Prof. Wojciszke: nie jesteśmy przystosowani do tego, by przez 50 lat żyć w jednym związku

Prof. Bogdan Wojciszke, autor książki "Psychologia miłości".
Prof. Bogdan Wojciszke, autor książki "Psychologia miłości". Fot. materiały prasowe
– Z badań wynika, że związki najczęściej rozpadają się po czterech latach. A gdyby ludzie mogli ze sobą wytrzymać, małżeństwa mogłyby przecież trwać i pięćdziesiąt lat. Zwłaszcza, że ostatnimi czasy zrobiliśmy się strasznie długowieczni. Problem w tym, że my nie bardzo jesteśmy przystosowani do życia przez pół wieku w jednym związku. (...) I wbrew pozorom tak było niemal zawsze. Tylko że dziesiątki lat temu zamiast się rozwodzić, współmałżonkowie po prostu umierali – mówi w rozmowie z naTemat profesor Bogdan Wojciszke.

Pan wierzy w miłość?

Moja wiara nie ma chyba dużego znaczenia. Pytanie brzmi – czy w miłość wierzą ludzie?

Wierzą?

Tak, z badań wynika, że wiarę w miłość deklaruje 50-60 proc. ludzkości. I to na całym świecie. Co ciekawe, podobny odsetek badanych twierdzi, że przydarzyła im się miłość od pierwszego wejrzenia.

Jednak o miłości coraz częściej mówi się jak o bardzo niefortunnej przypadłości, chorobie. Może więc raczej powinni stracić złudzenia?

Miłość, jakkolwiek by jej nie określać, ma dobroczynny wpływ na ludzi. Zrobiono w tej materii badania i zdecydowanie lepiej ją mieć niż nie mieć jej wcale. Tyle tylko, że trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że żadna miłość nie będzie trwała wiecznie.

A Tinder, Facebook, wynalazki takie jak profesjonalni przytulacze, którzy świadczą usługi za pieniądze? Oni nam znalezienie miłości ułatwiają czy wręcz przeciwnie – oznaczają jej zgubę?

Na pewno poszerzają zakres możliwości, ale jest sporo innych zmian... Proszę pamiętać, że jedna rzecz to miłość, a druga – trwałe związki. Myślę, że z tą pierwszą nie mamy problemu. Jest jej mniej więcej tyle samo, co zawsze. Obecność miłości wydaje się być po prostu cechą gatunkową człowieka. Natomiast związków trwałych i w ogóle związków jest ewidentnie mniej.

Dlaczego?

Cieszą coraz słabszym wzięciem, a to wynika przede wszystkim z tego, że mamy poczucie większej wolności i dużo większych możliwości. Wolność oznacza, że ludzie w kulturze europejskiej dobrowolnie dobierają się w pary. To jest ewenement w skali kulturowej, bo w większości kultur tego świata związki małżeńskie są przede wszystkim aliansem rodzin. I to są związki trwałe.

Wybór samych zainteresowanych natomiast służy przede wszystkim maksymalizacji osobistego szczęścia. Ta maksymalizacja z kolei jest, no cóż, jednak dosyć nietrwałą podstawą związku. Człowiek się zmienia, zmieniają się jego potrzeby i wizje szczęścia. Stąd też znaczny odsetek związków się zwyczajnie rozpada.


Trzeba pamiętać, że w naszej kulturze jest też obecna bardzo silna tendencja, by pozostawać jedynie w tym małżeństwie czy relacji, która jest udana i przynosi szczęście. Nieszczęśliwe pary się rozstają i próbują na nowo związać się z kimś innym albo przechodzą na inny tryb życia, czyli chociażby bycie singlem. To ostatnie natomiast wiąże się z większymi możliwościami. Kiedyś trudno było być singlem, bo zwyczajnie trudno było w pojedynkę przetrwać. Teraz możemy sobie na to pozwolić. Stąd popularność singli.

