
Łukasz Orbitowski poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie 13 książek, nominowany był do Paszportu Polityki oraz Literackiej Nagrody Nike. Specjalizuje się głównie w literaturze grozy i fantastycznej, choć ostatnio opisał swoje podróże po Afryce w "Zapiskach nosorożca". Rozmawiamy z nim o kulturze w kontekście projektu Narodowego Centrum Kultury i miasta Wrocław "Prawo do kultury".
Mieszkam w Warszawie i ofertą kulturalną mogę sobie oczy podbić. Ale bywam też na polskiej prowincji, w pewnym małym miasteczku i tam mamy kulturalną pustynię. Jeśli mnie pamięć nie myli, w dawnej bibliotece zrobili saunę. Innymi słowy, rozbicie Polski podług dwóch pierwszych litera alfabetu ma także przełożenie na dostęp do kultury. Tu przepych, a tam nic.
Nie wyobrażam sobie człowieka, który pisze petycje i gania po sądach, bo nie ma dostępu do teatru i koncertu smyczkowego. Ludzie są bardzo zmęczeni. Nie będą sobie tym zawracać głowy. Wyjadą, obejrzą film w internecie, albo sięgną po najprostsze gadżety do zabijania nudy: butelkę i procę.
Ludzie dzielą się na bogatych i biednych. Pracujących i tyrających. Wypoczętych i zagonionych. Rozpieszczonych i zaszczutych. Pierwsi mogą sobie pozwolić na świadome obcowanie z kulturą, drudzy już nie.
Czasami nawet sensowne dyskusje zbaczają w jakieś dziwne meandry. Zaskoczyły mnie komentarze osób, które inicjatywę kojarzą z regulacją i paradoksalnie z utratą wolności. W koncepcji projektu "Prawo do kultury" nikt nie chce niczego narzucać ani o niczym decydować. Jak Pan myśli, skąd takie obawy o "stłamszenie wolności w kulturze" się biorą?
