Obrandować tragedię i zarobić na tym. Nie bądźcie już Charlie!

Wzorniki "Je Suis Charlie" dla ulicznych graficiarzy.
Wzorniki "Je Suis Charlie" dla ulicznych graficiarzy. Fot. Twitter
Hasło #JeSuisCharlie stało się marką i wielu przedsiębiorców walczy o to, by mieć do niej prawa. Co tam wolność mediów, co tam ofiary zamachów. Ważne jest to z czym ludzie identyfikują się na całym świecie. Dlaczego? Bo można na tym zarobić pieniądze.

W zeszłym tygodniu twórca hasła #JeSuisCharlie Joachim Roncin oświadczył, że będzie walczył o prawa autorskie do tego sloganu. Czyżby francuski artysta i dziennikarz zwietrzył łatwe pieniądze? Otóż nie, chodzi przede wszystkim o to, że inni zwietrzyli te pieniądze już przed nim.

Wszystko może być marką?
We francuskim instytucie ds. własności przemysłowej ustawiła się kolejka, sprytni przedsiębiorcy chcieli wykupić prawa do używania logo #JeSuisCharlie. Projekt Joachima Roncina jest prosty. Artysta wykorzystał font z serii książek "Où est Charlie?" ("Gdzie jest Charlie") i zapostował na swoim Twitterze kilka minut po tragedii.

Hasło podbiło internet, każdy był Charlie (poza Le Penem, Farage'em, Terlikowskim i Korwin-Mikkem). Udostępnienie tego sloganu na Facebooku czy Twitterze świadczyło o wrażliwości społecznej, bezkompromisowym podejściu do wolności słowa, biegłości w kwestii tego, co dzieje się na świecie i chociażby szczątkowym rozumieniu języka francuskiego.


W sieci bardzo szybko pojawiły się koszulki i czapki ze słynnym sloganem. Pewien Belg Yanick Uytterhaegen chciał opatrzyć to hasło znakiem firmowym i sygnować nim m.in. środki czystości i proszki do prania, ubrania, buty, zabawki, dekoracje świąteczne, soki owocowe oraz piwo. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego jego zachowanie wywołało falę oburzenia. Portalowi The Independent mówił: Zdanie Je Suis Charlie jest marką, zupełnie taką samą jak Dior, Guess czy Addidas. Wydaje mi się zresztą, że wiele znanych marek chciałoby wykorzystać tę frazę do tego, by sprzedawać swoje produkty.
O zastrzeżenie dla siebie słynnego hasła prosił też pewien australijski projektant mody. Czy naprawdę slogan, który wiąże się z tragedią i śmiercią niewinnych ludzi jest tak dobrym wabikiem na klientów?

Owczy pęd
- Współcześni marketingowcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że dziś nie sprzedaje się produktów, ale idee - tłumaczy dr Jolanta Tkaczyk z katedry marketingu Akademii Leona Koźmińskiego.

- W przypadku frazy Je Suis Charlie w grę wchodzi nie tylko idea, lecz także silne emocje i mocne zbiorowe doświadczenie, które pozwala identyfikować się z przesłaniem hasła. W marketingu tak naprawdę nie jest istotne o jaki rodzaj emocji chodzi, negatywne czy pozytywne. Liczy się przede wszystkich ich moc - dodaje Tkaczyk.

Zaznacza również, że konsumenci wcale nie muszą wiedzieć o co chodzi w całym zamieszaniu z byciem tudzież niebyciem Charlie. Według teorii społecznego dowodu słuszności ludzie ufają poglądom czy ideom podzielanym przez większość. Więc skoro cała moja ściana na portalu społecznościowym została zapchana najróżniejszymi planszami z hasłem francuskiego rysownika, to coś musi być na rzeczy i warto tym Charliem jednak być.

Chwytliwe tragedie
Hasło dotyczące tragedii w Paryżu nie jest pierwszym przypadkiem, kiedy smutne wydarzenie trafiło do popkultury. W Stanach podobne zjawisko miało miejsce w przypadku wydarzeń z 11 września. Niedawno natomiast matka nastolatka zabitego przez policjanta Trayvona Martin zastrzegła prawnie dwa zdania "I Am Trayvon" i "Justice for Trayvon", które już zaczęły pojawiać się na koszulkach, bluzach i czapkach dostępnych w sklepach internetowych.
- Jako człowiek, muszę powiedzieć, że mnie się to nie podoba i raczej nie kupiłabym takiego gadżetu. Jednak jako specjalistka do spraw marketingu mogę stwierdzić, że takie artykuły będą się sprzedawały. Ludzie będą doszukiwali się w nich czegoś dobrego, wspomożenia rodzin ofiar, ustawienia się po właściwej stronie barykady, będą mieli szansę poczuć się częścią wspólnoty, nawet jeśli nie do końca rozumieją o co w niej chodzi. Co więcej, podejrzewam, że bardzo szybko można się spodziewać wysypu podobnych produktów, tylko opatrzonych hasłem Je Ne Suis Pas Charlie - tłumaczy dr Tkaczyk.

Jolanta Tkaczyk dodaje, że pamięta, jak rozpętała się prawdziwa wojna na gadżety, kiedy zmarł Jan Paweł II i zastąpił go Benedykt XVI. Miarą wielkości papieża była więc liczba kubków i pocztówek z podobizną Stolicy Piotrowej. Kardynał Ratzinger nie miał szans z Karolem Wojtyłą, natomiast papież Franciszek jest dobrym gadżetowym rywalem.

Czy prawa rynku doprowadziły do tego, że miarą tragedii będzie liczba statusów na Facebooku czy wniosków o prawa autorskie? Nie, bo żerowanie na tragedii i emocjach z nią związanych jest stare jak świat. Zmieniają się tylko narzędzia, które pozwalają na tym zarobić. Dlatego warto się porządnie zastanowić czy #JeSuisCharlie czy po prostu solidaryzuję się z ofiarami tragedii.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...