Prawdo informacji obywateli jest mniej ważne niż dochody podatkowe?
Prawdo informacji obywateli jest mniej ważne niż dochody podatkowe? Fot. Marcelo Graciolli/CC-BY-2.0

Ponad 100 tys. Węgrów wyszło na ulice Budapesztu. To jedna z największych demonstracji w krajach byłego Bloku Sowieckiego od 25 lat. Co tak oburzyło Węgrów? Ano to, że Orban chce opodatkować internet. W Polsce także masowe protesty wzbudziło zjawisko poruszające internetową społeczność, czyli ACTA. Godzimy się na to, żeby płacić wyższy VAT czy akcyzę, ale internetu już opodatkować nie damy. Dlaczego?

REKLAMA
W ciągu zaledwie dwóch dni liczba protestujących w Budapeszcie wzrosła dziesięciokrotnie. Węgrzy wyszli na ulice, ponieważ rząd Viktora Orbana chce opodatkować internet. A dokładnie rzecz biorąc, wedle pomysłów partii rządzącej, dostawcy internetu zostaną objęci daniną publiczną, która będzie naliczana w następujący sposób – opłata ma wynieść 150 forintów (ok. 2 zł) za każdy pobrany gigabajt danych.
W wyniku protestów, zaoponowano, aby podatek był ograniczony do 700 forintów miesięcznie (ok. 9 zł) dla klientów indywidualnych i 5000 forintów dla firm (ok. 69 zł). Nie zadowala to jednak protestujących, którzy domagają się, aby rząd Orbana całkowicie wycofał się z tych planów.
Usługa jak każda inna
– Podatek od internetu zagraża wolności słowa, swobodnemu przepływowi informacji i samemu internetowi. A stawka podatku tego podatku nie powinna wynosić 700 forintów, ale równe zero! – wykrzyczał w trakcie demonstracji Zsolt Varady, znany węgierski przedsiębiorca internetowy, który od lat twierdzi, że politycy zabijają przedsiębiorczość na Węgrzech.
W pierwszym odruchu serca każdego internauty to oburzenie wydaje się jak najbardziej słuszne. Jednakże, zawsze można zapytać czymże różni się internet od innych dóbr, że akurat dostępu do sieci opodatkowywać nie wolno?
Owszem, przed Orbanem jeszcze żadne europejskie państwo nie wpadło na taki pomysł. Byłby to precedens. Z drugiej strony, węgierski system podatkowy zna już inne przypadki danin, które mogą wydawać się kontrowersyjne, lecz nikt nie wyszedł na ulice, żeby się im przeciwstawić w tak masowy sposób.
Węgrzy muszą płacić podatek liniowy w wysokości 16 proc., a firmy 19 proc. Natomiast VAT na Węgrzech jest najwyższy w Unii Europejskiej – podstawowa stawka to 27 proc. Rząd Orbana w ciągu ostatnich kilku lat zdążył już nałożyć podatek bankowy dla agencji reklamowych i firm telekomunikacyjnych, co przełożyło się na wzrost cen usług świadczonych przed podmioty objęte daniną. Fidesz wychodzi z założenia, że skoro tamte usługi można opodatkować, to i internet także. I można nawet znaleźć dla takiego twierdzenia logiczne uzasadnienie.
Leonid Bershidsky, „Bloomberg”

Skoro rządy decydują się opodatkowywać konsumpcję, a większość z nich tak robi poprzez VAT czy akcyzę, to logicznym jest, że zechcą opodatkować konsumpcję internetu. Nie ma żadnego uzasadnienia wyjaśniającego dlaczego społeczeństwa, które godzą się na opodatkowanie tradycyjnej telefonii i telefonii komórkowej miałyby odrzucić daniny obciążające sieć. Infrastruktura służąca dostarczaniu internetu jest w takim samym stopniu fizyczna jak dla innych usług i ma swoje ograniczenia. Czytaj więcej

