
Wczoraj w Korei Południowej odbywały się egzaminy na studia. Wstrzymano ruch lotniczy, biura otwierano później, wojsko i policja dowoziły spóźnionych studentów na uczelnię. Dlaczego dostanie się na uniwersytet jest misją życiową każdego Koreańczyka i jego rodziców?
REKLAMA
Korea Południowa jest jednym z najlepiej wyedukowanych narodów. Gospodarka tego kraju po wojnie koreańskiej była w tragicznym stanie. Koreańczycy jednak zakasali rękawy i wzięli się solidnie do pracy. Dzięki temu doprowadzili do tzw. tygrysiego skoku i Korea stała się jednym z najbardziej rozwiniętych krajow Azji i świata.
System edukacyjny jest bardzo wymagający. Dzieciaki ciężko pracują w szkole podstawowej, ale prawdziwa orka zaczyna się dopiero w liceum.
- Od najmłodszych lat dzieci koreańskie uczęszczają na dodatkowe zajęcia. Bywa tak, że wstają o 6 rano idą do szkoły, która kończy się o 15. Następnie po południu są zajęcia dodatkowe w tzw. haegwonach - tłumaczy Sylwia Kuczmowska, która studiowała na uniwersytecie Ajou i dodaje.
- Oczywiście, polscy uczniowie też uczęszczają na korepetycje, ale tam dzieci chodzą na wszystko. Jeśli kolega bierze dodatkowe zajęcia z matematyki, ja też muszę to zrobić, bo inaczej będę w tyle. W ten sposób zawyża się liczbę obowiązków i tym samym poziom edukacji młodych ludzi.
Ciemne strony pracowitości
Koreańska młodzież poddawana jest ogromnej presji. Dostanie się na studia jest często jedynym sposobem na dostanie dobrej pracy. Brak wyższego wykształcenia oznacza dla młodego człowieka koniec marzeń o lepszym życiu.
Koreańska młodzież poddawana jest ogromnej presji. Dostanie się na studia jest często jedynym sposobem na dostanie dobrej pracy. Brak wyższego wykształcenia oznacza dla młodego człowieka koniec marzeń o lepszym życiu.
Dodatkowo Korea Południowa to dość mały i górzysty, ale gęsto zaludniony kraj, dlatego rywalizacja jest ogromna. Presja jakiej poddawani są uczniowie często przerasta ich możliwości. W Korei południowej jest bardzo duży odsetek młodych samobójców. Zabija się 15 na 100 tys. Koreańczyków w wieku 15-24 lat. Dla porównania w Ameryce Północnej jest to 10 osób na 100 tys., w Chinach siedmiu a w Wielkiej Brytanii pięciu.
Koreańczycy wspominają naukę w liceum jako przeżycie traumatyczne. W rozmowie z "The Economist" Kim Min-sung mówi, że na dwa miesiące przed egzaminami porozumiewał się z ludźmi tylko monosylabami i uczył przez siedem dni w tygodniu. Jego ojciec codziennie przeprowadzał z nim motywujące pogadanki, a matka nie wychodziła z kuchni i przygotowywała mu dania, które miały zapewnić mu energię do nauki.
- Koreańczycy nie mają czasu na sen. Co więcej, często nie mają czasu dorosnąć. Kiedy ich zachodni rówieśnicy się bawią i nabywają umiejętności społeczne, oni się uczą. A gdy skończą zajęcia w obowiązkowej szkole i haegwonach, odrabiają zadania domowe - opowiada Sylwia.
Efektywny system, mniej efektywne życie
Trzeba przyznać, że system edukacyjny w Korei sprawdza się. Jeden duży test oddziela ziarno od plew. Pozornie jest bardzo demokratyczny. Nieważne czy jesteś bogaty czy biedny, liczy się tylko to, jak ciężko potrafisz pracować.
Waga tego egzaminu mobilizuje uczniów do ciężkiej nauki, skupienia na lekcjach, a rodziców do pilnowania swoich pociech.
Jednak egalitaryzm tego systemu jest tylko pozorny. Za zajęcia dodatkowe trzeba płacić, same studia też kosztują bardzo dużo.
- Wyścig od najmłodszych lat ma na celu jedno: dostać się na czołowe uniwersytety koreańskie. Jest to bardzo trudne, ponieważ wymagania są ogromne. W porównaniu do polskich, to 300 proc. normy - tłumaczy Sylwia Kuczmowska.
Ponadto ludzie zwykle idą tam niekoniecznie po to, by zdobywać wiedzę, ale w przyszłości zostać zatrudnionym. Z tego powodu na niektóre kierunki zupełnie nie ma naboru.
- Spory problem jest w sektorze IT. Obecnie mamy tylu wykształconych specjalistów ds. IT, że w Korei nie ma już miejsc pracy. Dlatego nowoczesne fantastyczne laboratoria na uniwersytetach bywają puste bo nikomu "nie opłaca " się tam studiować. Koreańczycy rozwiązali to innym sposobem: oferują ciekawą ofertę stypendialną dla obcokrajowców. Zwłaszcza z rozwijających się krajów - wyjaśnia Sylwia.
Ostatnie badanie wykazało jednak, że w przeludnionej Korei nawet po najlepszym kierunku trudno o pracę. 40 proc. Koreańczyków nie zostało zatrudnionych przez cztery miesiące po ukończeniu studiów.
Dla rodziny to jest dramat, ponieważ cała energia włożona w naukę i przede wszystkim środki finansowe, które zostały przeznaczone na studia, nie zwracają się. To powoduje, że w Korei Południowej rodzi się coraz mniej dzieci. W końcu łatwiej zainwestować wszystkie środki w jednego potomka niż np. w trzech.
Patrząc perspektywicznie taka tendencja może doprowadzić w końcu do idealnej sytuacji. Nieprzeludnionego kraju, w którym każdy fachowiec będzie miał posadę.
Pytanie tylko, co będzie się działo z ludźmi w sferze prywatnej, która od najmłodszych lat jest marginalizowana. Jest szansa, że największym powodzeniem będą się cieszyły studia psychologiczne, bo na takich fachowców będzie największe zapotrzebowanie.
