
„Cisza wyborcza powinna zostać zlikwidowana, bo w czasach rozwoju nowych mediów nie spełnia już swojej roli” - taką tezę postawił serwis WirtualneMedia.pl po zasięgnięciu opinii co bardziej znamienitych osobistości ze świata mediów. Dziennikarzom się nie dziwię. Potrzebę przekazywania informacji mają we krwi. Ale prywatnie, jako przeciętny wyborca, nie mogę się z nimi zgodzić. Cisza wyborcza jest nam potrzebna, a rezygnacja z niej w kraju pozbawionym wysokiej kultury politycznej może jedynie wywołać potężny chaos, w którym ciężko będzie wyborczą decyzję podjąć.
Zgodnie z zapisem w ustawie podczas ciszy wyborczej zabroniona jest agitacja na rzecz kandydatów oraz komitetów zgłoszonych do wyborów. Sztabom i kandydatom nie wolno m.in. rozdawać ulotek i rozwieszać nowych plakatów, nie wolno też agitować w internecie. Mediom natomiast muszą ograniczyć w programie tematy polityczne, nie wolno im też podawać nawet szczątkowych sondaży wyborczych.
Zapis o zakazie agitacji wyborczej nie budzi żadnych moich wątpliwości. Jest jak najbardziej słuszny. Dlaczego? Ano dlatego, że rodzime partie robią wszystko, by ich działalność była maksymalnie intensywna przez kilka długich tygodni poprzedzających wybory. Te dwa dni, w trakcie których nie wolno im już przekonywać do siebie Polaków naprawdę nikomu nie szkodzą. Wręcz przeciwnie – pozwalają nam wreszcie spokojnie pomyśleć nad tym, kto z szacownego grona jest kandydatem najbardziej godnym zaufania i – co za tym idzie – naszego głosu.
Problem w tym, że wszyscy mamy skłonności do przesady. Bo chyba inaczej nie można zaklasyfikować przedstawionej podczas majowych wyborów do europarlamentu przez Państwową Komisję Wyborczą opinii o tym, że lajkowanie na Facebooku materiałów związanych z wyborami, a nawet polubienie fanpage'a wybranego kandydata mogą być przez nią uznane za łamanie ciszy wyborczej. – Takie działanie może być przedmiotem postępowania karnego – napominał wówczas odchodzący niedługo szef PKW, Stefan Jaworski.
Dziennikarze narzekają, że w USA jest inaczej, że nie ma ciszy wyborczej, kampanie ciągną się do samego końca, a i w trakcie wyborów można wejść do dowolnego lokalu wyborczego i zrobić stamtąd relację. – Po jednej stronie przy wejściu stał stolik Obamy, po drugiej Romneya, w środku też byli agitatorzy i rozdawali ulotki. Nikomu to nie przeszkadzało, traktowano to bardzo naturalnie – cytują Wirtualne Media Katarzynę Kolendę-Zaleską, reporterkę „Faktów”, niegdyś korespondentkę z wyborów w USA.
Wiem, że w mediach społecznościowych cisza wyborcza nie obowiązuje. Wiem, że na Facebooku i Twitterze pod rozmaicie brzmiącymi hasłami kryją się wyborcze wiadomości. Wiem, że „pomidory” oznaczają Platformę Obywatelską, wiem, że „pistacje” to Prawo i Sprawiedliwość. Wiem, że cena i utarg to usłyszane u źródła wstępne wyniki exit pollów. Pytanie – na co to komu? Czy nie lepiej i nie prościej byłoby zaczekać, aż oficjalne i pełne wyniki zostaną nam przedstawione i wtedy dopiero zabierać się do ich komentowania i oceniania? Co z tego, że o godzinie 15.00 w dniu głosowania poparcie dla partii X będzie wynosiło 70 proc. skoro dzień później po obliczeniu wszystkich głosów ta sama partia mogłaby już pochwalić się tylko 30 proc. głosów? Po co ekscytować się tym, że exit poll podaje, że prezydenturę zdobył Iksiński skoro kilka godzin później możemy dowiedzieć się, że sondaż to jednak tylko sondaż i ostatecznie ułamkiem procent wygrywa ktoś zupełnie inny?
