Problemem w polityce nie jest zbyt mała liczba kobiet, ale zbyt duża liczba mężczyzn.
Problemem w polityce nie jest zbyt mała liczba kobiet, ale zbyt duża liczba mężczyzn. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Żadne badanie nigdy nie udowodniło, że to mężczyźni są lepszymi politykami czy zarządcami. Jednak to oni wciąż zajmują większość stanowisk w partiach politycznych i na ministerialnych stanowiskach. Zwykle nie dzieje się tak z merytorycznych powodów – mężczyźni mają więcej czasu na tzw. networking, zajmują swoje stanowiska od wielu lat, często nie muszą martwić się o dom czy dzieci, mogą bez skrępowania budować swój polityczny kapitał. Czy są na nich efektywni? Niekoniecznie. Może więc zamiast forsować kobiety, warto pozbawić stołków niekompetentnych mężczyzn.

REKLAMA
Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że wniewiele się zmieniło w kwestii równouprawnienia. Pomijając oczywistości, takie jak prawo do głosowania czy dostęp do szkolnictwa wyższego, widać też jak bardzo powoli zachodzi zmiana społeczna oraz sposób postrzegania pań.
Mężczyźni powoli zaczynają przejmować część obowiązków domowych, co pozwala kobietom bardziej rozwijać się na polu zawodowym, obejmować coraz wyższe stanowiska, realizować się w pracy. Mimo tych pozytywnych zmian nie da się ukryć, że szklany sufit wciąż istnieje i ma się dobrze. Kobiety coraz pewniej wstępują na pola do tej pory zdominowane przez mężczyzn, jednak są pewne terytoria, których faceci będą bronić do upadłego. Trudno im się zresztą dziwić, nikt nie chce oddawać władzy, zwłaszcza takiej, którą sprawował od bardzo wielu lat.
Obszary męskiej dominacji to przede wszystkim wojsko, w którym kobiety nie są mile widziane. Wojskowi potrafią w bardzo nieelegancki sposób walczyć o swój teren, tak jak miało to miejsce na amerykańskim okręcie podwodnym, na którym żołnierki były nagrywane pod prysznicem przez swoich kolegów.
Panowie jak niepodległości bronią też swoich kierowniczych stanowisk. Kobiety wciąż stanowią mniejszość w zarządach spółek, rzadko kiedy zostają ich dyrektorami. Nie lepiej jest w polityce. Według niedawnego badania, jest tylko jeden kraj na świecie, w którym większość w parlamencie stanowią kobiety. Najwięcej pań sprawuje władzę w... Rwandzie, jest ich aż 63,8 procent. Zaraz potem w rankingu znajduje się Andora, tutaj siły rozłożyły się równo, władzę dzieli między siebie 50 proc. mężczyzn i 50 proc. kobiet. Jak w powyższym zestawieniu wypada Polska? Słabo, reprezentacja kobiet wynosi zaledwie 24,3 proc, co daje nam 58. miejsce na 153 pozycje.
Wątpliwe parytety
Parytety budzą ogromny sprzeciw nie tylko u mężczyzn, lecz także u kobiet. Określa się je jako forsowanie niekompetentnych osób na stanowiska tylko ze względu na ich płeć. Kobiety z kolei nie chcą być traktowane jak kandydatki specjalnej troski i twierdzą, że zdobycie stanowiska tylko dlatego, że są kobietami uwłacza ich godności.
Z tym, że forsowanie pań nie jest najlepszym pomysłem zgadza się politolożka Rainbow Murray z Queen Mary University of London. W tekście opublikowanym w "American Political Science Review" dowodzi, że nie należy skupiać się na tym, że kobiety w polityce są niewystarczająco reprezentowane, ale że jest w niej zbyt wielu mężczyzn. Postuluje ona kwoty, które ograniczyłyby liczbę panów.
Rainbow Murray

Kwoty tradycyjnie skupiają się na niedoreprezentowaniu kobiet. To z kolei umacnia pogląd, że to mężczyźni są w polityce normą, a kobiety pełnią funkcję intruzów. Właśnie dlatego bardzo często poddawane są bardzo skrupulatnym ocenom, czy aby na pewno nadają się do sprawowania władzy. Z kolei panowie nie muszą tak bardzo udowadniać sowich kompetencji, co z kolei skutkuje wieloma nieefektywnymi politykami. Właśnie dlatego powinno się ograniczyć liczbę mężczyzn działających w aparacie władzy, by zostali tylko ci, którzy się do tego nadają. Takie rozwiązanie przyniesie korzyści obydwu stronom, a przede wszystkim społeczeństwu.

