W ramach akcji #prawdziwaPolska ruszyliśmy w trasę.
W ramach akcji #prawdziwaPolska ruszyliśmy w trasę. Fot. Teodor Klepczyński

Duże miasta to po prostu inny typ zagospodarowania przestrzeni, a nie studnia niekończących się możliwości. Tych trzeba poszukać. Z takiego założenia wyszli bohaterowie mojego tekstu i zamiast zapuszczać korzenie w wielkim mieście, uznali, że łatwiej to zrobić w mniejszej miejscowości.

REKLAMA
W Wejherowie jest filharmonia, a w filharmonii kawiarnia. Czekam tam na bohaterów tekstu. W pewnym momencie podchodzi do mnie klientka.
– Menu to chyba do pani? – pyta. Pomyliła mnie z kelnerką. Tłumaczę, że tu nie pracuję i w odpowiedzi słyszę. – No i widzi pani, tak to jest jak ze wsi do miasta się wypuszczę, od razu słoma z butów wyłazi!
Mam już jasność, w Wejherowie słoma z butów na pewno wyłazić nie powinna.
Kiedy wjeżdżamy z fotografem do tego niewielkiego miasta położonego 50 km od Gdańska, w oczy rzuca nam się jedna rzecz – tabuny dzieci w wieku szkolnym maszerujące w zwartych szeregach. I pisząc tabuny wcale nie przesadzam, naliczyliśmy około dwudziestu wycieczek. A skoro są dzieci, to są i rodzice, którzy w Wejherowie mieszkają i bardzo często pracują. Moi bohaterowie nie śnią o wielkim mieście. Studiowali w dużych aglomeracjach, ale po studiach związali swoje życie z mniejszymi miejscowościami.
– Kiedy zapytałaś mnie, dlaczego po studiach w Warszawie wróciłam do małej miejscowości, to i ja zadałam sobie to pytanie. Po raz pierwszy w życiu, bo nigdy się nad tym nie zastanawiałam, to zawsze było dla mnie oczywiste – mówi mi Kasia, z którą studiowałam na Uniwersytecie Warszawskim.
Z drugiej strony, gdy powiedziałam w redakcji, że jadę zrobić materiał o ludziach, którzy po studiach wracają do swoich mieścin, usłyszałam pytanie: To tacy w ogóle istnieją?
Na nasze plany i marzenia nie starczy życia ani pieniędzy
Z Kasią i Filipem, małżeństwem z Wejherowa spotykamy się na pustej działce, tam ma stanąć ich dom. Nie chodzi jednak o to, by zaprezentowali nam swoją posesję. Bardzo chciałam poznać Trufla, ich psa – gwiazdę sieci, głuchego owczarka border collie. – Wiesz on nie jest takim przytulakiem na jakiego wygląda. Nie wyciągajcie do niego rąk, on to traktuje jak atak, ponieważ nie słyszy – tłumaczy Kasia. Trufel najpierw lata na smyczy, potem w samym kagańcu, a po kilku minutach już całkowicie oswobodzony.
logo
Kasia, Filip i Trufel. Fot. Teodor Klepczyńskim
Kasia jest z Wejherowa, a Filip z Białej Podlaskiej. Ona najpierw studiowała marketing i zarządzanie w Gdyni, a potem polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. On kończył studia w Białymstoku, jest stomatologiem.
W jaki sposób w ogóle się poznali? – Nad morzem, a dokładniej na morzu. Popłynęliśmy razem na rejs Pogorią – opowiada Kasia.
– Zanim poznałem Kasię, moje życie było bardzo poukładane i uporządkowane. Potem wszystko się przewróciło do góry nogami. Kasi wszędzie było pełno, dużo mówiła, robiła, jeździła – śmieje się Filip.
