. Kiedy gmina nie ma pomysłu na straż miejską, a władze nie wiedzą jak wyegzekwować od strażników zabezpieczanie porządku, lepiej straży nie powoływać, bo można się tylko narazić na kłopoty. Ale jeśli wiesz jak straż miejską prowadzić, to ją powołaj, bo zrobi ona dużo dobrego.