
Konwencja o zwalczaniu przemocy wobec kobiet nie wyjdzie z komisji sprawiedliwości i praw człowieka, bo posłowie PO, PiS i SP zdecydowali, że wymaga opinii konstytucjonalisty. To oznacza, że jej ratyfikacja znacznie się opóźni.
REKLAMA
Gdyby komisja nie miała uwag, głosowanie nad ustawą ratyfikującą konwencję mogłoby się odbyć jeszcze na trwającym posiedzeniu Sejmu. Tak się jednak nie stanie - konwencja poczeka kolejne kilka tygodni, bo posłowie nieoczekiwanie poparli wniosek Krzysztofa Szczerskiego z PiS o zbadanie zgodności. Głosowali za nim nie tylko partyjni koledzy Szczerskiego, ale także parlamentarzyści PO, m.in. były minister finansów Jacek Rostowski.
Oburzeni takim przebiegiem prac są politycy lewicy. "PO może dyskutować o tej konwencji, ale nigdy jej nie przyjmie, jej posłowie będą grali na dwie flanki. Wątpię, czy przyjmą konwencję do końca kadencji. Jeżeli PO chce, żeby konwencja była naprawdę przyjęta, Ewa Kopacz powinna zdyscyplinować swoich posłów" – komentuje w "Gazecie Wyborczej" Robert Biedroń z Twojego Ruchu.
Z kolei wicemarszałek Sejmu Wanda Nowicka twierdzi, że z powodu decyzji posłów ucierpią ci, których konwencja dotyczy. "Ofiarami politycznych gierek są kobiety i dzieci. Odłożenie debaty na kolejne miesiące tylko im zaszkodzi" – komentuje.
Konwencja o zwalczaniu przemocy budzi spore zastrzeżenia konserwatystów. "To szerzenie ideologii gender" – stwierdził nawet jeden z biskupów.
Źródło: tokfm.pl
