Reżyser filmu "Disco Polo": w gronie twórców są też prawdziwi artyści, którzy wierzą w to, co robią

W jednej z głównych ról wystąpił Dawid Ogrodnik (z lewej).
W jednej z głównych ról wystąpił Dawid Ogrodnik (z lewej). Fot. materiały prasowe
– Wielokrotnie byłem świadkiem jak w wielu modnych „hipsterskich” klubach grano disco polo. A ludzie niby to dla jaj, ale jednak się przy tym bawili. I zaznaczam – ja nie gloryfikuję tego rodzaju muzyki, bo co najmniej połowa to po prostu skok na kasę opakowany prymitywnymi tekstami, ale w tej grupie są też prawdziwi artyści, którzy naprawdę wierzą w to, co robią – mówi naTemat Maciej Bochniak, reżyser filmu "Disco Polo", który właśnie wszedł do polskich kin.


Masz swoje ulubione przeboje disco-polo?

Maciej Bochniak: Jestem wielkim fanem Zenka Martyniuka z zespołu Akcent. I to właściwie była moja inspiracja. Podczas prac nad moim filmem dokumentalnym „Miliard Szczęśliwych Ludzi” jakieś cztery lata temu trafiłem przypadkiem na jego koncert i wtedy właśnie zobaczyłem inna twarz disco-polo. Taką, której bliżej do Pet Shop Boys czy Modern Talking niż do biesiadnego polo. Byłem w mocnym szoku, bo ogólnie nie miałem świadomości istnienia tej muzyki, w takim wydaniu. Jeśli dodasz do tego światła, ludzi, emocje – to na żywo robi to wrażenie. Nagrałem to, wróciłem do domu i często puszczałem znajomym. Oni zwykle patrzyli na mnie jak na wariata – nie potrafili zrozumieć o co im chodzi.


A dla mnie odkrycie tego zjawiska, polskiej wersji showbiznesu (wtedy jeszcze) nieobecnej w mediach było silnym bodźcem. Teraz, kiedy disco polo znów mocno wtargnęło do życia publicznego, nie robi to już takiego wrażenia. Każdy zna „Ona tańczy dla mnie”, przez Polo Tv naród oswoił się i chyba bardziej zaakceptował fakt istnienia tej muzyki, a ja sam wielokrotnie byłem świadkiem jak w wielu modnych „hipsterskich” klubach grano disco polo. A ludzie niby to dla jaj, ale jednak się przy tym bawili. I zaznaczam – ja nie gloryfikuję tego rodzaju muzyki, bo co najmniej połowa to po prostu skok na kasę opakowany prymitywnymi tekstami, ale w tej grupie są też prawdziwi artyści, którzy naprawdę wierzą w to, co robią. Dlatego to działa.


To tak interesujące, że tworzysz na ten temat już drugi film?

Nie do końca o to chodzi. Jako filmowy samouk, wiedziałem że żeby w życiu móc robić filmy „na serio”, moim orężem może być tylko świetny temat. I tak się złożyło, że pewnego dnia sam wpadł mi w ręce. W jednej z gazet przeczytałem artykuł o tym, że Bayer Full rusza na podbój Chin. To było to. Rzuciłem wszystko na jedną kartę i zacząłem robić o tym film dokumentalny. Okazał się to strzałem w 10, bo pod jego koniec udało mi się przekonać chyba najlepszego dokumentalnego producenta w Polsce – HBO, aby weszli w projekt.


A potem pomyślałem – czemu nie zrobić tak jak kiedyś zrobił Paul Thomas Anderson? On jako nastolatek nakręcił dokument o historii Dirka Diglera, a kilka lat później, w nakręcił na ten temat film fabularny „Boogie Nights”. Pomyślałem sobie, że dokument to świetne przygotowanie i dla mnie. Miałem właściwie gotową ogromną ilość materiału i stwierdziłem, że mam start, którego nie ma żaden inny, nawet bardzo doświadczony reżyser.
Jakiś czas temu Krzysztof Varga stwierdził, że polską kulturę studencką zabijają prowincjusze, którzy do dużych miast przywożą m.in. zamiłowanie do disco-polo. Dostrzegł pan ten negatywny wpływ podczas prac nad filmem?