A plan był bardzo dokładny. Po studiach miał pracować w gabinecie stomatologicznym swojej mamy w Białej Podlaskiej. I rzeczywiście, kiedy wzięli ślub przeprowadzili się do tej miejscowości. Kasia jako świeżo upieczona polonistka uczyła tam w szkole, Filip leczył ludziom zęby. – Ale cały czas nam coś nie pasowało. Dużego miasta w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Ale do głowy wpadło nam Wejherowo, gdzie mieszkają rodzice Kasi.
Była tam praca dla Filipa oraz dla Kasi. – Poza tym ja lubię morze – tłumaczy Filip. Niebagatelny wpływ na decyzję o przeprowadzce miał urok tutejszych terenów. Filip jeździ na rowerze, bierze udział w maratonach. Kasia najpierw mu tylko kibicowała, potem sama zaczęła jeździć.
Obydwoje zaznaczają, że nie każde małe miasto nadaje się do życia tak jak Wejherowo. – W Białej nie jest już tak różowo – opowiada Filip. Mimo że miasta są podobnej wielkości, to wokół Białej Podlaskiej nie ma przemysłu, a wszystko trzyma się ze względu na bliskość granicy. Ludzie znajdują pracę m.in. w straży granicznej. Wokół miasteczka nie ma żadnej większej aglomeracji. Okolica jest słabo skomunikowana.
Filip

Śmiało mogę powiedzieć, że jakość życia i mentalność ludzi są zupełnie inne.

Jak zaznacza Kasia, żyją na wariackich papierach. Przeprowadzali się na dwa dni przed Wigilią. Do przeprowadzki włączyli całą rodzinę. Szóstego stycznia odebrali Trufla, pies zawsze był marzeniem Kasi. – Kiedy zorientowałam się, że jest głuchy, to była to dla mnie tragedia. No, ale przecież nie mogłabym go oddać. Skubaniec dobrze oszukiwał, reagował np. na dźwięk dzwonka. Dzisiaj już wiemy, że chodziło o wibracje, które odczuwał.
Trufel poszedł na szkolenie, a Kasia założyła blog: Życie z głuchym psem / Living with a deaf dog. – Zaczęli się do mnie odzywać ludzie z całego świata. Okazało się, że nasz czworonóg nie jest jedyny. To było fajne, bardzo mnie podtrzymało na duchu – mówi Kasia.
Filip pracował w Wejherowie, ale z czasem w jego głowie zrodził się pomysł otwarcia własnej kliniki. Dzisiaj dumnie prezentuje nam swój gabinet. Zatrudnia lekarzy i asystentki, ma najnowocześniejszy sprzęt, z dumą pozuje przy mikroskopie. – Od pierwszego dnia miałem klientów. Całe pieniądze poszły w ten gabinet, ale było warto – tłumaczy.
logo
Filip w Wejherowie zrealizował swoje marzenie – otworzył własny gabinet. Fot. Teodor Klepczyński
Kasia najpierw pracowała w szkole, potem w wydawnictwie, do którego musiała niestety daleko dojeżdżać. – Ponieważ Filip pracuje jak szalony, to ja jestem menadżerem naszego domu – śmieje się Kasia. Do Gdańska jeździ na angielski, prowadzi dwa blogi – kulinarny Dwie Lewe Ręce w Kuchni, z recenzjami literackimi oraz profil facebookowy o życiu z głuchym psem. Kupuje bilety i planuje wycieczki, bo często wyjeżdżają z Filipem, jeździ na rowerze, zaczęła biegać.
– Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy się nudzą, wystarczy otwartość na świat i zawsze znajdzie się coś ciekawego do zrobienia.
logo
W życiu nie można się nudzić, zawsze są albo obowiązki, albo przyjemności. Fot. Teodor Klepczyński
Wtóruje jej Filip – W życiu są albo obowiązki, albo przyjemności. Zawsze jest coś do zrobienia – śmieje się.
