
Posłanka PO Elżbieta Radziszewska cztery razy pobrała z Sejmu po około 3 tys. złotych na wyjazd samochodem do Strasburga. To oznacza, że albo jej auto ma niewiarygodnie wysokie spalanie, albo na jednej wycieczce zaoszczędziła nawet 2 tys. zł – zwrócili uwagę internauci.
REKLAMA
Od tzw. afery madryckiej minęło kilka tygodni, ale analizy sejmowych wydatków na poselskie wyjazdy nie ustają. Przypomnijmy, że Adam Hofman na wyjazd samochodem do Madrytu pobrał 3,3 tys. ekwiwalentu, choć ostatecznie poleciał na miejsce samolotem tanich linii lotniczych. Na co zwrócił uwagę użytkownik Wykopu, w dokumentach Sejmu można odnaleźć podobne przypadki. Jednym z nich jest Elżbieta Radziszewska z Platformy, która w 2014 i 2013 roku kilkukrotnie wyjeżdżała na sesje Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy do Strasburga.
Jak potwierdza opublikowany w sieci dokument, parlamentarzystka cztery razy pobrała z Sejmu sumy, które miały pokryć koszty dojazdu na miejsce prywatnym samochodem. Zazwyczaj było to około 3 tys. złotych, raz - 2 ,6 tys..
Tylko czy to aby nie za dużo? Radziszewska za każdym razem musiała pokonać ponad 2500 km (1290 km w jedną stronę). Jeździła do Francji samochodem Suzuki Grand Vitara II. Załóżmy, że "pali" między 10 a 13 litrów. W najbardziej pesymistycznym wariancie (z ceną 5,15 zł za litr paliwa) wychodzi, że posłanka powinna zapłacić za transport około 1500 zł, czyli połowę wypłaconego przez parlament ekwiwalentu. Co z resztą?
– Nie mam nic w tej sprawie do powiedzenia. Proszę pytać Sejm, bo to on ustala taką wysokość tej sumy – ucięła pytana przeze mnie posłanka.
Możliwe więc, że tak jak inni parlamentarzyści po prostu zaoszczędziła na służbowym wyjeździe. A oszczędność nie musi polegać na rezygnacji z wyjazdu samochodem na rzecz tańszej metody transportu. Udowadnia to nie tylko ten przypadek. Posłowie wszystkich ugrupowań chętnie korzystają z ekwiwalentów, co do których można zgłaszać podobne wątpliwości. Arkadiusz Mularczyk z Solidarnej Polski - 2,8 tys. zł za wyjazd do Strasburga. Robert Biedroń - 2,9 tys. na tę samą trasę. Artur Górski z PiS - ponad 2 tys. na podróż autem na Litwę. Ile zostało w kieszeni? Tego się już raczej nie dowiemy.
Trudno zresztą narzekać na posłów, bo po prostu takie są sejmowe zasady. Za każdy przejechany kilometr własnym samochodem poseł dostaje z Sejmu 83 gr. Jeśli się więc oburzać, to na bezsens tego systemu.