Piotrek Głowacki bardzo dobrze kiedyś powiedział, że każdy kraj ma swoje country. I disco polo takim country jest dla Polaków. Nie zgadzam się, że disco polo coś niszczy, bo to jedynie gatunek muzyczny, sam nic nie zrobi. Jeśli okazuje się, że ludzie chcą tego słuchać, to co im zrobisz? Powiem więcej, myślę, że dzięki disco polo małe miasta i wsie znalazły jakąś swoją popkulturę. Fenomen tej muzyki jest oczywisty. W Polsce istnieją dwie stacje telewizyjne nadające tylko disco polo, jest cała masa wytwórni disco polowych, są stacje radiowe grające tylko ten gatunek, to jest naprawdę gigantyczny przemysł i – jeśli chodzi o skalę działalności i zasięg – żaden inny rodzaj muzyki nie może się z nim równać.

O tym mało się mówi, ale to się nie bierze się z powietrza. Ludzie po prostu chcą rozrywki spod znaku DP. Sławek Świerzyński z zespołu Bayer Full mówił mi, że po tym jak programy typu „Disco Relax” zniknęły z Polsatu to oni mieli jeszcze więcej koncertów. Bo ludzie – nie mogąc słuchać ich w telewizji - chcieli słuchać ich na imprezach.

Czy to jest fenomen na tyle duży, żebyśmy mogli powiedzieć o nim „ogólnopolski”? Naprawdę słuchają go przedstawiciele rożnych sfer?

Na pewno. Byłem niedawno na Wielkiej Gali Disco Polo w sali kongresowej. Impreza była tak zabukowana, że musieli ją dwa razy powtarzać. Bardzo mnie interesowało kto tam przyjdzie. I okazało się, że były i "zimne łokcie", ale i biznesmeni z Warszawy, i starsze panie, całkiem eleganckie zresztą. To jest po prostu jedyny gatunek muzyczny przy którym bawią się "bezzębne dzieci i bezzębni starcy". Bo ta muzyka nie ma konkretnego adresata. To są miliony i miliony tego słuchają.

I dla milionów nakręciłeś film „Disco Polo”. W informacji prasowej napisano, że będzie to historia opowiedziana "dynamicznie i z iście tarantinowską ironią". Mamy się spodziewać komedii czy sensacji?

Użyłbym może raczej sformułowania szalony wodewil? Tak naprawdę to kino międzygatunkowe, które z całą pewnością zaskoczy widza. Dominującym elementem jest w nim akcja, przy czym kluczowy jest świat który wykreowaliśmy. Bo to zupełnie nierzeczywisty świat, w którym porusza się cała masa szalenie barwnych, komiksowych postaci. Film jest mocno przerysowany, wręcz absurdalny, choć jednocześnie nie jest farsą. Mi się wciąż wydaje, że sposobowi gry aktorskiej było bliżej do commedii dell'arte niż do klasycznego aktorstwa.

Wielu reżyserów twierdzi, że ich filmy są wyjątkowe. Na czym konkretnie polega ta oryginalność?

Właściwie odkąd zacząłem pracę nad tym filmem wiedziałem, że nie chcę zrobić czegoś, co ośmiesza disco-polo. Bo najczęściej w tym klimacie się o tym zjawisku mówi. Kiedyś robiłem na temat tej muzyki dokument i wtedy miałeś okazję wejść w ten świat dość głęboko. I to był dla mnie szok, bo odkryłem, że ten disco relax, który pamiętamy z początku lat 90. ma swoje drugie dno. Że tak naprawdę to jest wielki biznes, o którym mało kto wiedział i wie dzisiaj.

Wielu z tych chłopaków, wokalistów, ale i producentów miało w czasach raczkowania polskiego kapitalizmu tak olbrzymią ilość gotówki, że stać ich było dosłownie na wszystko. Latali helikopterami na koncerty, mieli limuzyny, do Nowego Jorku czy Londynu w erze naprawdę drogich biletów oni śmigali sobie ot, tak. I tu właśnie rodziło się wyzwanie – jak pokazać cały fenomen disco-polo, żeby jednocześnie się z niego nie śmiać. Bo tak naprawdę lata 90. to niebywale kiczowate czasy, ze względów przede wszystkim wizualnych. Te długie włosy z tyłu, kręcone wąsy a'la Małysz, białe skarpetki, dziurawe drogi, wszechobecna zwierzyna.

I udało się?

Wspólnie z producentem filmu Stanisławem Tyczyńskim wpadliśmy na pomysł, żeby w takim razie cały ten świat przerysować. Wyjść z założenia, że dla uczestników świata disco-polo lata 90. były ich amerykańskim snem i spróbować ten sen odtworzyć. To tak jak z dzieciństwa przeważnie pamiętamy tylko fajne rzeczy, słońce, parki, kolegów itp., a otaczający nas kicz nie wydaje się wtedy kiczem. Trzeba też pamiętać o tym, że te pierwsze lata kapitalizmu w Polsce to był okres takiej nadziei, że przyjdzie do nas Ameryka. Wtedy każdy mógł z dnia na dzień stać się milionerem. Sumując te wszystkie rzeczy – zdecydowaliśmy, że w naszym filmie do Polski Ameryka przyjdzie. Dosłownie.
W takim razie to jest film o disco polo czy o latach 90.?

