
Historyka, prawnika, przedsiębiorcę, muzyka, reżysera, a nawet ochroniarza mamy w gronie kandydatów do urzędowania w Pałacu Prezydenckim. Wśród nich zarówno magistrzy, jak i doktorzy, urzędnicy państwowi w randze ministra czy wojewody. A kto pretendował do funkcji głowy państwa przed wojną?
W wyścigu o pierwszą w dziejach Polski prezydenturę wzięła w 1922 roku udział piątka kandydatów, wśród nich wybitne osobistości. Do rywalizacji stanęli: hrabia Maurycy Zamoyski (prawica), Stanisław Wojciechowski (PSL „Piast”), Ignacy Daszyński (PPS) oraz dwóch profesorów: Gabriel Narutowicz (PSL „Wyzwolenie”) oraz Jan Badoin de Courtenay (mniejszości narodowe).

Pierwszy z nich, Narutowicz, syn powstańca styczniowego, ukończył Politechnikę w Zurychu i zrobił karierę naukowca. Był znanym na świecie budowniczym elektrowni wodnych, profesorem szwajcarskiej uczelni, inżynierem geotechnikiem. Robił też karierę polityczną; w II RP był szefem dwóch resortów - robót publicznych i spraw zagranicznych.
Wystartował w pierwszych prezydenckich wyborach w odrodzonej Rzeczypospolitej, a głosowanie Zgromadzenia Narodowego – ciała, które według konstytucji marcowej miało wybrać nową głowę państwa, wyznaczono na 9 grudnia 1922 roku. W pokonanym polu zostawił czwórkę kandydatów; wygrał, choć nie był faworytem. Przeciwnie niż hrabia Zamoyski.

Ten bowiem był wpływową postacią polskiego ziemiaństwa, właścicielem wielkiego majątku. Przed I wojną światową zasiadał jako poseł w Rosyjskiej Dumie, po 1918 roku był ambasadorem w Paryżu. W wyścigu prezydenckim przegrał stosunkiem 227 do 289 głosów, po pięciu głosowaniach. Niespodzianka stała się faktem dzięki poparciu PSL „Piast”. Prawica później rozgłosi, że to zdrada interesów Polski.
Kto miał jeszcze szansę na prezydenturę? Ignacy Daszyński, przywódca socjalistów, jeden z współtwórców polskiej niepodległości, człowiek, który stanął na czele Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie jeszcze zanim Polska oficjalnie odzyskała byt państwowy. To do członków rządu lubelskiego Józef Piłsudski po powrocie do Warszawy z magdeburskiej twierdzy wypowiedział słynne słowa: „Wam kury szczać prowadzać, nie politykę robić!”.

Inny przegrany – Stanisław Wojciechowski – to znany działacz spółdzielczy, minister spraw wewnętrznych. 9 grudnia 1922 roku musiał obejść się smakiem, ale już niespełna dwa tygodnie później został głową państwa. Nikt nie przypuszczał, że malarz-fanatyk pozbawi prezydenta Narutowicza życia w gmachu warszawskiej „Zachęty”, już tydzień po jego wyborze.
Kto dziś pamięta o Janie Niecisławie Baudouinie de Courtenayu? On też widział się w roli prezydenta, a był nie byle kim. Jego arystokratyczny rodowód prowadził aż do średniowiecznej Francji, a kandydat mniejszości narodowych dał się poznać jako wybitny językoznawca, lingwista, słowem: nietuzinkowa postać. Wykładał na uniwersytetach w Petersburgu, Kazaniu, Dorpacie (obecnie Tartu), Krakowie i Warszawie.
PROF. NORMAN DAVIES O JANIE B. DE COURTENAY

Zabójstwo prof. Narutowicza okryło hańbą całą młodą polską demokrację, tym bardziej, że zaraz po wyborze Narodowa Demokracja rozpętała na elekta wielką nagonkę. Pierwszego prezydenta tak naprawdę pogrzebano już za życia. 20 grudnia, cztery dni po jego zastrzeleniu, odbyły się nowe wybory. Wojciechowski wygrał z kolejnym polskim wybitnym naukowcem, który próbował sił w wielkiej polityce – prof. Kazimierzem Morawskim. Kandydat Związku Ludowo-Narodowego, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiej i prezes Polskiej Akademii Umiejętności, kawaler najważniejszego polskiego odznaczenia – Orderu Orła Białego, przegrał stosunkiem głosów 221 do 298.
Wojciechowski był głową państwa 3,5 roku. Kryzys polskiej państwowości, czyli zamach majowy 1926 roku, pozbawił go urzędu. Prezydent nie chciał dalszego rozlewu krwi (w czasie walk o Warszawę zginęło prawie 400 osób, z czego 164 cywilów) i poszedł na ugodę, ustępując. Wcześniej rozmawiał z Piłsudskim na Moście Poniatowskiego. Ten ostatni przejął pełnię władzy, ale nie po raz pierwszy. Głową państwa – Naczelnikiem – wybrano go już w 1919 roku (rok wcześniej pełnił funkcję Tymczasowego Naczelnika).

Ale Piłsudski, od 1920 roku Marszałek, nie chciał być prezydentem. Choć tym obwołało go Zgromadzenie Narodowe 31 maja 1926 roku. 292 głosy za Piłsudskim. Prawie 100 mniej, 193, oddano na hrabiego Adolfa Bnińskiego, ziemianina z Wielkopolski.
DEPESZA PREMIERA FRANCJI EDOUARDA DALADIERA, 26 IX 1939
Wobec tego gen. Wieniawa-Długoszowski pisemnie zrzekł się urzędu, a w rumuńskim Bicaz, gdzie przebywał internowany Mościcki, powrócono do rozmów w sprawie przyszłej prezydentury. Ostatecznie za najlepszego kandydata, którego skłonne byłyby zaakceptować mocarstwa zachodnie, uznano Władysława Raczkiewicza. Znanego zresztą poza Polską, bo pełniącego funkcję prezesa Związku Polaków Zagranicą. Ponadto byłego ministra spraw wewnętrznych i marszałka Senatu, wojewodę pomorskiego.
Kogo jeszcze w związku z kryzysem widziano w roli prezydenta? Rozważano nominację dla gen. Kazimierza Sosnkowskiego, ale w warunkach wojny zwyczajnie trudno było się z nim skontaktować.

Innymi kandydatami byli: szef resortu spraw zagranicznych August Zaleski, prymas August Hlond, a także stały bywalec salonów – wybitny pianista i dyplomata Ignacy Jan Paderewski.
AMBASADOR POLSKI W RUMUNII ROGER RACZYŃSKI

Ostatecznie, po pisemnej rezygnacji Mościckiego i wskazaniu następcy, na głowę państwa zaprzysiężono Władysława Raczkiewicza. Był pierwszym spośród sześciu prezydentów na Uchodźstwie, szczególnym - bo jego urzędowanie przypadło na lata wojny.
Symboliczne przekazanie władzy odbyło się w 1990 roku, gdy Ryszard Kaczorowski przywiózł z Londynu do Warszawy prezydenckie insygnia z czasów II RP, wręczając je Lechowi Wałęsie. Ten ostatni był pierwszym polskim prezydentem, wybranym w wyborach powszechnych.