Zdaniem publicysty „Bloomberga”, podatek internetowy może przysłużyć się neutralności sieci, ponieważ nakłada na wszystkich dostawców i usługodawców takie same obowiązki.
Rządzący nie rozumieją nowej gospodarki
O ile wcześniej przytoczone argumenty można jeszcze uznać za logiczne, tak należy podkreślić absurd tłumaczenia, że użytkownicy internetu wcale nie muszą pobierać aż tylu danych na swoje komputery, a opodatkowanie pomoże powstrzymać ich niepohamowany konsumpcjonizm.
Argument „jeśli ludzie będą musieli płacić za każde reklamowe wideo automatycznie wyskakujące na Facebooku, to chętnie je zablokują” świadczy tylko o tym, że ktoś piszące tego typu stwierdzenia zatrzymał się w swojej edukacji medialnej na etapie lat 70 XX wieku lub wcześniej. Taki tok myślenia jest groźny na użytkowników - rząd nie może wiedzieć lepiej, co jest dobre dla internautów oraz firm, które straciłyby ważne źródło przychodów. A przez to płaciłyby niższe podatki lub uciekły za granicę, co i budżetowi państwa raczej by się nie przysłużyło.
Podatek Orbana ma zmusić firmy do tworzenia technologii, które będą wymagały mniejszego poboru danych? Brzmi świetnie, ale to nie jakikolwiek rząd powinien do tego motywować spółki technologiczne, lecz zapotrzebowanie rynku wynikające z upowszechnienia urządzeń mobilnych.
Edwin Bendyk, dziennikarz „Polityki”

Orbán popełnił ten sam błąd, jaki popełniał nasz rząd – nie rozumie, czym jest dziś internet, i traktuje go jak każdy inny element infrastruktury. Jak jest dziura w budżecie, to można go wykorzystać jako kolejne źródło przychodów, tak jak np. zwiększoną akcyzę na papierosy lub alkohol.

Internet jednak zwykłą infrastrukturą nie jest, nie służy jedynie – jak mówił polski klasyk Prezes – do oglądania pornoli przy piwku, tylko jest podstawową infrastrukturą tworzącą hybrydową przestrzeń autonomii. Internet nie jest dodatkiem, gadżetem (choć pewne jego aplikacje mogą jak gadżet służyć), tylko częścią przestrzeni społecznej – tworzy jeden z jej wymiarów, równie niezbędny jak inne, tzw. realne. Przepraszam, że powtarzam banały, ale wydawało się, że relatywnie młody węgierski przywódca powinien to rozumieć. Widać jednak, że rzeczywiście cała jego koncepcja suwerenności politycznej pochodzi z XIX wieku, włącznie z myśleniem o przestrzeni społecznej.
Czytaj więcej

Internet to świętość?
Jakiś czas temu za swoistą świętość uznano internet w Stanach Zjednoczonych. Powstała tam specjalna ustawa, która nosi znamienną nazwę Akt o Wolności od Podatku Internetowego. Legislatorzy w USA uznali, że wolność słowa i prawo do informacji znaczą dla społeczeństwa więcej niż przychody z podatków. Widać na Węgrzech uznano, że budżet trzeba ratować za wszelką cenę.
Zresztą, nie tylko Węgrzy mają zapędy podatkowe w kierunku internetu. Günther Oettinger, który niedługo obejmie stanowisko komisarza ds. realizacji Agendy Cyfrowej i spraw internetowych w Komisji Europejskiej, zapowiedział, że UE rozpocznie prace nad „Google-tax”, czyli podatkiem wymierzonym w wyszukiwarki internetowe.
Celem miałaby być ochrona własności intelektualnej powstałej na terenie Unii Europejskiej. Mianowicie, Google i inne wyszukiwarki miałyby płacić specjalny podatek za możliwość „wyświetlania na swoich stronach treści chronionych prawem autorskim”. Zakres treści objętych „Google-tax” ma być jeszcze doprecyzowany, tak samo jako grupa twórców, do której płynęłyby w ten sposób uzyskane pieniądze.
– Jeśli Google wykorzystuje własność intelektualną pochodzącą z Unii Europejskiej, UE ma prawo tę własność chronić i żądać zapłaty od Google – twierdzi Oettinger w rozmowie z niemieckim dziennikiem Handelsblatt.
Czy oznacza to, że w wynikach wyszukiwania lub w Google News będą wyświetlane artykuły pochodzące z unijnych serwisów tylko wtedy, jeżeli Google zapłaci za to podatek? Tego jeszcze nie wiemy, ale być może pomysł Oettingera zmierza właśnie w tym kierunku.
Problem unikania opłacania przez gigantyczne amerykańskie korporacje odpowiednich podatków w Unii Europejskiej bez wątpienia jest poważnym problemem, który nie może pozostać bez odpowiedzi ze strony Brukseli. Ale czy czasem dochody budżetowe nie są tutaj przehandlowywane za prawo do informacji?