Czyli lepiej byłoby, gdybyśmy zawierali małżeństwa z rozsądku?

Nie da się na to pytanie odpowiedzieć wprost. Natomiast jestem przekonany, że te zawierane z rozsądku są trwalsze. A czy szczęśliwsze? Trudno powiedzieć.

Wydaje się, że społeczeństwo ma tego świadomość. Prof. Tomasz Szlendak stwierdził w którymś z wywiadów, że „tylko klasa średnia wciąż się łudzi, że ludzie pobierają się z miłości”...

Być może, chociaż szczerze mówiąc – nie bardzo w to wierzę. Sądzę, że to nie jest zjawisko klasowe. Z drugiej strony jest trochę badań nad strukturą socjologiczną zamożniejszych warstw społecznych. I one doskonale pokazują, że osoby uznawane za bogate są tak jakby mniej wspólnotowe, bardziej egocentryczne i skoncentrowane na sobie, swoich potrzebach, przyjemnościach.

Realna jest obawa o to, że jedyna miłość, jaką wkrótce będziemy zdolni żywić to miłość współbieżna – kochamy siebie, nie partnera?

Na pewno jest taki trend. Trend egocentryczny. Kiedyś związki miały charakter wspólnotowy zgodnie z założeniem – co moje to i twoje. Ludzie zlewali się w jedno i byli stanowili silną wspólnotę, gdzie pojęcia „ja” i „ty” były niebywale trudne do rozróżnienia.

Dzisiejsze związki przypominają raczej kontrakt – jesteśmy szczęśliwi dopóki zaspokajasz moje potrzeby, moje marzenia, moje upodobania. Jak przestaniesz, to będę sobie szukał/szukała kogoś innego. Obowiązuje zasada coś za coś. A w prawdziwej wspólnocie nikt przecież nie oczekuje kontraktu, nie myśli kategoriami typowymi dla biznesu. I to jest właśnie widoczny skutek tego, o czym była mowa wcześniej – rosnącego poczucia wolności i możliwości.

A może rolę w tej chęci do wchodzenia w płytkie relacje odgrywają też czasy, w których przyszło nam żyć? Kryzysy ekonomiczne, konflikty na świecie...

Nie sądzę.

Bo...?

Bo żyjemy wbrew pozorom w bardzo spokojnych czasach. Ostatnie dwudziestolecie można określić mianem „czasów świętego spokoju”. W kształtowaniu postrzegania relacji międzyludzkich rolę odgrywają raczej kwestie kulturowe.

Na przykład?

Na przykład postępująca indywidualizacja, otwartość na inne kultury. Pasjonuje nas chociażby cywilizacja Zachodu, a ona promuje właśnie taką indywidualizację, która sprzyja koncentracji na własnym szczęściu. To się staje podstawą naszego życia matrymonialnego.

Indywidualizacją, koncentracją na własnym szczęściu można również wytłumaczyć częste zdrady małżeńskie? Rozwody?

Z badań wynika, że związki najczęściej rozpadają się po czterech latach. A gdyby ludzie mogli ze sobą wytrzymać, małżeństwa mogłyby przecież trwać i pięćdziesiąt lat. Zwłaszcza, że ostatnimi czasy zrobiliśmy się strasznie długowieczni. Problem w tym, że my nie bardzo jesteśmy przystosowani do życia przez pół wieku w jednym związku.

Dziś w niektórych społeczeństwach sporą popularność zdobywa zjawisko tak zwanej monogamii seryjnej – jesteśmy monogamiczni, wierni, ale zmieniamy partnerów. I wbrew pozorom tak było niemalże zawsze. Tylko, że dziesiątki lat temu, zamiast się rozwodzić, współmałżonkowie po prostu umierali. Na froncie, wskutek chorób zakaźnych. Wdowcy, wdowy, rzadko kiedy byli długo samotni.

Seks pomaga czy szkodzi miłości?