Trójmiasto jest dla nich miejscem na rekreację. Chociaż, jak sami zaznaczają, Wejherowo też ma ciekawą ofertę. Jest filharmonia, w której występują lokalni artyści, przyjeżdżają też przedstawienia z Warszawy. – Niedługo idziemy na „Nabucco” – wtrąca Kasia. Są szkoły tańca, kino, pobliskie schronisko dla psów organizuje biegi ze swoimi podopiecznymi. Kasia jest członkiem lokalnego dyskusyjnego klubu książki, omawiają tam ważne lektury. Ostatnio gościli Andrzeja Stasiuka.
– Zanim poznałem Kasię nie potrafiłem poruszać się po Warszawie. To ona pokazała mi to miasto, kiedy była na studiach. Teraz widzę, że ono nie różni się diametralnie od mniejszych miejscowości. OK., inna zabudowa, więcej ulic, ale wszystko jest kwestią przyzwyczajenia się – tłumaczy. Para nie myśli o przeprowadzce, ale zaznacza, że gdyby zaszła taka okoliczność, że musieliby zamieszkać w dużym mieście, to nie byłoby problemu, do wszystkiego da się przyzwyczaić.
Ich największym marzeniem jest wybudowanie domu oraz pojechanie na długi urlop, bo Filip cały czas nie może sobie na niego pozwolić.
Jak podkreślają, neony wielkiego miasta i zatłoczone skrzyżowania nie determinują ciekawego życia. Zapracowani i aktywni nie są tylko mieszczuchy. W Wejherowie czas wcale nie płynie wolniej, chociaż zdają sobie sprawę, że z perspektywy wielkiego miasta taka narracja może się narzucać. Nad głową przeleciał nam samolot. – Widzisz, tu wcale nie jest tak źle, czasem nam zrzucają nawet paczki żywnościowe – śmieje się Filip.
W mniejszym czasem mieście łatwiej o pracę
Maja i Marek mieszkają na wsi pod Wejherowem. Kilka domów na krzyż, tuż za płotem las. Niedawno urodził im się syn. Przyjmują nas w domu. Maja na stół wystawia cały arsenał przysmaków, ciastka, owoce, proponuje kawę. Rozmawiają ze mną jakbyśmy znali się od lat, tworzą świetną atmosferę.
logo
W Lisewie pod Wejherowem cisza aż dudni w uszach. Fot. Teodor Klepczyński
– Ja studiowałam w Toruniu muzealnictwo, Marek ochronę środowiska w Olsztynie. Spotkaliśmy się w kultowym klubie Piano w Brodnicy – wspomina Maja. Ani jednemu, ani drugiemu do głowy nie przyszło, że kiedyś będą małżeństwem. Byli po prostu w tej samej paczce.
Marek po skończeniu studiów chciał pracować w zawodzie. Zrobił magisterkę, przez rok szukał pracy w zawodzie. Chciał pracować lokalnie, chodził po urzędach, starostwach, był na praktykach, gdzie obiecano mu pracę, ale nic z tego nie wyszło. W okolicach Brodnicy jest ciężko, fatalna komunikacja, brak perspektyw. Dlatego postanowił wyemigrować do Anglii. – Zakładałem, że posiedzę tam dwa lata, skończyło się na pięciu – opowiada.
Najpierw pracował fizycznie. – Polacy pracują najciężej i niestety psują rynek, przyjeżdżają tam chyba tylko po to, by wrócić na wózku – dodaje. Postawił sobie za cel, że znajdzie pracę umysłową i udało się. Zatrudniła go firma robiąca pamiątki, był w niej jedynym Polakiem. – W międzyczasie przyjechała do mnie Maja, okazało się, że nie będziemy tylko przyjaciółmi – śmieje się Marek. To ona wymusiła na nim powrót.
Maja skończyła ochronę dóbr kultury, jest muzealniczką. – Pracowałam przez jakiś czas w muzeum i bardzo chciałam zostać w Toruniu, bo podobało mi się tam. Ale po dwóch latach pracy na umowę-zlecenie i pensji rzędu 800-900 zł uznałam, że to nie ma sensu.
