Ewę Kopacz porównuje się do Margaret Thatcher. Nie do końca słusznie.
Ewę Kopacz porównuje się do Margaret Thatcher. Nie do końca słusznie. Fot. Shutterstock.com

Kiedy w kwietniu 2013 roku zmarła Margaret Thatcher, Brytyjczycy znów się podzielili. Część z nich przyjęła wieść o śmierci "Żelaznej Damy", premier Wielkiej Brytanii z lat 1979-1990, z nieskrywaną radością, bo nikogo innego jak jej, nigdy bardziej nie nienawidziła. Za to, że w połowie lat 80. XX wieku zamknęła niemal wszystkie brytyjskie kopalnie. Teraz o podobne intencje oskarżana jest Ewa Kopacz.

REKLAMA
Ikona brytyjskiej polityki lat 80. łączyła konserwatyzm z tzw. liberalizmem klasycznym zapowiadając rychły kres państwa opiekuńczego. Kiedy w 1979 roku stanęła na czele rządu, zaczęła się nowa era brytyjskiej polityki - taczeryzm. Gospodarczo wolnościowej, eurosceptycznej, a jednocześnie, w rządach wewnętrznych, nieustępliwej i nieprzejednanej. Tak też Thatcher postąpiła z brytyjskimi kopalniami. Wielu Brytyjczyków nigdy jej tego nie wybaczyło.
Cel: likwidacja "czwartego stanu"
– Istota demokracji polega na tym, że żadna grupa społeczna nie może mieć większej władzy niż parlament. Bolesną prawdą jest, że pan Callaghan nie może ruszyć palcem bez zgody związków – krytykowała rząd Jamesa Callaghana zanim objęła po nim schedę. Pamiętała też strajki górników z pierwszej połowy lat 70. i ich destrukcyjny wpływ na funkcjonowanie państwa.
logo
Margaret Thatcher nie przebierała w środkach, aby poskromić brytyjskie związki zawodowe. Fot. Shutterstock
Była też w swych późniejszych działaniach zadziwiająco konsekwentna. Dla jednych był to przejaw politycznego wizjonerstwa, roztropności i mądrości; dla innych - zwyczajna bezwzględność. Po zdobyciu władzy zaczęła bezkompromisowo ograniczać wpływy związków zawodowych, które sama nazywała "czwartym stanem".
Problem z górnikami przybrał na sile w 1984 roku, kiedy na wieść o szykujących się redukcjach etatów w kopalniach Wyspy Brytyjskie ogarnęły gigantyczne strajki. Rządowy plan przewidywał m.in. zmniejszenie wydobycia węgla o 4 mln ton rocznie oraz zwolnienie 20 tys. pracowników. To wiązało się oczywiście z zamykaniem kopalń.
Thatcher nie zamierzała z górnikami negocjować osobiście, a robiła to poprzez swych przedstawicieli. Wcześniej zręcznie zabezpieczyła pokłady węgla - w 1983 roku wynosiły już ok. 50 milionów ton. Walka z górnikami, często w znaczeniu dosłownym, bo na ulicach miast policja rozpędzała manifestacje, kosztowała miliardy funtów. Co więcej, przed rokiem brytyjskie archiwum państwowe ujawniło dokumenty, z których wynikało, że w 1984 roku Thatcher nosiła się nawet z zamiarem wprowadzenia stanu wyjątkowego i nie wykluczała użycia przeciw górnikom wojska.
Ostatecznie strajki trwały prawie rok i zakończyły się całkowitą porażką związków zawodowych. Górnicy pozostali na lodzie. W 1985 roku prawie 230 tys. z nich nie miało już pracy. W wyniku działań "Żelaznej Damy" zamknięto 165 kopalń węgla, pozostałych 15 zostało sprywatyzowanych.
– Jestem wyjątkowo cierpliwa, pod jednym wszelako warunkiem, że w końcu wyjdzie na moje – mawiała Thatcher, która w sporze o brytyjskie górnictwo od początku do końca była nieprzejednana, dlatego zyskała sobie tak wielu wrogów. Dziś Wielka Brytania węgiel musi importować. Rocznie ok. 40 mln ton.
logo
Górnicy nie chcą likwidacji kopalń i zapowiadają, że nie ustąpią. Fot. G. Celejewski / Agencja Gazeta
Kopacz: wszyscy będziemy wygranymi lub przegranymi
Takiego scenariusza nie zakłada jednak premier Kopacz. Po pierwsze, zapowiada walkę o kopalnie do ostatniego tchu, skłonna jest do kolejnych długotrwałych negocjacji. Pomimo że te pierwsze, 12-godzinne, zakończyły się fiaskiem. – Mogę powiedzieć patrząc im w oczy: na niczym innym bardziej mi nie zależy, niż na rozwiązaniu waszych problemów. Wszyscy będziemy wygranymi lub przegranymi – zwróciła się do protestujących Kopacz w "Faktach po Faktach".
Premier uparcie podkreśla, że rządowy plan restrukturyzacji Kompanii Węglowej nie oznacza likwidacji kopalni, a ich naprawę. – Ja w ten plan głęboko wierzę, że to jest jedyny sposób, aby uchronić przed upadłością nie cztery, a czternaście kopalń – mówiła premier dodając, że w 30-letnim planie na przyszłość bezpieczeństwo energetycznie Polski będzie oparte na rodzimym węglu.
Tyle co do obietnic. Ale to od najbliższych działań Kopacz będzie zależeć przyszłość polskich kopalni. Premier ma oczywiście dwie drogi do wyboru - albo twardo stąpać po ziemi i nie ulegać naciskom górników, albo iść na ustępstwa. Ale wtedy jej porównanie do "Żelaznej Damy" będzie bezcelowe.
logo
W ramach górniczego protestu przygotowano "nekrolog" Ewy Kopacz. Fot. Krzysztof Orski / Twitter.com
Polska "Żelazna Dama"?
Jak zauważa najnowszy "The Economist", jeśli Kopacz skorzysta z doświadczeń Thatcher, może odnieść ostateczne polityczne zwycięstwo. W Polsce - dodaje brytyjski tygodnik - nie ma szerokiego poparcia społecznego dla postulatów górników, bo panuje opinia, że ci cieszą się zbyt wieloma przywilejami i zarobkami; są nawet porównywani do arystokracji.
Thatcher była nieustępliwa od początku do końca, ale z górnikami "rozmawiała" przez swoich współpracowników. Kopacz sama wzięła sprawę w swoje ręce, negocjowała i dalej chce negocjować. Problem polskiej premier polega na tym, że jeśli wszystkiego nie wygra, a w tej sytuacji nie da się odnieść połowicznego sukcesu, to poniesie kompletną porażkę. Porażkę, która ją jako polityka skreśli.
Ale załatwienie sprawy Kompanii Węglowej będzie pierwszym poważnym zwycięstwem Kopacz od czasu jej premierostwa, wyposaży też ją w polityczne atuty przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi. Nie wszystko zatem stracone, a poprzez reformę sektora górniczego – prognozuje "The Economist" – Kopacz może potwierdzić słuszność swoich prorynkowych działań.
Wszystko w jej rękach, bo, co też zauważyli brytyjscy dziennikarze, Donald Tusk wcześniej uciekł przed problemem do Brukseli.