Jeszcze będzie o niej głośno. Polka okrzyknięta następczynią Camilli Lackberg, szwedzkiej królowej kryminału

Katarzyna Puzyńska•fot. instagram.com/puzynska
Czytasz skandynawskie kryminały do poduszki? Polskie też są całkiem niezłe. Katarzyna Puzyńska - często porównywana do Agathy Christie i szwedzkiej królowej gatunku Camilli Lackberg - wydaje właśnie trzecią książkę. Jej kryminały to gotowy materiał na film, więc za jakiś czas pewnie będzie o niej naprawdę głośno. Z autorką rozmawiamy o lekkiej literaturze, ciężkich tematach i pytamy, czy lubi "swoich" morderców.

Ty, taka drobna i delikatna blondynka, piszesz kryminały? Skąd Ci przyszedł taki pomysł?

Taka drobna nie jestem (śmiech). Wracając jednak do pytania, moje pisanie kryminałów wzięło się na pewno stad, że sama bardzo lubię czytać takie książki. Trzeba też pamiętać, że dziś kryminał staje się opowieścią, która łączy w sobie wiele gatunków. Z jednej strony to nadal jest rozrywka, zagadka, czy - jak ja to mówię - gra intelektualna dla czytelnika, ale oprócz opisu śledztwa opowieść dotyka także wątków obyczajowych, czy istotnych kwestii społecznych. To właśnie staram się robić w moich powieściach.

O pisaniu marzyłam od wczesnego dzieciństwa. To zawsze gdzieś we mnie było, ale jakoś brakowało mi odwagi, żeby zacząć. Może dlatego, że wtedy marzenia skonfrontowałyby się z rzeczywistością, a to często bywa trudne. W pewnym momencie trafiłam na wywiad z Camillą Läckberg, jedną z moich ulubionych współczesnych autorek kryminałów. Camilla opowiadała tam o swoich pisarskich początkach i wątpliwościach, które na wstępie odczuwała. Zachęcała też, żeby iść za swoimi marzeniami. Postanowiłam pójść za jej radą i spróbować swoich sił. Robiłam to w tajemnicy. Nawet przed rodziną. Kiedy „Motylek” powstał, z jednej strony było zaskoczenie, a z drugiej wiele osób powtarzało, że to musiało się tak skończyć (śmiech). A to dlatego, że już od dzieciństwa pisałam. Wtedy to oczywiście były raczej wprawki i opowiadania, chociaż zdarzyło mi się też pisać dłuższe teksty.

Teraz odliczasz dni do premiery trzeciej książki. Czujesz się już rozpoznawalną w Polsce pisarką?

Myślę, że w świecie literackim udało mi się już znaleźć swoje miejsce. Mam grono wiernych Czytelników, których bardzo serdecznie pozdrawiam. Wiele osób kontaktuje się ze mną przez media społecznościowe – na przykład przez mój fanpage na Facebooku, czy profil na Instagramie. To jest niezwykle miłe i daje bardzo dużo energii do dalszego tworzenia.
Ponoć Agatha Christie jest Twoją mistrzynią i przeczytałaś wszystkie jej książki, kilkukrotnie. Za co ją tak kochasz?


Rzeczywiście Agatha Christie jest dla mnie niekwestionowaną królową kryminału. Dziś kryminały pisze się już nieco inaczej, ale moim zdaniem to właśnie ona zapoczątkowała rozwój tego gatunku i zrobiła pierwsze kroki milowe na drodze do tego, co mamy dzisiaj. Fantastycznie dopracowane historie czy klucze do rozwiązania zagadki porozrzucane tu i ówdzie, które zapraszają czytelnika do aktywnego udziału w śledztwie są chyba tym, co jest dla mnie osobiście najważniejsze.

Kiedyś czytałam artykuł rozpatrujący sprawę pod względem lingwistycznym. Sugerowano tam, że fenomen Christie wynika po pierwsze z tego, że Autorka stosowała prosty język, który nie odwracał uwagi od fabuły. Podobno im bliżej końca książki, tym zdania stają się krótsze, żeby zwiększyć tempo narracji i jeszcze bardziej rozbudować napięcie. Nigdy nie czytałam jej powieści pod tym kątem, więc nie wiem czy tak jest faktycznie. Będę musiała kiedyś sprawdzić, ponieważ interesują mnie wszelakie kwestie językowe.
Uwielbiam wracać do powieści Christie. To prawda, przeczytałam większość kilkukrotnie. Całe szczęście, że mam kiepską pamięć i po jakimś czasie zapominam, kto jest mordercą (śmiech).

