Łukasz Orbitowski i jego ostatnio wydana książka
Łukasz Orbitowski i jego ostatnio wydana książka Fot. luxurity.org

Łukasz Orbitowski poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek, nominowany był do Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Specjalizuje się głównie w literaturze grozy i fantastycznej, choć ostatnio opisał swoje podróże po Afryce w "Zapiskach nosorożca". Rozmawiamy z nim o kulturze w kontekście projektu Narodowego Centrum Kultury i miasta Wrocław "Prawo do kultury".

REKLAMA
Jaka jest Pana opinia na temat poziomu naszego zainteresowania kulturą, tą szeroko pojętą, ale nie popkulturą? Może nie jest tak źle, a my jak zwykle za bardzo narzekamy?
Łukasz Orbitowski Nie mam prawie żadnej wiedzy na ten temat. Nie tylko dlatego, że większość moich książek uznano, słusznie albo nie, za popkulturowe. Trudno też mi określić oczekiwania moich własnych czytelników, ale zostawmy to. Moim zdaniem nie jest tak źle. Weźmy na przykład kult seriali. Niektóre tytuły z ostatnich lat, jak „Fargo”, poruszający egzystencjalne, a nawet eschatologiczne tematy „True Detective” cieszyły się sporym zainteresowaniem i poruszyły serca. Były też dostępne za darmo, poprzez serwery wymiany plików, co również ma znaczenie. Taka „Morfina” również wymyka się popkulturze. Obserwuję zainteresowanie filharmonią. Koszta dostępu do niektórych dóbr kultury, na przykład do filmu i muzyki bardzo staniały. Wystarczy porównać cenę płyty w końcówce lat dziewięćdziesiątych z abonamentem na takim Spotify. Cały czas pojawiają się półki literackiej klasyki i nie tylko, udostępniane za darmo tyle, że po angielsku.
Łukasz Orbitowski

Mieszkam w Warszawie i ofertą kulturalną mogę sobie oczy podbić. Ale bywam też na polskiej prowincji, w pewnym małym miasteczku i tam mamy kulturalną pustynię. Jeśli mnie pamięć nie myli, w dawnej bibliotece zrobili saunę. Innymi słowy, rozbicie Polski podług dwóch pierwszych litera alfabetu ma także przełożenie na dostęp do kultury. Tu przepych, a tam nic.

Mieszkańcy prowincji mają kontakt z kulturą przez internet, ale brak im dostępu do żywych jej przejawów: koncertu, przedstawienia teatralnego i tak dalej.
Prawo do kultury ma m.in. zapewnić kontrolę jak wydawane są samorządowe pieniądze na kulturę (i czy w ogóle). Ma dać możliwość prawnego odwołania się do organizacji międzynarodowych, gdy uważamy, że ograniczany jest dostęp do kultury lub naruszana jest przestrzeń wolności twórczej. I ma przede wszystkim wywołać dyskusje na ten temat. A jakie jest Pana zdanie w tej kwestii?
W pierwszym rzędzie mnie to śmieszy. Najpierw obcięto pieniądze na kulturę, pozamykano te przysłowiowe już biblioteki, pozaduszano inicjatywy, a teraz musimy myśleć, co zrobić, aby prowincjusz nie schamiał do reszty.
Łukasz Orbitowski

Nie wyobrażam sobie człowieka, który pisze petycje i gania po sądach, bo nie ma dostępu do teatru i koncertu smyczkowego. Ludzie są bardzo zmęczeni. Nie będą sobie tym zawracać głowy. Wyjadą, obejrzą film w internecie, albo sięgną po najprostsze gadżety do zabijania nudy: butelkę i procę.

Co można zrobić? Wartałoby przede wszystkim przywrócić istniejące wcześniej punktu poboru kultury, ale i przyswoić sobie nowe myślenie. Powołam się na przykład poety z tekstu, który zainicjował tę dyskusję. Wyobraźmy sobie, że jednak dostaje pieniądze na swój tomik. Co z tego wynika? Otóż nic. Książkę rozda rodzinie i przyjaciołom, reszta nakładu zgnije na strychu i tyle z tego będzie. Książkę trzeba promować. Książka musi mieć dystrybucję i trafiać do recenzentów, w ogóle, dużo rzeczy trzeba by z taką książką zrobić. W zrozumieniu takich działań, w umiejętności ich przeprowadzenia powinien zawierać się sens polityki kulturalnej. Teraz poeta z tomikiem czy bez dalej będzie hodował ryby. Na pewno jedna rzecz już się udała: dyskutujemy sobie aż miło.
Według danych czytamy mało i na dodatek cierpimy na wtórny analfabetyzm. A jednak w niektórych kręgach pisarze mają wręcz celebrycki status, w niektórych naprawdę wstyd się nie orientować w literackich premierach, a książka jest najbardziej bezpiecznym i pożądanym prezentem. Jak to jest? Czyżbyśmy cierpieli na rodzaj rozwarstwienia… kulturalnego?
Pisarz zyskuje celebrycki status wówczas, gdy przestaje być tylko pisarzem: Masłowska nagrywa płyty, Witkowski zajął się modą i dopiero wówczas regularnie zagościł na ściance. To mądrzy ludzie, doskonale wiedzą, co robią. Grona, o których mowa zmieszczą się spokojnie w trzech warszawskich kawiarniach. Mowa o niewielkim środowisku z dostępem do mediów. Rozwarstwienie kulturalne jest pochodną rozwarstwienia społecznego.
Łukasz Orbitowski

Ludzie dzielą się na bogatych i biednych. Pracujących i tyrających. Wypoczętych i zagonionych. Rozpieszczonych i zaszczutych. Pierwsi mogą sobie pozwolić na świadome obcowanie z kulturą, drudzy już nie.

 
Czasami nawet sensowne dyskusje zbaczają w jakieś dziwne meandry. Zaskoczyły mnie komentarze osób, które inicjatywę kojarzą z regulacją i paradoksalnie z utratą wolności. W koncepcji projektu "Prawo do kultury" nikt nie chce niczego narzucać ani o niczym decydować. Jak Pan myśli, skąd takie obawy o "stłamszenie wolności w kulturze" się biorą?
Przyzwyczailiśmy się, że kultura jest nasza. W tym sensie, że ludzie sami pozyskują treści kulturalne i boją się, że zostanie im to odebrane.  W tym kontekście przywołuje się aferę z ACTA, z „Golgota Picnic” czy koncertami Behemotha. Zagrożenia nie ma, ale takie głosy protestu, choć nierozsądne, bardzo mnie cieszą. Świadczą o tym, że kultura jest ważna.