100 tys. ma skusić kolejarzy PKP Cargo  by sami złożyli wypowiedzenie
100 tys. ma skusić kolejarzy PKP Cargo by sami złożyli wypowiedzenie Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta

Za odejście z pracy w PKP Cargo albo Porty Lotnicze pracodawca zapłaci każdemu po 100 tys. zł i więcej. Ciekawe ilu pracowników etatowych polskich firm chętnie zamieniłoby się ze zwalnianymi kolejarzami i pracownikami lotnisk?

REKLAMA
Dla związkowca z PKP Cargo zwolnienie było jak przeskok na „high life”. Pożegnał się pracą biorąc 50 tys. zł odprawy za udział w programie dobrowolnych odejść. Za 10 tys. kupił fiata pandę, a za 500 drabinę, mopa, ścierki i płyn do mycia szyb. Kapitału starczyło, żeby zatrudnić trzy osoby. I oto biznesmen pełną gębą, nie może obgonić się od zleceń mycia sklepowych witryn w Biedronce, Lidlu i innych firmach. Swojego sukcesu z premedytacją nie kryje przed kolegami.
– Powiedział, że zarabia trzy razy tyle co na Cargo. To będzie z 5-6 tysięcy na rękę – wzdycha Krzysztof Sidor, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Kolejowych Kontra i opowiada o innych pracownikach, którzy wzięli odprawę. – Kolega został taksówkarzem , inny przedstawicielem handlowym, koleżanka otworzyła sklep spożywczy – wylicza. Dodaje, że gdyby nie związkowe zadania, to też wziąłby stówę i „witaj haj lajf”.
Kumulacja na do widzenia
Teraz w przewozowej firmie PKP Cargo znowu wre. Prezes Adam Purwin ogłosił, że zarząd będzie chciał się pozbyć kilku tysięcy zbędnych pracowników. Deklaruje, że tym, którzy zgodzą się sami odejść wypłaci 36 pensji - nawet 100 tys. złotych. Kilka lat temu z podobnej oferty prezesa Wojciecha Balczuna skorzystały tysiące pracowników. Wówczas los spółki wisiał na włosku. Kolejarze bali się że i tak stracą pracę. Maszyniści czy rewizorzy brali pieniądze i machnąwszy ręką szli do innej spółki PKP.
Teraz jest inaczej: Cargo zarobiło w tym roku 203 mln zł. Dlatego Purwin musiał zaoferować grubszą kasę. Innej możliwości zwolnienia pracowników praktycznie nie ma. 95 procent z armii 26 tys. zatrudnionych obejmują ustalenia paktu pracowniczego z 2013 roku. Ten gwarantuje zatrudnienie na 4 lata, a kolejarzom ze stażem 30 lat pracę nawet do 2023 roku.
Policzcie, ile zarabiacie i pomnóżcie to przez 36. Niezła sumka? Dlatego nie ma się co dziwić komentarzom internautów pod doniesieniami ze spółki: – To skandal. Na te odprawy pracują małe i średnie firmy, samo-zatrudnieni i wszyscy okradani przez fiskusa – czytamy. I kolejny cytat: – Państwowe firmy gniły od środka. Ile razy podatnicy musieli dokładać do strat. Teraz okazuje się, że zwolniony pracownik dostaje trzyletnie zarobki. Jak to porównać do tysięcy osób pracujących w normalnych firmach, bankach, czy sklepach, których prywatny pracodawca pożegna za jedną lub trzy pensje?
Przywilej uzwiązkowionych firm
– Ja też bym chciał, aby zwolniono mnie za 100 tys. zł. Takie przywileje możliwe są tylko w firmach o wysokim uzwiązkowieniu – mówi Kazimierz Sedlak, ekspert rynku pracy i szef portalu Wynagrodzenia.pl. – Zazwyczaj to państwowe lub wciąż kontrolowane przez państwo spółki, do tego zasobne w gotówkę. Czy to w energetyce, czy górnictwie związkowcy zapewnili sobie niemal dożywotnie gwarancje zatrudnienia. Teraz prezesi firm nie mogą wykonać żadnego ruchu kadrowego. Muszą płacić, o ile mają z czego – mówi Sedlak.
W PKP Cargo działa 12 związków zawodowych, które są w stanie sparaliżować firmę. – Program dobrowolnych odejść rozpatrujemy w kategoriach dobrej inwestycji korzystnej dla obu stron. Spółce umożliwia optymalizację struktury zatrudnienia, a pracownikom, którzy zdecydują się przystąpić do programu, godziwie rekompensuje rozstanie z firmą – tłumaczył prezes PKP Cargo.
Sedlak ripostuje, że idea odprawy została wypaczona. Kiedyś było to odszkodowanie za to, że zwalniana osoba o kwalifikacjach, które nie są poszukiwane na rynku, musiała dłużej zabiegać o nowa pracę. Teraz dziś bliżej jej do łapówki za święty spokój prezesa. Kiedy kilka lat temu w banki uderzył kryzys finansowy, Getin, Raiffeisen, czy BNP Paribas likwidowały kadry sprzedawców kredytów oferując im tylko to, co zapewnia kodeks pracy. Tak było także w PZU, odchudzonym o 3 tys. etatów. W tym samym czasie państwowe firmy płaciły pracownikom krocie, aby zgodzili się odejść. W PGE i Tauronie rekompensaty sięgnęły 100 tys. złotych - zwalniani mieli gwarancje pracy do 2016 roku.
Połowa Polaków zwolniłaby się za 100 tys. zł
W tym roku rekord pobiło państwowe Przedsiębiorstwo Porty Lotnicze oferując 36-krotność zarobków po zaledwie 10 latach pracy w spółce. Zarządzający lotniskami płacili dość sporo, przeciętnie ponad 9 tys. zł za miesiąc, więc odprawy sięgnęły 300 tys.zł. Odejście 800 osób będzie więc kosztować spółkę 250 mln złotych. – Proszę nie szukać w tym sensacji. Sami wywalczyliśmy sobie to, aby pracownicy byli traktowani przedmiotowo, a nie zwalniani jak pionki - komentuje związkowiec z Portów Lotniczych.
W 2009 roku prasa rozpisywała się o hutnikach z Accelor Mittal, którzy jako pierwsi otrzymywali odprawy sięgające 99 tys. złotych. Gdy w 2004 r. Mittal kupował polskie huty, zagwarantował załodze pracę do końca 2009 r. Chcąc przed tym terminem zmniejszyć 11-tysięczne zatrudnienie o 1480 osób, nie mógł więc po prostu zwolnić pracowników, lecz musiał skłonić ich do dobrowolnego odejścia. Według przeprowadzonego wówczas sondażu GFK Polonia 56 proc. osób zatrudnionych na pełnym etacie zgodziłoby się odejść w zamian za 100 tys. zł odprawy.
Ciekawe jak badanie wyszłoby dziś.