
Prawo i Sprawiedliwość podczas wyborów samorządowych znowu uruchomi swój alternatywny system liczenia głosów. Już raz partia Jarosława Kaczyńskiego zaangażowała do tego zadania 50 tys. osób, ale nie wystarczyło to do udowodnienia rzekomych fałszerstw wyborczych. Po co więc ponownie wydawać nasze pieniądze?
REKLAMA
Jacek Sasin, mieszkający w Ząbkach kandydat Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta Warszawy przekonuje, że to doskonały pomysł. – Myślę, że jest to potrzebne, bo jednak to alternatywne liczenie głosów pokazało liczne nieprawidłowości i myślę że przez samo to, że taka akcja jest, tych nieprawidłowości będzie mniej – uzasadniał w "Kontrwywiadzie RMF FM".
Wiele hałasu o nic
To powtórzenie akcji, którą PiS przeprowadził podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wtedy w każdej komisji wyborczej partia miała swoich ludzi, którzy po wywieszeniu wyników mieli je przesłać do biura partii. Wszystko spinał system informatyczny, który porównał wyniki zebrane przez PKW z ustaleniami emisariuszy partii.
To powtórzenie akcji, którą PiS przeprowadził podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego. Wtedy w każdej komisji wyborczej partia miała swoich ludzi, którzy po wywieszeniu wyników mieli je przesłać do biura partii. Wszystko spinał system informatyczny, który porównał wyniki zebrane przez PKW z ustaleniami emisariuszy partii.
Ale efekty tej akcji były wbrew stwierdzeniom Sasina mizerne. PiS jeszcze przed wyborami przekonywał o niemal białoruskich standardach przy urnach i zapowiadało, że wyniki pracy ich systemu wstrząsną opinią publiczną. Ostatecznie skończyło się na 64 protestach, z których Sąd Najwyższy uznał jedynie 13. Nie wpłynęły one jednak na ogólny wynik wyborów.
Presja
– Każdy z takich protestów, gdyby się pojawił w Niemczech lub innym kraju UE, byłby szeroko komentowany. U nas było cicho – przekonuje w rozmowie z naTemat Anna Sikora, była posłanka PiS, która zajmuje się systemem liczenia głosów. – Nie jestem od krytykowania sądów, choć PiS krytycznie odnosi się do sądownictwa – zapewnia. – Jest mi jednak przykro, że Sąd Najwyższy podejmuje takie decyzje, bo te 13 uznanych protestów powinno skutkować wnioskami dla PKW, a tu nic z tego nie wynika – narzeka.
– Każdy z takich protestów, gdyby się pojawił w Niemczech lub innym kraju UE, byłby szeroko komentowany. U nas było cicho – przekonuje w rozmowie z naTemat Anna Sikora, była posłanka PiS, która zajmuje się systemem liczenia głosów. – Nie jestem od krytykowania sądów, choć PiS krytycznie odnosi się do sądownictwa – zapewnia. – Jest mi jednak przykro, że Sąd Najwyższy podejmuje takie decyzje, bo te 13 uznanych protestów powinno skutkować wnioskami dla PKW, a tu nic z tego nie wynika – narzeka.
Jak wynika ze słów Sikory, partii chodzi raczej nie o rzeczywiste udowodnienie fałszerstw na masową skalę, ale wywieranie na PKW presji w drobnych sprawach. Była posłanka kilkakrotnie w naszej rozmowie chwali decyzję szefa Komisji, który zdecydował, że członkowie i mężowie zaufania będą mogli zabierać kopie protokołu z liczenia głosów.
Trudne początki
Dotychczas nie było to możliwe i w tym Sikora upatruje jednej z przyczyn słabych rezultatów pracy jej zespołu. – To prawda, że tylko 68 proc. protokołów spłynęło, ale był zakaz robienia kopii i ludzie musieli wykazać się inicjatywą, by zdobyć dane, bo jeśli nie zrobili zdjęcia, to często już rano protokoły znikały – wyjaśnia. – Pierwsze koty za płoty. Teraz ludzie nauczyli się systemu, przyzwyczaili. Myślę, że teraz to zadziała lepiej – dodaje Anna Sikora.
Dotychczas nie było to możliwe i w tym Sikora upatruje jednej z przyczyn słabych rezultatów pracy jej zespołu. – To prawda, że tylko 68 proc. protokołów spłynęło, ale był zakaz robienia kopii i ludzie musieli wykazać się inicjatywą, by zdobyć dane, bo jeśli nie zrobili zdjęcia, to często już rano protokoły znikały – wyjaśnia. – Pierwsze koty za płoty. Teraz ludzie nauczyli się systemu, przyzwyczaili. Myślę, że teraz to zadziała lepiej – dodaje Anna Sikora.
