
Patrząc na to, kto najczęściej zabiera ostatnimi czasy głos w imieniu rządu, można zapomnieć, że kieruje nim Ewa Kopacz, a nie ludowcy. Już w trakcie kampanii wyborczej premier pojawiała się tylko tam, gdzie naprawdę musiała. W zasadzie już po pierwszej turze wyborów samorządowych na dobre zniknęła z mediów i debaty publicznej. Ze strachu, szybkiego wypalenia się na nowym stanowisku? A może to po prostu część wyrachowanej gry, która ma pozwolić Platformie utrzymać władzę przez kolejną kadencję?
Próżno szukać dziś w polskiej polityce tematów narzuconych przez premier Ewę Kopacz. Większość Polaków ostatni raz miała okazję zobaczyć szefową rządu, gdy ta gratulowała samorządowcom z Platformy Obywatelskiej, którzy zostali prezydentami miast, burmistrzami i wójtami. Potem z jej ust padło jeszcze kilka słów krytyki pod adresem opozycji za zaplanowane na 13 grudnia demonstracje przeciwko wynikom wyborów. I tyle panią premier widziano.
– W ten sposób Platforma być może przyznaje, że aktywność Ewy Kopacz nie jest wcale skuteczna. Niemedialna szefowa partii i rządu nie przyczyniła się do żadnego sukcesu i dlatego szybko przesunięto ją na drugi plan – spekuluje politolog dr Wojciech Jabłoński. Zdaniem specjalisty od marketingu politycznego, oddając fotel premiera Ewie Kopacz PO mogła wpędzić się w ten sam problem, z którym od zawsze muszą walczyć spin doctorzy Prawa i Sprawiedliwości. Najlepsze notowania partia ma bowiem wówczas, gdy "schowa" prezesa Kaczyńskiego.
To podobny problem, jak w PiS. Tam, gdzie o Ewie Kopacz mówi się dziś najgłośniej, tam wskazywane są raczej jej wpadki i informacje raczej ją kompromitujące. Dziś więc oba te konkurencyjne ugrupowania trawi choroba niemedialnych liderów.