Tym bardziej, że jej stanowisko pracy znajdowało się w piwnicy, dostała astmy oskrzelowej, non stop chorowała.
logo
Marek cieszył się, gdy Maja zaszła w ciążę. To ją zmobilizowało do skończenia studiów. Fot. Teodor Klepczyński
Ale podczas pracy w muzeum dowiedziała się czegoś o sobie. – Często oprowadzałam wycieczki dzieci i zobaczyłam, jaką frajdę przynosi mi praca z maluchami – opowiada. Dlatego poszła na edukację wczesnoszkolną i filologię angielską.
– Studia Mai trwały 11 lat. Byłem szczęśliwy, gdy zaszła w ciążę, to ją zmobilizowało do zakończenia edukacji. Broniła się w siódmym miesiącu – wspomina Marek.
Małżeństwo po powrocie z Anglii mieszkało w Brodnicy z mamą Marka na 40 metrach kwadratowych. Maja ciągnęła dwa kierunki i pracowała w trzech miejscach. – Zastanawialiśmy się nad wynajęciem mieszkania, ale koszty by nas przerosły – mówi Maja. Myśleli o Toruniu. Maja złożyła tam 250 podań o pracę, ale nigdzie się nie dostała. W Brodnicy zatrudnili ją z pocałowaniem w rękę.
– Paradoksalnie, czasem wykształconym ludziom jest łatwiej znaleźć zatrudnienie w małej miejscowości. Większość wykształconych ucieka, a na prowincji też są przecież potrzebni.
Pod Wejherowo sprowadził ich dom letniskowy rodziców Mai. – Musimy tylko płacić rachunki i dbać o niego. Zawsze marzyliśmy o mieszkaniu na wsi. Mam nadzieję, że kiedyś w okolicy wybudujemy własny – zwierza się Maja.
Ona dostała tu etat w szkole. – Uwielbiam to, co robię, mogę śmiało powiedzieć, że moja praca to moja pasja. We wrześniu przyszłego roku chcę wrócić do nauczania.
Marek jest fotografem, zajmuje się ślubami, ale fotografuje też koncerty. Ostatnio pracował w obsłudze fotograficznej Przystanku Woodstock.
Para w ogóle jest dość rock&rollowa. Na motocyklu zjechali Anglię. Chcieli to samo zrobić w Norwegii, ale żeby pojechać na taką wycieczkę musieli… sprzedać motocykl. Zrobili to i nie żałują. Lubią koncerty, ostatnio byli na "Hey" w Trójmieście. Teraz ze względu na dziecko muszą trochę wyhamować. – Jak jechałem na Przystanek Woodstock sam, to Maja płakała rzewnymi łzami – śmieje się Marek.
Oboje przyznają, że w oddalonym o 30 km od Wejherowa Lisowie nie da rady bez samochodu. Autobus jeździ rzadko, mieli tu podciągnąć drogę rowerową, ale nie wyszło. Z sąsiadami kontakt jest poprawny, ale bez rewelacji. – Nikt nas tutaj z koszem ciastek nie witał – mówi Maja.
Ona chce zostać pod Wejherowem, ale nie w tej miejscowości. – Dla mnie jest tu za mało ludzi, a ja lubię gadać – opowiada. Markowi samotność nie przeszkadza, nawet ją lubi. Obydwoje przyznają jednak, że okoliczna cisza jest jak balsam na duszę po całym dniu. – Zwłaszcza, gdy pracuje się z dziećmi – dodaje Maja.
Wejherowo traktują jak miejsce na zakupy. – Teraz dyskonty i supermarkety pootwierali wszędzie. Wcale nie trzeba jeździć do miasta. Jak Majka daje mi listę produktów, to przepadam w Wejherowie na długie godziny – mówi Marek.
Kiedy mały trochę podrośnie, Maja poszuka w okolicy atrakcji dla młodych matek. Obecność dużego miasta działa na nich uspokajająco, mówią, że jak ich zmęczy wieś, to zawsze na chwilę można się wyrwać do ludzi. Ale tylko na chwilę.
