Nie ma pewności czy Kim Dzong Un rzeczywiście stoi za atakami hakerskimi na Sony
Nie ma pewności czy Kim Dzong Un rzeczywiście stoi za atakami hakerskimi na Sony Fot. DPRK

Niektórzy znani są tylko użytkownikom ukrytej sieci Dark Web, inni to dyktatorzy podejrzewani o cyberatak na Stany Zjednoczone. Magazyn "Wired" opublikował właśnie listę ludzi i organizacji, które zagrażają bezpieczeństwu, albo poważnie nadwyrężają internetową równowagę. Oto watażkowie e-wojny.

REKLAMA
Kim Dzong Un trafił do zestawienia, choć dowody na to, że Korea Północna rzeczywiście stała za atakami na wytwórnię Sony są nikłe.
Wystarczyło jednak podejrzenie, że to jedno z najbardziej odizolowanych państw świata wdało się w cyberwojnę, a wytwórnia filmowa zrezygnowała z pokazywania " The Interview" w szerokiej dystrybucji. Po raz pierwszy w historii amerykańska firma zdecydowała się też na udostępnienie filmu w sieci w tym samym czasie, co jego planowana kinowa premiera. W ten sposób Kim Dzong Un wpłynął na światowy internet. Choć nie tak, jak chciał.
Jeżeli to tylko przypadek, a za atakiem stała raczej grupa niezależnych od Phenianu haktywistów, to Kimowi nie pomagają zeznania uciekinierów z Korei Północnej. Jang Se-yul, który wcześniej pracował dla północnokoreańskiego reżimu jako specjalista komputerowy, twierdzi, że w kraju działa sekretna instytucja – Biuro 121. Według niego pracuje dla niej około 1800 hakerów, których siły rażenia na świecie się nie docenia. Trudno powiedzieć na ile wiarygodne są stwierdzenia jednego człowieka, ale podaje on, że cyberterroryzm jest obecnie groźniejszą bronią w ręku Kim Dzong Una niż broń nuklearna.
logo
Kim Dzong Un Fot. YouTube/The Telegraph
Przy okazji ataku na Sony Barack Obama mówił o konieczności obrony wolności wypowiedzi. Edward Snowden, uważany za amerykańskiego wroga i bohatera jednocześnie nadal ujawnia informacje obciążające NSA. W 18 miesięcy po pierwszym spotkaniu Snowdena z dziennikarzami "The Guardian" wciąż pojawiają się nowe fakty wskazujące, że ludzie pracujący w NSA i w jego brytyjskim odpowiedniku GCHQ stanowią zagrożenie dla wolności w internecie.
Powołane do wyszukiwania zagrożeń dla bezpieczeństwa kraju organizacje rządowe włamują się do baz sieci telefonicznych, zakładają podsłuchy na podmorskich kablach telefonicznych firmy Google i umyślnie instalują backdoory w sprzedawanych na rynku amerykańskim produktach elektronicznych. Kim Zetter w "Wired" pisze, że internet jest wciąż jak Dziki Zachód, a NSA to jego najgroźniejszy wyjęty spod prawa.
Przerażające jest motto poświęconej działaniom tej organizacji książki "No Place to Hide". Dziennikarz Glenn Greenwald, który jako pierwszy rozmawiał z Edwardem Snowdenem, wybrał na cytat otwierający książkę wypowiedź amerykańskiego senatora Franka Churcha sprzed prawie czterdziestu lat:
Senator Frank Church

Rząd Stanów Zjednoczonych tworzy coraz sprawniejszą technologiczną możliwość, która pozwala monitorować wiadomości. Ta umiejętność w każdej chwili może zostać skierowana przeciwko Amerykanom. Nikt wtedy nie miałby żadnej prywatności, takie są możliwości monitorowania wszystkiego: rozmów telefonicznych, telegramów, nie ma znaczenia, co to by było. Nie byłoby żądnego miejsca, gdzie można by się było ukryć

Fragment książki "No place to hide"
O absolutną wolność w sieci przy użyciu wszelkich dostępnych środków walczy też Cody Wilson. 26-latek, który ma skrajnie libertariańskie poglądy, zasłynął umieszczeniem w sieci instrukcji jak w drukarce 3D wydrukować w pełni sprawny, plastikowy pistolet. W ten sposób Wilson pokazał, że nowe technologie są w stanie ominąć obowiązujące regulacje prawne. Cody Wilson pracował też nad aplikacją Dark Wallet, która ma umożliwić przeprowadzanie niemożliwych do wyśledzenia transakcji w bitcoinach.
Przy Dark Wallet Cody Wilson współpracował z Amirem Taakim. Taaki dąży do tego, by wszystkie transakcje w bitcoinach stały się absolutnie anonimowe. Pracuje nad stworzeniem DarkMarket, miejsce do prowadzenia handlu bitcoinami, które działałoby trochę jak Silk Road (rozbita przez amerykańską policję, sieciowa giełda narkotykowa), ale DarkMarket nie miałoby administratora, ani podłączonych do niego serwerów. W ten sposób transakcje pozostałyby całkowicie anonimowe.
Na razie z anonimowości, którą dałby mu DarkMarket nie może korzystać Verto – narkotykowy król działający w Dark Web, twórca giełdy Evolution. O samym Verto niewiele wiadomo. Jego giełda oferuje już 22 tysięcy w większości nielegalnych produktów. Oprócz narkotyków można na Evolution kupić także broń, podrobione dokumenty i skradzione dane z kont bankowych.
Wygląda na to, że powstaje dużo mroczniejsze i groźniejsze miejsce, niż poprzednik Evolution, Silk Road.
Jeżeli założyć, że Verto też jest jednym z wyjętych spod prawa na sieciowym Dzikim Zachodzie, jeżeli głośno robi się o trudnych do uchwycenia ludziach łamiących prawo w sieci, to czy pojawią się szeryfowie o szerszej, międzynarodowej jurysdykcji?
Na razie wybija się postać Preeta Bharary, amerykańskiego prokuratora, o którym pisze "Wired". Bharara chce doprowadzić do zamknięcia jak największej liczby narkotykowych giełd, uczestniczył w procesie twórcy Silk Road. Teraz dąży do ekstradycji z Nowej Zelandii twórcy Megaupload Kim Dotcoma. Jego wpływy w amerykańskim systemie sprawiedliwości i w Dark Web są coraz większe.
Na podstawie: Wired