Seks głównie służy podtrzymaniu relacji. I z tego prostego powodu odpowiedź brzmi: owszem, seks jest w związku bardzo ważny. To jest kluczowy element, choć z pewnością nie można go demonizować. Bo sam seks też nam do szczęścia nie wystarczy.

A bez seksu miłość może istnieć?

Oczywiście, że tak, ale po co? (śmiech) Skoro jest przyjemny, zdrowy i tani, to naprawdę warto go parom zalecić.

Apropos zaleceń... jakiś czas temu bardzo głośno było o eksperymencie, który przeprowadził psycholog Arthur Aron. Przygotował on zestaw 36 pytań, które – rzekomo – prowadzą do miłości.

To badanie owszem jest, ale jest też wokół niego pewna legenda miejska. Bo w oryginale to nie był sposób na zakochiwanie się, tylko na budowanie między ludźmi bliskości. Te 36 pytań Aron podzielił na trzy grupy według wzrastającego poziomu zawartej w nich dozy intymności. I faktycznie z eksperymentu wynikało, że po 45 minutach rozmowy dwoje obcych sobie ludzi stawało się sobie bliższych. I to jest logiczne.

Ale podkreślam – tu nie chodziło o zapoczątkowanie miłości, tylko o budowanie bliskości.

To skąd ta legenda?

Powstała po tym, jak w eksperymencie udział wzięła pewna amerykańska dziennikarka, która potem opisała swoje doświadczenia w artykule. Wybrała sobie do tego testu jakiegoś faceta, który podobał jej się już jakiś czas. No i potem stwierdziła, że po tych 45 minutach i 36 pytaniach po prostu się w nim zakochała.

To może to jednak działa i wkrótce będziemy się na przykład mogli zaprogramować na miłość?

(śmiech) Nie, to nam raczej nie grozi.

Skoro są już kliniki zajmujące się farmakologicznym leczeniem nieszczęśliwej miłości...

Gdzie one działają?

W Brazylii. Trafiają tam ponoć ludzie w stanie beznadziejnego zakochania, którzy nie mogą normalnie funkcjonować.

To chyba dość niemądre podejście do sprawy. Choć typowe dla człowieka – nałykać się tabletek i czekać aż przejdzie.

A leki na miłość w ogóle mogą być skuteczne?

To proces psychiczny. A wszystkie procesy psychiczne mają swoje podłoże w neuroprzekaźnikach, są skutkiem zmian hormonalnych. Między innymi dlatego możemy za pomocą jakichś tam prochów zmieniać swoje nastroje i stany psychiczne. Ale chyba nie o to chodzi z miłością. Lecząc ją farmakologicznie dehumanizujemy ludzkie uczucia.

Skoro o lekach mowa. Istnieje recepta na idealną miłość?

Nie (śmiech).

To może chociaż wskazówki jak ją znaleźć?

Jedną z najważniejszych rzeczy jaką tutaj można i trzeba powiedzieć to: robić coś wspólnie. Zapisać się na kurs tańca albo jazdy konnej, robić wspólnie coś interesującego. Tak, żeby coś się działo. W ten sposób pobudzamy uczucia. Bo uczucia, by trwać, właśnie pobudzenia wymagają. Nie tylko erotycznego.

A jak ktoś lubi robić nic? Preferuje siedzenie na kanapie i ma partnera, który te pasje podziela?
Wtedy może obejść się bez pobudzania (śmiech). Ale poważnie mówiąc, dowiedziono naukowo, że najbardziej bezwzględnym i skutecznym zabójcą miłości jest nuda.

prof. dr hab. Bogdan Wojciszke – psycholog, prodziekan ds. nauki sopockiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Autor licznych badań z zakresu spostrzegania i oceniania ludzi, psychologii władzy, a także postawy Polaków wobec przekształceń własnościowych, produktywności i godności jako wartości etycznych współczesnego społeczeństwa polskiego.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...