Dlaczego premier Ewa Kopacz pojawia się dziś tylko tam, gdzie koniecznie musi?
Dlaczego premier Ewa Kopacz pojawia się dziś tylko tam, gdzie koniecznie musi? Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Patrząc na to, kto najczęściej zabiera ostatnimi czasy głos w imieniu rządu, można zapomnieć, że kieruje nim Ewa Kopacz, a nie ludowcy. Już w trakcie kampanii wyborczej premier pojawiała się tylko tam, gdzie naprawdę musiała. W zasadzie już po pierwszej turze wyborów samorządowych na dobre zniknęła z mediów i debaty publicznej. Ze strachu, szybkiego wypalenia się na nowym stanowisku? A może to po prostu część wyrachowanej gry, która ma pozwolić Platformie utrzymać władzę przez kolejną kadencję?

REKLAMA
"Gdzie jest Ewa?!"
Próżno szukać dziś w polskiej polityce tematów narzuconych przez premier Ewę Kopacz. Większość Polaków ostatni raz miała okazję zobaczyć szefową rządu, gdy ta gratulowała samorządowcom z Platformy Obywatelskiej, którzy zostali prezydentami miast, burmistrzami i wójtami. Potem z jej ust padło jeszcze kilka słów krytyki pod adresem opozycji za zaplanowane na 13 grudnia demonstracje przeciwko wynikom wyborów. I tyle panią premier widziano.
Zdaje się jednak, że Ewa Kopacz już od dawna miała ochotę zniknąć na dłużej za drzwiami do Kancelarii Premiera. W PO żalili się, że w kampanii wyborczej przed walką o władzę w samorządzie osamotnił ich prezydent Bronisław Komorowski, ale przecież szefowa partii też wykonywała tylko PR-owy plan minimum. Pokazała się na kilku konwencjach, na których spotkała się przecież raczej z tymi, co do Platformy są w pełni przekonani.
To PO zdobyła najwięcej mandatów w sejmikach i jej prezydenci rządzą największymi miastami, więc podstaw do odtrąbienia pierwszego wielkiego zwycięstwa Ewy Kopacz jest sporo. Tymczasem w partii nikt specjalnie do tego się nie garnie. Wciąż wolą stawiać raczej na "efekt Tuska". – Z nim wygrywało się łatwiej – wspominała dobre czasy była rzeczniczka prasowa rządu Małgorzata Kidawa-Błońska na antenie RMF FM. Trochę pro forma dodając, że "Kopacz nie przyniosła pecha" i w Platformie potrafią wygrywać pod jej przywództwem.
logo
W trakcie kampanii wyborczej Ewa Kopacz pojawiała się tylko tyle, ile było to konieczne. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Przywództwo Tuska od tego w wersji Kopacz różniło się jednak tym, że on nawet w najtrudniejszych momentach potrafił wyjść przed szereg, by wyczarować Platformie nieco potrzebnych akurat punktów, a ona wycofała się nawet po relatywnym sukcesie. I pozwoliła, by rząd kojarzony był dziś przede wszystkim z twarzą Janusza Piechocińskiego i Władysława Kosiniaka-Kamysza.
Bo Kopacz trzeba ukrywać, jak Kaczyńskiego?
– W ten sposób Platforma być może przyznaje, że aktywność Ewy Kopacz nie jest wcale skuteczna. Niemedialna szefowa partii i rządu nie przyczyniła się do żadnego sukcesu i dlatego szybko przesunięto ją na drugi plan – spekuluje politolog dr Wojciech Jabłoński. Zdaniem specjalisty od marketingu politycznego, oddając fotel premiera Ewie Kopacz PO mogła wpędzić się w ten sam problem, z którym od zawsze muszą walczyć spin doctorzy Prawa i Sprawiedliwości. Najlepsze notowania partia ma bowiem wówczas, gdy "schowa" prezesa Kaczyńskiego.
dr Wojciech Jabłoński
politolog, specjalista ds. marketingu politycznego

To podobny problem, jak w PiS. Tam, gdzie o Ewie Kopacz mówi się dziś najgłośniej, tam wskazywane są raczej jej wpadki i informacje raczej ją kompromitujące. Dziś więc oba te konkurencyjne ugrupowania trawi choroba niemedialnych liderów.

Odpowiednio zbudowany i skuteczny wizerunek lidera to efekt pracy zespołowej. Uwielbiający sport Donald Tusk potrafił sobie niezłą drużynę zbudować, Ewa Kopacz ma z tym podobno spory problem. "Podczas spotkań w Kancelarii Premiera panuje harmider. Ktoś esemesuje, ktoś odbiera telefon. Ludzie wpadają szefowej w słowo i absorbują ją problemami, które powinni rozwiązywać sami" – zdradza w najnowszym "Newsweeku" Michał Krzymowski. I dodaje, że u Tuska królował strach przed szefem, a w otoczeniu Kopacz rządzi chaos.
Z relacji informatorów Krzymowskiego wynika, że wszystko to efekt może nieco zbyt przyjacielskich relacji premier Ewy Kopacz z trójką jej najbliższych współpracowników. Szefowa gabinetu politycznego Jolanta Gruszka, doradca do spraw wizerunkowych Adam Piechowicz, a w szczególności rzeczniczka rządu Iwona Sulik, potrafią ponoć publicznie kłócić się ze swoją szefową. By po kilkunastu minutach... wszystko wróciło do przyjacielskiej normy.
"My tu tylko współrządzimy..."
logo
Ludowcy chętnie wchodzą w miejsce pozostawione im przez premier Ewę Kopacz. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
W pomyśle na zaszycie się w tym chaosie może być jednak i pewna metoda. I to być może jedyna skuteczna, by mieć świeżą narrację w zbliżającej się kampanii przed wyborami do parlamentu. PO nie ma czarującego lidera, nie na wszystkich działa już straszenie Kaczyńskim, więc ciężar odpowiedzialności trzeba przerzucić na innych. Na ochotnika zgłosili się koalicjanci z Polskiego Stronnictwa Ludowego, którzy z zadowoleniem wreszcie brylują za panią premier.
Platforma może więc z pełną odpowiedzialnością mówić teraz tak, jak minister sprawiedliwości Cezary Grabarczyk na antenie "Trójki". – My dziś współrządzimy Polską – stwierdził w poniedziałek. Kładąc nacisk szczególnie na podkreślenie tego, iż przecież nie tylko PO, ale i PSL jest u władzy. – I to prawdopodobnie będzie główny przekaz medialny w zbliżającej się kampanii. Platforma dawno już powinna przecież przerzucać odpowiedzialność za prace rządu na ludowców. Bo nie tylko zyskuje PR-owo, ale dzięki temu PSL będzie też mniej skłonne do walki o dodatkowe stołki – tłumaczy Wojciech Jabłoński.