Ani jedno, ani drugie. Fenomen disco-polo i lata 90. to tło dla naszej szalonej historii w stylu „Rockefeller story”.

W filmie wystąpią prawdziwe gwiazdy disco polo. Będzie Tomasz Niecik, Robert Klatt z zespołu Classic i Radosław Liszewski z grupy Weekend. Fabuła będzie oparta na faktach?

Wszystkie wątki, nawet te najbardziej niewiarygodne, oparte są na faktach, ale nie odwzorowują czyjejś konkretnej historii. Podczas licznych spotkań z muzykami i ludźmi z branży DP, nasłuchałem się masy opowieści o „złotej erze”, a później wszystko to zebrałem do kupy i razem z Mateuszem Kościukiewiczem stworzyliśmy historię z elementów, które nas najbardziej zainteresowały.

No właśnie – skąd pomysł, żeby to właśnie Mateusza, dotąd znanego tylko jako aktora, zaangażować jako scenarzystę?

Zanim powstał pomysł, aby film miał taką właśnie „odjechaną” twarz, przez dwa lata szukałem producenta z innym scenariuszem na ten temat. Tam właśnie Mateusz miał grać główną rolę. Potem, kiedy okazało się, że nawiązujemy współpracę z Alvernia Studios i że cały scenariusz chcemy napisać od początku, stwierdziliśmy, że skoro obaj siedzimy w tym temacie od tak dawna, to spróbujmy napisać to razem. Ja zresztą wolę pisać z kimś niż sam.

Faktycznie, szybko Wam poszło.

Rzeczywiście, błyskawicznie. Pierwsze zdanie scenariusza wklepaliśmy w komputer 8 stycznia tego roku, teraz mamy początek grudnia, a jesteśmy już po zmontowanym filmie. W sumie scenariusz napisaliśmy w ciągu dwóch miesięcy. W tym czasie stwierdziliśmy, że główną rolę oddamy komuś innemu To pozwoliło nam nabrać nieco dystansu. Zaproponowaliśmy ją Dawidowi Ogrodnikowi. I wtedy powoli ta obsada zaczęła nam się ładnie kompletować.
Tak ładnie, że przed kamerą znalazły się niemal same gwiazdy. Wysławiany pod niebiosa po premierze „Bogów” Tomasz Kot, nagradzany na rozmaitych festiwalach Dawid Ogrodnik, Joanna Kulig, Rafał Maćkowiak...

Faktycznie. Kiedy na pokładzie miałem już Dawida, Piotrka Głowackiego i Joannę Kulig, zadaniem było znalezienie odtwórcy „czarnego charakteru”. Rolę zaproponowałem Tomkowi Kotowi. Pomyślałem, że mógłby być świetny jako szef wszystkich szefów, coś na kształt Adriena Brody w „The Grand Budapest Hotel”. Tomek zresztą miał już ponoć nic w tym roku nie brać, bo miał mocno napięty kalendarz, ale scenariusz mu się na tyle spodobał, że szybko się zgodził. A potem był wielki boom, Festiwal w Gdyni i nagrody dla Tomka i Dawida.

Usłyszymy jakieś szlagiery?

No pewnie. Mamy dwadzieścia parę największych hitów disco polo. Głównie z lat 90., ale przecież nie mogło zabraknąć też takiego przeboju jak ten z ostatnich lat - „Ona tańczy dla mnie” zespołu Weekend.
Ale istotne jest to, że myśmy je wszystkie zremasterowali. I każdy kawałek aktorzy zaśpiewali na nowo, większość Dawid, ale też Joanna Kulig czy Rafał Maćkowiak. I co najważniejsze stworzyli tak fantastyczne wersje tych utworów, że każda impreza po planie kończyła się przy ścieżce dźwiękowej do filmu. Jest zresztą pomysł, żeby to wszystko wydać na płycie jako soundtrack.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Gliński weźmie artystów za twarz, jak w PRL? Prawda może was zaskoczyć
0 0Krótka ławka PiS. Nowy minister finansów debiutował jeszcze u Tuska
POLECAMY 0 0"Ostatnio pytali o trolle Ziobry". Uczy WOS-u w podstawówce i tak ocenia świadomość 14-latków
WYBORY 2019 0 0"Wyborcza": opozycja ma szansę odsunąć PiS od władzy. Jest nowy sondaż