
Polska należy do tak dziwnych organizacji jak Euroatlantycka Rada Morza Barentsa, Rada Arktyczna czy Międzynarodowa Rada Archiwów. Wiele z nich nie ma absolutnie żadnego wpływu na politykę. Nie dość, że musimy płacić składki członkowskie, to jeszcze wysyłamy posłów na zebrania wypełnione czczym gadaniem. Ale taki wyjazd to darmowe wczasy i okazja do kantowania.
REKLAMA
Międzynarodowa Rada Archiwów, Polsko-Singapurska Grupa Parlamentarna czy Komitet ds. Pokojowego Wykorzystania Przestrzeni Kosmicznej – to tylko kilka z ok. 350 organizacji międzynarodowych, do których należy Polska. Zapewne nikt z czytelników nie słyszał o tych instytucjach, a już na pewno nie o efektach ich działania. Głośno zrobiło się dopiero po wyprawie Adama Hofmana i kolegów.
Rozmowy, rozmowy, rozmowy
Bo większość z tych gremiów ma charakter forów dyskusyjnych, miejsc wymiany myśli i poglądów oraz nawiązywania kontaktów. Za kolejnymi "konferencjami", "szczytami", "spotkaniami" nie idą żadne realne zmiany w prawie, nie podejmuje się żadnych decyzji, które mogłyby do czegoś zmusić rządy. Bo najważniejsze decyzje zapadają na spotkaniach Rady Europejskiej albo podczas rozmów bilateralnych.
Bo większość z tych gremiów ma charakter forów dyskusyjnych, miejsc wymiany myśli i poglądów oraz nawiązywania kontaktów. Za kolejnymi "konferencjami", "szczytami", "spotkaniami" nie idą żadne realne zmiany w prawie, nie podejmuje się żadnych decyzji, które mogłyby do czegoś zmusić rządy. Bo najważniejsze decyzje zapadają na spotkaniach Rady Europejskiej albo podczas rozmów bilateralnych.
Warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób broni wyjazdów na sesje Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy dr Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Mowa tam o „obradach”, „dyskusjach”, „raportach”, „promowaniu wartości” czy „rezolucjach”. To wszystko cenne, ale dalekie od wprowadzania realnych zmian. Problemy z ratyfikacją Konwencji Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet pokazują, jak mała jest siła przebicia tej organizacji.
Egzotyka w cenie
Jednak wyjazdy na sesje do Strasburga nie są jeszcze tak kosztowne, jak spotkania znacznie bardziej egzotycznych gremiów, za które płaci Sejm. Na przykład Sesja Unii Międzyparlamentarnej oraz Stowarzyszenia Sekretarzy Generalnych odbyła się w Quito w Ekwadorze. Był marzec 2013 r., w Polsce dogorywała zima, więc wyjazd na drugą półkulę był idealnie umiejscowiony w czasie. Za prawie 140 tys. zł na 8 dni wyjechali przedstawiciele wszystkich partii. Zdążyli jeszcze wyskoczyć na Galapagos, by zobaczyć słynne żółwie.
Jednak wyjazdy na sesje do Strasburga nie są jeszcze tak kosztowne, jak spotkania znacznie bardziej egzotycznych gremiów, za które płaci Sejm. Na przykład Sesja Unii Międzyparlamentarnej oraz Stowarzyszenia Sekretarzy Generalnych odbyła się w Quito w Ekwadorze. Był marzec 2013 r., w Polsce dogorywała zima, więc wyjazd na drugą półkulę był idealnie umiejscowiony w czasie. Za prawie 140 tys. zł na 8 dni wyjechali przedstawiciele wszystkich partii. Zdążyli jeszcze wyskoczyć na Galapagos, by zobaczyć słynne żółwie.
Podróże w ładne, ciepłe i ciekawe miejsca zdarzają się dość często. W czerwcu 2013 roku trzy posłanki za niemal 60 tys. zł wybrały się do Kuala Lumpur w Malezji. Odbył się tam Światowy Szczyt Kobiet. Nie za bardzo wiadomo jak od tego poprawiła się sytuacja wszystkich kobiet, ale wiemy co z tego spotkania wyniosły polskie delegatki: niesamowite wrażenia, zdjęcia i pamiątki. 10 tys. zł więcej wydaliśmy na wyjazd czwórki polskich polityków do Singapuru.
Odlot
Ale chyba najbardziej kuriozalnie wygląda wyjazd na Gujanę Francuską (Karaiby), by obserwować start rakiety Sojuz. Trudno to nazwać inaczej, niż wycieczką, bo ośmielę się postawić tezę, że statek Gaia zostałby wyniesiony w przestrzeń kosmiczną bez asysty posła Tadeusza Iwińskiego z SLD. Podatnicy zapłacili za to niemal 6 tys. zł. W sumie za zagraniczne wojaże posłów zapłaciliśmy przez trzy lata ok. 10 mln zł.
Ale chyba najbardziej kuriozalnie wygląda wyjazd na Gujanę Francuską (Karaiby), by obserwować start rakiety Sojuz. Trudno to nazwać inaczej, niż wycieczką, bo ośmielę się postawić tezę, że statek Gaia zostałby wyniesiony w przestrzeń kosmiczną bez asysty posła Tadeusza Iwińskiego z SLD. Podatnicy zapłacili za to niemal 6 tys. zł. W sumie za zagraniczne wojaże posłów zapłaciliśmy przez trzy lata ok. 10 mln zł.
Nie wszystkie wydatki na składki członkowskie do organizacji międzynarodowych (razem ok. 1 mln zł rocznie) i na aktywność w nich polskich polityków i urzędników są bez sensu. Warto jednak zastanowić się, czy musimy jeździć na drugi koniec świata, by nawiązać kontakty z politykami zajmującymi się sprawami krajów frankofońskich czy archiwami.
Dlatego Ministerstwo Spraw Zagranicznych powinno dokonać przeglądu naszego udziału w organizacjach międzynarodowych i po prostu zrezygnować z tych, które absolutnie nic nam nie dają. Czyli z większości. Do tego Marszałek Sejmu powinien ustalić zasady wyjazdów posłów za granicę i ustalić limit kosztów takich wojaży.