Porównują Cię właśnie do Agathy Christie i szwedzkiej królowej gatunku, Camilli Läckberg, o czym pewnie wiesz. Zaczerpnęłaś z niej coś?

To jest niesamowity komplement i wyróżnienie, za które bardzo dziękuję. Jak już powiedziałam wcześniej, bardzo cenię twórczość Camilli Läckberg. Jej Szkoła Kryminału była dla mnie bodźcem do rozpoczęcia swojej przygody z pisaniem. Nie wszystkie jej rady wykorzystałam, inne dostosowałam po swojemu, ale jej wskazówki były dla mnie bardzo istotne. Dzięki nim stworzyłam sobie w głowie plan, jak się do tego wszystkiego zabrać. Najważniejsze wtedy było dla mnie chyba pozornie proste stwierdzenie, że pisanie to nie tylko siedzenie przed komputerem. Najpierw trzeba wymyślić całą historię, zrobić odpowiedni research i dopiero potem spisać to wszystko. Wbrew pozorom nie jest to wcale takie oczywiste. Być może są pisarze, którzy pracują inaczej, ale ja do tej pory podążam tym szlakiem.

Twoje książki objętościowo są dość spore, liczą po pięćset, sześćset stron. Kreślisz fabułę i wymyślasz wątki wcześniej, czy po prostu siadasz do pisania i dajesz się ponieść historii?

Fazę pisania poprzedza u mnie faza przygotowania. Trzeba wymyślić całą historię, a potem również zgłębić tematykę, której do końca nie znamy, czyli zrobić tak zwany research. Kiedy zaczynamy pisać kryminał, musimy wiedzieć, kto zabił. Inaczej nie moglibyśmy zostawiać w fabule wskazówek dla Czytelników. Oczywiście podczas pisania niektóre elementy mogą się zmieniać. Nie trzymam się ich kurczowo. Zdarza mi się improwizować i patrzeć, dokąd mnie to zaprowadzić. Jednak główna część fabuły, szkielet, na którym to wszystko się trzyma, musi być wymyślona i ustalona od samego początku.
A pomysł na pierwszą książkę miałaś w głowie od lat, czy wymyśliłaś fabułę dopiero, kiedy usiadłaś do klawiatury?

Jeżeli chodzi o „Motylka” to wszystko zaczęło się od zakonnicy. Ale może od początku! Była zima i poszłam na spacer z moimi psami. Wszędzie wokoło śnieg, bo zima była wtedy mroźna i długa. Jako wierna fanka kryminałów, uznałam, iż to wprost idealna aura do rozpoczęcia kryminalnej historii. Ciało na śniegu. Idźmy dalej. Ciało zakonnicy na śniegu. Dlaczego ona nie żyje? Kto mógłby chcieć jej śmierci? Przecież zdaje się taka niewinna? Pytanie przychodziło mi do głowy za pytaniem. Tak stopniowo powstała fabuła znana z mojej debiutanckiej książki.
Jak widać nigdy nie wiadomo, co może nas zainspirować. W przypadku drugiej części serii, czyli „Więcej czerwieni”, było jeszcze inaczej. Rozmawiałam z moją mamą o - zdawałoby się - zupełnie niewinnym temacie fryzur. Wtedy przyszło mi do głowy, że książka zacznie się od… włosów. Więcej nie zdradzę, żeby nie psuć czytelnikom zabawy.

W przypadku trzeciej część sagi, czyli „Trzydziestej pierwszej”, która właśnie trafia do księgarni, było trochę inaczej. Tym razem rozwijam wątek przeszłości głównych bohaterów, który pojawił się już w „Motylku”. Ci, którzy nie mieli okazji sięgnąć po wcześniejsze części, nie muszą się jednak martwić. Powieść napisana jest w ten sposób, że na pewno się w niej odnajdą.
Tak naprawdę nie ma chyba momentów, kiedy zupełnie przestaję myśleć o pisaniu (śmiech). Nigdy nie wiadomo, co może zainspirować. Czasem mąż ma mnie już dosyć, bo, kiedy przychodzi do fazy pisania, zamykam się w pokoju i potrafię siedzieć tam w swoim świecie godzinami. Nawet teraz, kiedy rozmawiamy, krążę myślami wokół książki którą obecnie piszę.

Dwie kolejne książki to też część cyklu o policjantach z Lipowa?

