
Koko koko, euro spoko. Po festynie sztuczności, jaki zafundowała nam Telewizja Polska w końcu dostaliśmy tak długo wyczekiwaną listę powołań. I w sumie zbyt wielu niespodzianek nie było. A na pewno nie można powiedzieć, że Smuda zaszokował.
REKLAMA
Zanim wyliczę strzały w stopę pana selekcjonera, muszę zaznaczyć, że podjął kilka dobrych, a nawet bardzo dobrych decyzji. Choćby powołania dla Kamila Glika, Kamila Grosickiego, Rafała Wolskiego, których nie można było być do końca pewnym. Brawo za te decyzje, bez cienia ironii.
Szkoda tylko, że patrząc na tę kadrę ogólnie, całościowo – Smuda potwierdził, że słowo „sabotaż” znajduje się dość wysoko w jego słowniku. Przez grzeczność pominę już sprawy Żewłakowa, Boruca i Peszki, bo przewałkowały je wszystkie media i każdy niemowlak w naszym kraju wie, że wypicie kilku buteleczek wina w samolocie z USA do Polski, bądź skoczenie z kumplem na kilka piw w dniu wolnym to zbrodnie niewybaczalne skutkujące dyskwalifikacją z kadry. No tak, całkiem spójnie, biorąc pod uwagę, że trener całe życie był abstynentem, a stosunek do wódki miał taki jak... do Boruca. Tak, tak...
Pominę też fakt, że stężenie farbowanych lisów – czyli, dla niewtajemniczonych – przyszywanych Polaków – osiągnęło w tej reprezentacji poziom absurdu. Atmosfera w drużynie, pardon, teamgeist będzie na pewno wunderbar. Albo – jak kto woli – magnifique.
Jeśli ktoś wierzył, że selekcjoner będzie konsekwentny (śmiech) i faktycznie, tak jak zapowiadał, postawi na zawodników grających w swoich klubach regularnie, dziś się o tej jego konsekwencji przekonał. Od Łukasza Fabiańskiego częściej na boisko wychodzi pewnie większość czytelników NaTemat, którzy co jakiś czas wynajmują orlika. Od Pawła Brożka, który spędził prawie całą wiosnę na VIP-ach na stadionie Celtiku, pewnie też. Wielu z Was, jest też zapewne sprawniejszymi od Sebastiana Boenischa, który ostatnie dwa lata spędził w szpitalu. Patrząc na te przypadki, wcale nie tak bardzo bulwersujący wydaje się przypadek Adama Matuszczyka (Fortuna Dusseldorf), który rzadko – a jeśli już to generalnie w końcówkach meczów – podnosi się z ławki w drugiej Bundeslidze.
Matuszczyk... Mamy Ariela Borysiuka, który co prawda z PIERWSZEJ Bundesligi spadł, ale grał przez całą rundę. Mamy Janusza Gola, podstawowego piłkarza Legii, ogranego też w europejskich pucharach. Mamy nawet Cezarego Wilka w Wiśle Kraków, ale nie... Smuda z Matuszczykiem „som przyjacioły” i nie ma zmiłuj.
A Tomasz Kuszczak, który co tydzień wspina się na absolutne wyżyny w Watfordzie (ten sam poziom rozgrywek co Matuszczyk) i prawdopodobnie wróci do Premiership? A Arkadiusz Piech, dzięki któremu Ruch Chorzów jest w czubie tabeli? Zapomnijcie. Są Fabiański i Kucharczyk (23 mecze i 3 gole w Ekstraklasie).
Zdaję sobie sprawę, że ilu kibiców/dziennikarzy, tyle wizji. Że część z Was zaraz mi zarzuci, że w przypadku Smudy widzę szklankę do połowy pustą, bo przecież nie wszystkie jego decyzje są kompromitujące. Ale na jeden temat zdania nie zmienię – piszcie, co chcecie – to nie jest reprezentacja Polski, tylko zbieranina facetów, którzy według kompletnie niezrozumiałego klucza odpowiadają Smudzie.
Aha, jeszcze jedno. Festyn selekcjonera to i tak nic przy ociekającym hipokryzją Jackiem Kurowskim. „Ostatnie miesiące zahartowały Brożka”. „Ile znaczy Polska dla Polanskiego czy Obraniaka...”. Wiecie, ile znaczy? Tyle, że Ludo przez trzy lata nie nauczył się polskiego, a Polanski tłumaczy sobie nasz hymn na język niemiecki, żeby móc go zrozumieć.
Albo konferencja prasowa – tego też nie mogę ogarnąć. Sporo dyskusyjnych decyzji Smudy, a tu jeden gość docieka, co selekcjoner sądzi o wyborze piosenki na Euro, a następny artysta pyta „co pan teraz czuje”.
Dobra, dość tej farsy. Wracam na Real.
Autor jest dziennikarzem Weszlo.com