W praktyce kontrolowanie wyborów samorządowych będzie rozszerzeniem tego, co robiono 25 maja. – Teraz będzie dużo więcej danych, więc podzieliliśmy kraj na dużo więcej części. Mamy ok. 2700 koordynatorów. Będziemy skrupulatnie liczyć wyniki do sejmików wojewódzkich oraz wyborów burmistrzów i prezydentów miast. W miarę możliwości także do rad powiatów i gmin – wylicza była posłanka PiS.
Zagadkowe Mazowsze
Jak relacjonuje, wykorzystany do tego zostanie system zakupiony na majowe wybory. Ile kosztował? – Nie wiem, ja tylko przekazałam jakie mają być funkcje tego systemu, ale nie brałam udziału w zakupie – przekonuje. – Wszystkim zajmuję się ja i trójka pracowników. Prowadzimy pracę bez przerwy od stycznia, szkolimy ludzi, piszemy instrukcje – mówi. Dokładne koszty poznamy więc dopiero wiosną 2015 roku, kiedy PiS złoży sprawozdanie finansowe.
Jak relacjonuje, wykorzystany do tego zostanie system zakupiony na majowe wybory. Ile kosztował? – Nie wiem, ja tylko przekazałam jakie mają być funkcje tego systemu, ale nie brałam udziału w zakupie – przekonuje. – Wszystkim zajmuję się ja i trójka pracowników. Prowadzimy pracę bez przerwy od stycznia, szkolimy ludzi, piszemy instrukcje – mówi. Dokładne koszty poznamy więc dopiero wiosną 2015 roku, kiedy PiS złoży sprawozdanie finansowe.
Emisariusze partii Jarosława Kaczyńskiego będą wszędzie. Przynajmniej taki jest plan. – Ale szczególnie chcemy uczulić członków komisji i mężów na Mazowszu. Tutaj odbywają się sytuacje z podwójnymi krzyżykami. 18 proc. nieważnych głosów na Mazowszu to nie jest norma ani w Polsce, ani w Europie – zauważa.
PiS się broni
Bo Mazowsze to czerwona, a właściwie "zielona" wyspa na mapie polskich wyborów. W tym regionie najwięcej jest głosów nieważnych, a niezwykle silną pozycję ma Polskie Stronnictwo Ludowe. Kilka dni temu socjolog dr Jarosław Flis tłumaczył to zaszłościami historycznymi, przywiązywaniem większej wagi do wyborów samorządowych i ogólnopolskich.
Bo Mazowsze to czerwona, a właściwie "zielona" wyspa na mapie polskich wyborów. W tym regionie najwięcej jest głosów nieważnych, a niezwykle silną pozycję ma Polskie Stronnictwo Ludowe. Kilka dni temu socjolog dr Jarosław Flis tłumaczył to zaszłościami historycznymi, przywiązywaniem większej wagi do wyborów samorządowych i ogólnopolskich.
– Każda akcja, która ma doprowadzić do transparentności ma sens – broni inicjatywy Beata Szydło, wiceprezes i od niedawna skarbnik PiS. – Przepisy, w tym kodeks wyborczy, nie są wystarczająco doprecyzowane, by zapewnić transparentność i jawność wyborów. W naszych działaniach nie ma niczego, co narusza prawo – zapewnia.
Ile to kosztuje?
Szydło przekonuje, że listopadowe wybory są najbardziej podatne na fałszerstwa. – Jest najwięcej kandydatów, organizują je burmistrzowie ubiegający się o reelekcję. PO i PSL wprowadziły takie standardy, że ludzie boją się mówić – ocenia wiceprezes PiS. – Proponowaliśmy zmiany w kodeksie wyborczym, które dzisiaj wydają się rzeczą normalną, na przykład w każdym lokalu powinny być kamerki, obecni rządzący nie chcieli i dlatego będziemy prowadzili naszą akcję – wyjaśnia. Ale nie jest w stanie podać jej kosztów.
Szydło przekonuje, że listopadowe wybory są najbardziej podatne na fałszerstwa. – Jest najwięcej kandydatów, organizują je burmistrzowie ubiegający się o reelekcję. PO i PSL wprowadziły takie standardy, że ludzie boją się mówić – ocenia wiceprezes PiS. – Proponowaliśmy zmiany w kodeksie wyborczym, które dzisiaj wydają się rzeczą normalną, na przykład w każdym lokalu powinny być kamerki, obecni rządzący nie chcieli i dlatego będziemy prowadzili naszą akcję – wyjaśnia. Ale nie jest w stanie podać jej kosztów.
PiS chce mobilizować swoich członków, pokazać, że jest dużą i dobrze zorganizowaną partią. Poza tym szuka wytłumaczenia przegranych w kolejnych wyborach. Ale po pierwsze. robi to za pieniądze podatników, czyli nasze. Po drugie, mocno narusza zaufanie do procesu przeprowadzenia wyborów, choć doskonale wie, że nie ma do tego większych podstaw. I który znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki, gdy partii Kaczyńskiego uda się w końcu wygrać wybory.