Obecnie pracuję nad piątą częścią sagi o Lipowie. Część czwarta, czyli „Z jednym wyjątkiem” jest już gotowa i miejmy nadzieję, że ukaże się jeszcze w tym roku.
Bardzo lubię czytać cykle wydawnicze. Lubię obserwować, jak bohaterowie rozwijają się z książki na książkę. To jest równie interesujące, co sama zagadka kryminalna. Może dlatego jestem wielką miłośniczką literatury skandynawskiej. Wielu tamtejszych autorów pisze długie sagi. 
Jesteś psychologiem, wykładowcą akademickim. Znajomość ludzkiej natury, taka wyuczona, Ci się przydaje?

Powiem inaczej. Moim zdaniem każdy dobry pisarz jest w pewnym sensie psychologiem. Musi umieć zauważać pewne sprawy, być doskonałym obserwatorem. Oczywiście, jeśli ma się w tym kierunku wykształcenie, to faktycznie staje się nieco łatwiejsze. Przez pięć lat uczysz się o ludzkiej psychice, pewne rzeczy stają się jaśniejsze. Głównie jednak potrzebna jest tu umiejętność obserwacji oraz postawienia się w roli innego człowieka. Taka empatia. Pisząc, wchodzimy przecież w dusze naszych bohaterów. Do pewnego stopnia się nimi stajemy.

Lipowo, gdzie osadziłaś akcję powieści, ma swój odpowiednik w rzeczywistości. To taka Polska w przekroju? 

Tak. Ta wieś jest inspirowana miejscem, do którego jeździłam jako dziecko. Tam mieszkali moi dziadkowie. Spędzałam u nich każdą wolną chwilę. To był cudowny czas.

I w krainie sielskiego dzieciństwa umieściłaś mordercę?

Dokładnie tak. Całe szczęście, nikt nie ma o to do mnie pretensji (śmiech).

Mówisz, że mieszkańcy Lipowa wiedzą, że zostali Twoimi bohaterami?

Tak, wiedzą. Jakiś czas temu byłam w okolicy na spotkaniach autorskich. Spotkałam się z niezwykle pozytywną reakcją. Największym komplementem było dla mnie to, że zdaniem mieszkańców „Lipowa” idealnie przedstawiłam panujące na wsi realia.
Zdarzały się także zabawne sytuacje. Jedna z Czytelniczek z tych rejonów napisała do mnie, że w trakcie czytania książki zorientowała się nagle, że to właśnie w jej domu mieszka morderca. Podobno dostarczyło to dodatkowej dawki emocji (śmiech). Przy okazji pozdrawiam serdecznie mieszkańców prawdziwego „Lipowa”.
A wracając do twojego wcześniejszego pytania. Dlaczego Lipowo?  Jestem z Warszawy, ale kocham naturę i ciszę. Ciągnie mnie na wieś. Interesują mnie także wszelkie niewielkie społeczności i to, jak one funkcjonują. Relacje pomiędzy ludźmi, którzy żyją razem i pozornie doskonale się znają. Czy na pewno? Każdy ma przecież jakiś sekret. Nie ma ludzi bez wad. O tym też są moje książki.
Mała społeczność to też wielki świat, ale widziany pod lupą. Wszystko co dobre i złe, jest skumulowane w tym jednym miejscu. To taka próbka społeczna, gdzie większe problemy są widziane w mniejszej skali, a więc i łatwiej je dostrzec. Nie rozmywają się.

Wyobrażasz sobie, że Twoje książki trafią kiedyś na duży ekran? I kogo widzisz w obsadzie?

Oczywiście byłoby fajnie, gdyby do tego doszło (śmiech). Widziałam ostatnio serial „Wataha” produkcji HBO, w którym główną rolę gra Leszek Lichota. Kiedy go zobaczyłam doznałam prawdziwego szoku, jak to się mówi kolokwialnie (śmiech). Tak właśnie wyobrażałam sobie Daniela Podgórskiego.

Wspominałaś, że kiedy pracujesz, mąż ma Cię dosyć. Jak wygląda i ile trwa u Ciebie praca nad książką?

Kiedy zaczynam, to najchętniej bym nie przerywała. Wchodzę w ten świat i piszę praktycznie non stop, kiedy tylko jest to możliwe. To trochę męczące dla ludzi dookoła, nie tylko mojego męża, ale także dla przyjaciół i znajomych. Z nikim się nie spotykam i nic innego nie robię, tylko piszę, albo szukam materiałów, robię research, wymyślam historię. Różnie to było przy kolejnych książkach, ale całość zajmuje mi z reguły około pół roku. 