Jedziesz i pilnujesz, żeby się nie wykoleić
Szymon kupuje mnie od pierwszej rozmowy telefonicznej. Jest naturalny, bezpretensjonalny i mam wrażenie, że całkowicie pozbawiony kompleksów. Zupełnie nie może zrozumieć, dlaczego jego osoba mogłaby być dla kogokolwiek interesująca. – Na początku jak dzwoniłaś, to myślałem, że to w ramach pracy magisterskiej – śmieje się.
logo
Szymon to człowiek wielu zajęć i profesji. Fot. Teodor Klepczyński
Z kolei ja po spotkaniu z nim mam wrażenie, że Szymon jest tematem nie tyle na fragment reportażu, ale na całą powieść. Spotykam go na rynku, chociaż umówiliśmy się w kawiarni, siedzi na ławce, przy nim stoi rower. Macha do mnie.
– Chodzisz, rozglądasz się, no byłem pewien, że to ty – słyszę w odpowiedzi na moje pytanie jak mnie rozpoznał. Idziemy na herbatę.
– Koledzy znają mnie z tego, że zajmuję się wieloma rzeczami – mówi głośno i pewnie. Mieszka w Wejherowie z rodzicami. Jeszcze studiuje. Zrobił licencjat z oceanografii i poszedł na magisterkę, ale na razie je przerwał, bo zaczął pracę na kolei. Ale, żeby nie było, dorzucił sobie jeszcze zaoczne w nawigacji. Studiuje w Trójmieście.
– Przeprowadzka do Gdyni nie ma sensu. Wolę sobie dojeżdżać naszym metrem (tak lokalsi nazywają SKM-kę – red.), a mieszkać tutaj. Mniejsze miasto daje większe możliwości, przynajmniej dla mnie. Ja nie wyobrażam sobie dużego miasta chociażby ze względu na moje hobby. Trenuję triathlon, w mieście nie miałbym możliwości, żeby zrobić dobry trening – bardzo racjonalnie mi to tłumaczy.
– Znajomi po studiach też często tu wracają. W Wejherowie jest tak, że jak ktoś będzie chciał mieć pracę to zawsze coś sobie znajdzie. Sporo znajomych zostaje tutaj, mają tu rodzinę, oni cię popchną, poza tym w małej społeczności zawsze jakoś tak po znajomości to pójdzie. W dużym mieście są kombinacje, a tutaj ta praca jest od ręki – mówi.
Oczywiście w mniejszym mieście nie ma korporacji, ale przecież nie każdy musi w nich pracować. Rynek pracy opiera się w dużej mierze na usługach, jednak specjaliści też znajdą coś dla siebie.
– Wiesz, dużym plusem jest to, że wokół powstało sporo zakładów produkcyjnych. Robią tu m.in. okna i drzwi. Mój kumpel programista dostał pracę w takiej firmie. Dobrze płatna i w okolicy – opowiada Szymon.
logo
Szymonowi trudno byłoby zmienić miejsce zamieszkania także ze względu na jego hobby – triathlon. Tu ma świetne tereny do trenowania. Fot. Teodor Klepczyński
Kilku jego znajomych zahaczyło się w filharmonii. Z kolei on nigdy od pracy nie stronił. – Zacząłem pracować, jak tylko poszedłem na studia –wspomina. Puszczał filmy w kinie w Rumi, aż taśmy analogowe zamienili na cyfrowe i pracownicy stali się zbędni. Teraz wszystko dzieje się automatycznie, a filmy w kinie w Rumi puszczane są z Warszawy. Był też serwis rowerowy oraz praca przy rozładunku kontenerowców w porcie, bo Szymon ma prawo jazdy na samochody ciężarowe.
– A teraz to w ogóle wpadłem. Matka mi powiedziała, że szukają maszynistów do pociągów towarowych. No i uznałem, że pójdę tam na rozmowę. Ale wcale nie z zamiarem dostania pracy, chciałem zobaczyć jak wygląda taka rozmowa w poważnej firmie. No i mnie przyjęli – śmieje się.
