Prawicowi Urbanowie, czyli co mówi awantura o "seanse nienawiści"

Premier Kopacz użyła tego samego określenia, co komunistyczny rzecznik Jerzy Urban. I nie tylko ona
Premier Kopacz użyła tego samego określenia, co komunistyczny rzecznik Jerzy Urban. I nie tylko ona Fot. Twitter
Prawica usilnie stara się wcisnąć premier Kopacz z w rolę “Urbana w spódnicy”, bo premier “powtórzyła jego słowa o seansach nienawiści”. Problem w tym, że to prawicowa publicystyka wskrzesiła to określenie – jako alternatywę dla słynnego "przemysłu pogardy".


"Seanse" do słownika polityki
Po sieci krąży grafika porównująca wypowiedzi Kopacz i byłego komunistycznego rzecznika. Premier komentując marsz organizowany 13 grudnia przez PiS stwierdziła, że Polacy nie chcą "kolejnych seansów nienawiści, chcą spokoju w kraju i u jego granic". Te "seanse" ma organizować prezes Jarosław Kaczyński, który z trybuny sejmowej "miotał oskarżenia o fałszerstwo" i generalnie uprawia ostatnio politykę nienawiści.


Urban użył tego samego sformułowania, kiedy w 1984 roku komentował działalność księdza Jerzego Popiełuszki. "W kościele księdza Popiełuszki urządzane są seanse nienawiści. Mówca rzuca tylko kilka zdań wyzbytych sensu perswazyjnego oraz wartości informacyjnej. On wyłącznie steruje zbiorowymi emocjami" – przekonywał na miesiąc przed śmiercią duchownego.


Komentatorzy z prawicy natychmiast wychwycili podobieństwo. Samuel Pereira z "Gazety Polskiej" stwierdził, że "przemówienie Ewy Kopacz napisał Jerzy Urban". Inni, że Urban jest "duchowym opiekunem rządu" albo że "uczniowie przerastają mistrza". Temat podchwycił nawet polityk PiS Mariusz Błaszczak. Jak powiedział, Kopacz użyła tej samej retoryki, więc "udowodniła, że określenie Urban w spódnicy do niej pasuje".
Od Orwella do Urbana
Można się spierać, czy w ustach polskiej premier określenie "seanse nienawiści" jest na miejscu. Jednak nie o to prawicy chodzi. Chodzi o to, że Kopacz rzekomo upodobniła się do Urbana, bo użyła figury retorycznej jego autorstwa.


I tutaj pierwszy fałsz. Urban nie wymyślił "seansów". To nie to samo, co np. sformułowanie autorstwa Cyrankiewicza: "Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie". Jeśli zastosować prawicową logikę, można by powiedzieć, że "współczesnym Cyrankiewiczem" jest Ryszard Czarnecki z PiS, który ostrzegał, że na organizowanym przez partię marszu pojawią się "prowokatorzy". O! Tu prowokatorzy, tam prowokatorzy, coś w tym musi być... Tak?

Tymczasem seanse nienawiści są z Orwella, który w "1984" pisał o seansie "2 minut nienawiści". Chodziło o spędzanie ludzi do sali, gdzie na ekranie prezentowali byli aktualni wrogowie. W książce nie było mowy dosłownie o "seansach nienawiści", ale takie określenie w nawiązaniu do tego opisu się przyjęło. Wyciąganie "seansów" jako dowodu na podobieństwo Kopacz i Urbana dziwi, bo określenie to powtarzane jest bardzo często. Tak często, że można się zastanawiać, czy pamięta się o jego pochodzeniu. Po prostu ktoś, kto czuje się krytykowany, zamiast słów "atak" czy "krytyka" wybiera "seanse", bo są bardziej efektowne.

Wszyscy wszystkich nienawidzą
W przypadku prawicy taka argumentacja zaskakuje tym bardziej, bo to po tej stronie szczególnie upodobano sobie orwellowską metaforę. Na prześladowania, jakich rzekomo doświadcza w Polsce PiS (ale także np. katolicy), nie wymyślono jeszcze mocniejszego terminu. Czy publicyści z prawicy zapomnieli, że o "seansach nienawiści" mówi się w ich otoczeniu równie często, co o "przemyśle pogardy"?

Kilka przykładów. "Tak się robi propagandę w prorządowych mediach. To orwellowskie mini seanse nienawiści" – grzmiał kilka lat temu serwis braci Karnowskich. Chodziło o pokazywanie przez "reżimowe" media "grymasów" na twarzy rozmówców o innych poglądach. Ciekawe, że sam autor tego tekstu przypomniał, iż chodzi o "seanse" z Orwella. Dlaczego nie Urbana? - chciałoby się zapytać.

O "seansach nienawiści" pisała też "Niezależna".
Z kolei politycy PiS "seansem nienawiści" nazwali skecz kabaretu Limo. Ten o papieżu.

Są więc dwie możliwości. Albo argument "Urban w spódnicy" jest jak kulą w płot albo na prawicy aż roi się od naśladowców komunistycznego rzecznika.