
Jeszcze kilka miesięcy temu doniesienia tuż zza naszej wschodniej granicy przekonywały, że wojna na Ukrainie nie dotyka większości kraju. Mówiono, że toczy się ona jedynie na pograniczu i w oddalonych setki kilometrów największych miastach jest niezauważalna. Jak donosi najnowszy "Newsweek", dziś wszystko się zmieniło. Na ulicach Kijowa i w domach jego mieszkańców trudności w zauważeniu, że wojna się toczy nikt już nie ma.
REKLAMA
Z relacji "Newsweeka" wynika bowiem, że Ukraińcy również nie mają wątpliwości, że dla ich kraju ostatnie porozumienie zawarte w Mińsku między Władimirem Putinem, Angelą Merkel, Francoisem Hollandem i Petrem Poroszenką nie przyniesie niczego dobrego. Jeden z rozmówców tygodnika, którego właśnie powołano do wojska i wkrótce trafi na front żali się, że zawarty przez przywódców rozejm tylko pogarsza jego sytuację, bo jeśli Rosjanie go teraz zabiją, to rodzina nie będzie mogła mówić, że poległ na wojnie, bo tej teoretycznie już nie ma.
Front nie dla bogatych dzieci
Paradoksalnie dopiero teraz odczuwają ją jednak mieszkańcy Kijowa. Jedni z nich żalą się polskiemu tygodnikowi, że pogarszająca się sytuacja Ukrainy, spadek wartości hrywny i zubożenie społeczeństwa zmuszają do szybkiego wyprzedania majątku i próby ucieczki na Zachód. - Skoro Europa do nas nie przyszła, postanowiłam sama jechać do Europy, nie czekać, aż znowu przyjdą tu Rosjanie - mówi "Newsweekowi" Oksana, która z decyzją o emigracji do Austrii czekała tylko na rozstrzygnięcia z Mińska. Gdy usłyszała, czym zakończył się tamten maraton dyplomatyczny, potwierdziła rezerwację podróży do Wiednia.
Paradoksalnie dopiero teraz odczuwają ją jednak mieszkańcy Kijowa. Jedni z nich żalą się polskiemu tygodnikowi, że pogarszająca się sytuacja Ukrainy, spadek wartości hrywny i zubożenie społeczeństwa zmuszają do szybkiego wyprzedania majątku i próby ucieczki na Zachód. - Skoro Europa do nas nie przyszła, postanowiłam sama jechać do Europy, nie czekać, aż znowu przyjdą tu Rosjanie - mówi "Newsweekowi" Oksana, która z decyzją o emigracji do Austrii czekała tylko na rozstrzygnięcia z Mińska. Gdy usłyszała, czym zakończył się tamten maraton dyplomatyczny, potwierdziła rezerwację podróży do Wiednia.
W Kijowie wciąż dobrze czują się tylko dzieci najbogatszych Ukraińców, które z oferty stołecznych luksusowych sklepów i klubów nocnych korzystały w czasie trwania Majdanu i cieszą się tymi urokami kijowskiego życia nadal. One nie muszą obawiać się wciąż, że ktoś ich na front wyśle. Powołani do wojska rozmówcy "Newsweeka" przekonują bowiem, że przeciwko Rosjanom wysyła się na Ukrainie tylko najprostszych ludzi. Tych, których zasobność portfeli i tak nie pomoże gospodarce w centrum i na zachodzie kraju. Oni sami siebie uważaj już tylko za mięso armatnie.
Tych ze wschodu, nikt nie żałuje?
Z kijowskiej korespondencji "Newsweeka" dowiadujemy się jednak, że poza wymiarem gospodarczym wojna rzuca się w Kijowie w oczy także ze względu na rosnącą liczbę uciekinierów ze wschodu, których łatwo poznać po ich biedzie. Wielu po cieczce na zachód musi żebrać, bo w Kijowie uważają ich za winowajców wybuchu wojny, którzy "zrobili ludowe republiki i zaprosili do nich Rosjan z czołgami".
Z kijowskiej korespondencji "Newsweeka" dowiadujemy się jednak, że poza wymiarem gospodarczym wojna rzuca się w Kijowie w oczy także ze względu na rosnącą liczbę uciekinierów ze wschodu, których łatwo poznać po ich biedzie. Wielu po cieczce na zachód musi żebrać, bo w Kijowie uważają ich za winowajców wybuchu wojny, którzy "zrobili ludowe republiki i zaprosili do nich Rosjan z czołgami".
Rosyjskie czołgi i wyrzutnie rakietowe na wschodzi Ukrainy wykorzystywane są tymczasem w najlepsze nawet po ustalonym w Mińsku zawieszeniu broni. Kilkanaście godzin po wejściu w życie porozumienia wciąż co jakiś czas dochodzi do wymiany ognia. Kijów twierdzi, że separatyści ostrzelali ukraińskich żołnierzy już 25 minut po północy. Chwilę przed teoretycznym rozejmem siły rosyjskie ostrzelały natomiast z wyrzutni rakietowych Grad okolice miejscowości Samsonowo.