Mężczyźni nie są lepszymi politykami. Często słyszy się nawet, że to panie lepiej zarządzają czy organizują pracę. I mimo że to kobiety bardzo często określa się jako te zbyt uczuciowe i ulegające emocjom, to wiele badań potwierdza, że zwykle to właśnie mężczyźni podejmują nieracjonalne decyzje. Dlaczego? Bo często kieruje nimi agresja i chęć dominacji.
Forsowana jest szczególna wizja męskości oparta na agresji, pewności siebie, jurności i władzy. Jednak badania pokazują, że konieczność zachowania się w taki sposób nie pasuje nawet mężczyznom. W środowisku zdominowanym przez facetów, niepewnie czują się także sami mężczyźni, muszą oni bowiem udowadniać swoją dominującą naturę, nawet jeśli z charakteru są osobami uległymi.
Różność niesie korzyści
Przeciwnicy parytetów, a nawet kobiet w polityce, bardzo często zżymają się, że gdy kobiety zajmują połowę miejsc na listach wyborczych, nawet inne panie nie chcą na nie głosować. Murray podkreśla, że nie dzieje się tak dlatego, że są gorszymi kandydatkami, tylko ponieważ wzorzec idealnego kandydata wciąż jest konstytuowany na cechach męskich. Często wybiera się więc nieświadomie, według tego co podpowiada nam norma.
Murray podkreśla, że wprowadzenie kwot ograniczających liczbę mężczyzn w parlamencie nie powinno być wiązane z koniecznością doreprezentowania jakiejś płci, ale raczej z poprawieniem jakości polityków w ogóle. Przy założeniu, że mężczyźni nie są obdarzeni wyjątkowymi talentami związanymi z polityką i zarządzaniem ludźmi oraz dodatkowej tezie, że umiejętności rozkładają się równo pomiędzy wszystkich członków i członkinie społeczeństwa, polityka kierowana wyłącznie przez panów jest polityką niekompletną. A znakomite ekspertki w dziedzinach związanych z prawem, ekonomią, czy dyplomacją są odsunięte od stanowisk, na których mogłyby wykonać świetną pracę tylko ze względu na męskie status quo.
Wyborcy nie czytają programów wyborczych kandydatów, na których głosują, ale przy podejmowaniu decyzji bazują na pewnym wyobrażeniu polityka. Ponieważ jest nim zazwyczaj mężczyzna, to zwykle panowie wiodą prym we wszelkich wyborach.
Niech wygra lepszy
Oczywiście, chyba każdy wyborca chciałby być reprezentowany przez kompetentnego i skutecznego polityka, prawdopodobnie płeć nie grałaby wówczas większego znaczenia. Kwoty ograniczające liczbę mężczyzn brzmią ciekawie, ale jaki mechanizm selekcji stosować? Warto też dodać, że autorka oczywiście bierze też pod uwagę surowe ocenianie kobiet, ale do tego nie trzeba nikogo zachęcać, bo to już ma miejsce.
Murray postuluje więc wprowadzenie bardzo przejrzystych mechanizmów kontroli społecznej, według których można byłoby ocenić działalność i skuteczność polityka. Dziś niewiele osób tak naprawdę wie, czym zajmuje się dany polityk, a pełni on funkcję publiczną i nie ma żadnej przeszkody prawnej, by monitorować jego pracę, a przede wszystkim go z niej rozliczać. Takie mechanizmy są już wprowadzane m.in. w Polsce przez organizacje pozarządowe jak np. Panoptykon. Wydatkom swojego ratusza zaczęli się przyglądać m.in. członkowie gorzowskiego stowarzyszenia Ludzie Dla Miasta, którzy wykryli szereg nieprawidłowości. Inicjatywa Poznań Głosuje przed wyborami przygotowała prezentację, w której wytykają, jakie błędy popełnił Ryszard Grobelny. Polityk nie został wybrany na kolejną kadencję.
Intensywna kampania namawiająca do niegłosowania na byłego prezydenta Olsztyna Czesława Małkowskiego, ze względu na ciążące na nim zarzuty o gwałt i molestowanie, też przyniosła rezultaty.
Z kolei ranking pokazujący pracowitość i skuteczność posłów przełożył się na rewelacyjny wynik Roberta Biedronia w Słupsku. Furorę zrobiła pewna słupczanka, która na pytanie czy nie przeszkadzała jej orientacja seksualna kandydata, odpowiedziała, że głosowała na polityka a nie kochanka.
Kwoty są potrzebne, przede wszystkim po to, by przełamać stereotyp polityka-mężczyzny. Ale parytety forsujące panie paradoksalnie wyrzucają kobiety poza polityczny nawias. Pokazanie, że władzą zajmuje się zbyt wielu mężczyzn, a nie zbyt mało kobiet jest ważne z psychologicznego punktu widzenia. To nie kobiety potrzebują dostać się do wielkiej polityki, to wielka polityka ich potrzebuje.