Myślałaś już o napisaniu czegoś innego, niż cykl o policjantach z Lipowa? 

Lubię swoich bohaterów, jeszcze nie zdążyłam się nimi zmęczyć. Niczego jednak nie wykluczam. Może napiszę książkę kryminalną spoza serii, a może nawet zwrócę się ku innemu gatunkowi? Niczego nie wykluczam. Na razie jednak zapraszam Czytelników do Lipowa.

Dotykasz wielu społecznych wątków: alkoholizm, przemoc w rodzinie, aborcja... To są tematy z cięższej literatury, a kryminał ma się czytać lekko i dostarczać rozrywki....

Tak, jak mówiłam na początku, dzisiaj kryminał to powieść tak naprawdę wielogatunkowa. Staje się literaturą popularną, ale z wyższej półki. Ma za zadanie dostarczać rozrywki, ale także prowokować do myślenia i budzić emocje. Nawet te skrajne. W jednym z wywiadów Liza Marklund powiedziała coś bardzo ciekawego. Jej zdaniem kryminał rozwija się najlepiej w krajach dobrobytu - a to dlatego, że ludzie mają potrzebę przeżywania. W kryminale dzieje się to w bezpiecznym środowisku, na kartach książki, ale mimo to zaspokaja tę potrzebę. Zgadzam się z nią.
W „Motylku” poruszałaś wątek polskiego Kościoła, w „Więcej Czerwieni” pisałaś o przemocy względem kobiet. Jakiego społecznego problemu dotykasz w trzeciej książce?

Ciężko o tym mówić, żeby nie zdradzić zbyt wiele i nie zepsuć przyjemności z lektury. Powiem więc tylko, że na pewno będzie mowa o rozprawianiu się z przeszłością i emocjach, które temu towarzyszą. 

Mówiłaś, że kochasz kryminały. Kogo jeszcze mi polecisz, poza Camillą Lackberg i Katarzyną Puzyńską oczywiście?

(śmiech) Oj, lista jest naprawdę bardzo długa! Jeżeli chodzi o północ to bardzo lubię Håkana Nessera, Åkego Edwardsona, Stiega Larssona, Kjella Erikssona, czy Yrsę Sigurdardottir. W Polsce oczywiście Zygmunta Miłoszewskiego, który ostatnio dostał Paszport Polityki, Annę Fryczkowską, Annę Klejzerowicz, Katarzynę Bondę, Joannę Jodełkę, Martę Guzowską, czy Gaję Grzegorzewską. Cały czas czytam i poznaję kolejne nazwiska - polskie i zagraniczne. Ostatnio na przykład zachwycił mnie Simon Beckett, którego nie miałam okazji wcześniej czytać, mimo że jest to autor o bardzo ugruntowanej pozycji. Bardzo lubię powieści Kathy Reichs mimo że nie są to stricte kryminały. Raczej powieści sensacyjne.

Wymieniasz całkiem sporo polskich nazwisk...To znaczy, że ten polski kryminał ma się nieźle?

Nawet lepiej niż nieźle! Polscy autorzy mają do zaoferowania bardzo wiele. Nasze kryminały są bardzo zróżnicowane i myślę, że każdy Czytelnik znajdzie tu coś dla siebie. 

Twoi bohaterowie mają mocne, wyraziste charaktery. Skąd ich bierzesz? Idziesz ulicą i nagle myślisz: „o, to byłby dobry morderca!”?

Czasami tak jest (śmiech). Najczęściej pożyczam konkretne cechy od istniejących osób, ale mieszam je i miksuję w zależności od potrzeb. Siebie też nie oszczędzam. Część bohaterów dostała w spadku kilka moich własnych wad.
Krytycy literaccy i Czytelnicy doceniają bardzo dokładne profile psychologiczne moich bohaterów. Myślę, że jest to zasługa faktu, że bardzo dużo czasu poświęcam tworzeniu wszystkich postaci. Również tych pobocznych i drugoplanowych. Wymyślam znacznie więcej ponad to, co jest opisane w książce. Postaci muszą żyć, funkcjonować. Muszę wiedzieć, co dana osoba lubi, Gdzie chadza, czego się bała w dzieciństwie i wiele innych rzeczy. Można by wymieniać bez końca. Oczywiście Czytelnik dopowiada sobie również wiele od siebie. Tworzy tych bohaterów razem ze mną.