Szymon ma gwarancję pracy na pięć lat, najpierw przez dwa lata robi płatny kurs, potem przez trzy musi go odpracować. Jeździ po swojej okolicy, przewozi gigantyczne ładunki od 1,5 tys. do 3 tys. ton.
– Takimi pociągami jeździ się inaczej. Trzeba być bardzo ostrożnym, a poza tym nie musisz się spieszyć, bo one są zawsze spóźnione – śmieje się Szymon. Ponieważ pracuje w stresujących okolicznościach, to ma więcej dni urlopu. Z tego też się cieszy, bo planuje wycieczkę do jakiegoś azjatyckiego kraju, a tam nie opłaca się lecieć na krótko. Jeździł po Europie stopem, jest zachwycony tą formą podróżowania.
– Takie podróże pokazały mi, że w Polsce naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Jest ładnie, czysto, dużo się dzieje. Jak słyszę bezustanne narzekania, jak to u nas jest tragicznie, to mi się nóż w kieszeni otwiera – opowiada mi.
Z tego co się orientuje, to nie mają tutaj problemu z emigracją, ale Szymon zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy mają tak łatwo.
– Moi koledzy ze studiów, którzy są np. z Augustowa mają spory problem i najczęściej emigrują. Tutaj miasto daje możliwości – zaznacza. I dodaje:  – Jeśli miasto nie ma oferty dla swoich mieszkańców, to nie zachęci ludzi. Mnie nie ciągnie do dużego miasta, tu mam wszystko czego mi potrzeba – pracę i spokój.
Nie podoba mu się to emigrowanie. – Państwo płaci za moje studia, a ja mam wyjechać? Chociaż wiem, że jak przez ileś tam czasu nie masz pracy, to trudno stać w miejscu – dodaje.
Nie wie co będzie za pięć lat. Chciałby dostać pracę w zawodzie, a to wiąże się z pływaniem po całym świecie. Swoje miejsce widzi jednak w Wejherowie, zamierza tu z dziewczyną wybudować dom. – Chciałbym, żeby mi się tutaj udało.
– Czasem zastanawiam się, że dziwacznie to wszystko wyszło. Zawsze myślałem o pływaniu, a skończyłem na torach. Ale wiele osób kończy inaczej niż sobie zaplanowali. Praca w kolei jest odpowiedzialna, ale jednocześnie niewymagająca. Wsiadasz, jedziesz i pilnujesz, żeby się nie wykoleić. To trochę tak jak w życiu.
Tu dobrze się żyje
Na Kaszubach rodzi się najwięcej dzieci w Polsce. Maja dodaje, że w szkole, w której pracuje w ostatnich latach podwoiła się liczba uczniów. Liczne wycieczki szkolne, które widzieliśmy w Wejherowie są tego namacalnym przykładem. Od mieszkańców dowiedzieliśmy się, że te tłumy zmierzały do Filharmonii. Grali tam "Pszczółkę Maję".
Ludzie chętnie osiedlają się nie tylko w Wejherowie, lecz także w okolicznym Bolszewie czy Luzinie. Mieszkańców nie kuszą szklane wieżowce pokazywane w telewizyjnych serialach. Jak komuś zechce popatrzeć się na szklaną konstrukcję, wystarczy pojechać SKM-ką do Gdyni i popatrzeć na Sea Tower. Kasia opowiada mi, że dzisiejsze Wejherowo niczym nie przypomina tego sprzed dziesięciu lat. Jest ładniejsze i pełne życia. Cieszy odnowiony park. – Można tu zabrać dziewczynę na spacer – zaznacza Szymon.
Wszyscy bohaterowie podkreślają, że w rozwoju miejscowości niebagatelną rolę odgrywa lokalne metro, czyli SKM-ka, to ona przybliża większe miasto, a jego bliskość działa uspokajająco. Chociaż, jak podkreślają mieszkańcy Wejherowa, prawdziwy spokój można odnaleźć przede wszystkim poza dużą aglomeracją.