Skoro jesteśmy przy mordercach....Wniosek, jaki się nasuwa po lekturze Twoich książek, jest taki: wszyscy jesteśmy podobni, wszyscy mamy tajemnice, kierują nami tylko impulsywne emocje i odczucia. Czyli w każdym z nas drzemie taki ukryty morderca?

Łańcuch przyczynowo–skutkowy może doprowadzić do tego, że nawet tak zwana „dobra osoba” zabije...

Mówimy o książce, czy o życiu?

I o tym, i o tym. Nigdy nie wiemy, do jakich granic zostaniemy doprowadzeni i co wtedy zrobimy. Nikt nie zna siebie tak do końca. Oczywiście przychodzi mi do głowy przykład z psychologii (śmiech). W latach siedemdziesiątych Philip Zimbardo, który jest można powiedzieć gwiazdą wśród psychologów, przeprowadził klasyczny eksperyment. Dziś uznano by go za nieetyczny, ale do rzeczy… Otóż Zimbardo podzieli grupę badanych na strażników i więźniów. Zrobił to losowo, bez żadnego klucza. Po jednej i po drugiej stronie byli tacy sami ludzie. Koledzy i koleżanki z uniwersyteckiej ławy. Ani jedni ani drudzy nie byli „źli”. Przez kilka dni uczestnicy mieli po prostu odgrywać swoje role. Szybko się jednak okazało, że całość zaczyna wymykać się spod kontroli. Strażnicy zaczęli znęcać się nad więźniami. Nawet sam Zimbardo, który odgrywał rolę naczelnika więzienia, uległ zbiorowej halucynacji. Eksperyment musiał zostać przerwany. Pokazał jednak, jak łatwo znaleźć się po drugiej stronie. Tak zwani „normalni” ludzie w pewnych okolicznościach także zdolni są do aktów przemocy. Nawet takich, które kojarzymy z najgorszymi zwyrodnialcami.

Lubisz tego swojego mordercę? Nie żal Ci go? Rysujesz bohatera, przywiązujesz się do niego, zaczynasz darzyć sympatią i musisz zrobić z niego mordercę, skazując na marny koniec....

Żaden z moich bohaterów nie jest mi obojętny. Niektórych lubię, innych znowu nienawidzę, ale zawsze wzbudzają emocje. Moje historie snują się wielotorowo. Widzimy wydarzenia oczami różnych bohaterów. Na ten czas wchodzę w ich skórę. Staję się nimi. To nie pozwala pozostać obojętnym.
Morderca jest oczywiście kluczowy dla książki. U mnie nigdy nie jest on czarno-biały. Nie staram się go oczywiście w żadnej mierze usprawiedliwiać, ale chcę też pokazać drugą stronę medalu. Istotę z krwi i kości, która w pewnym momencie swojego życia została doprowadzona do ostateczności.

Uczucia względem samej książki też są trudne do opisania. To jest trochę, jak z dziećmi. Najpierw powieść jest tylko moja, wymuskana, osobista. Potem rusza w świat, staje się dobrem wspólnym. Każdy może ją dowolnie zinterpretować, ocenić, dopowiedzieć sobie coś. Ja już nie mam nad tym kontroli i muszę się z tym pogodzić. To jak z dorastającym dzieckiem, które musi w końcu ruszyć w świat. Nie może przecież na zawsze pozostać przy matce. W psychologii mówimy o syndromie pustego gniazda, które odczuwają rodzice po wyprowadzce dorosłych dzieci. Bywa, że ja też czuję tę pustkę, kiedy kończę książkę i posyłam ją w świat. Z drugiej strony jest jednak przeogromna radość, że będę mogła podzielić się z Czytelnikami kolejną opowieścią. To przecież jest dla pisarza najważniejsze. Snuć opowieść dla innych ludzi. Nie piszemy do szuflady. Chcemy, żeby nas czytano. 

Da się w Polsce wyżyć z literatury?

To zależy. Są pisarze, którzy utrzymują się tylko z pisania, ale są też tacy, którzy równolegle pracują w innych zawodach. Ja sama odchodzę już w stronę skupienia się w pełni na pisaniu.

Ciekawe, co by powiedziała Camilla Lackberg, gdyby się dowiedziała że jej polska następczyni wyrosła właśnie na jej wskazówkach?

Camilla Läckberg wie o tym. Kontaktowałam się z nią, żeby podziękować. Przesłałam jej także moją książkę, a ona w odpowiedzi podarowała mi swoją. Mogę powiedzieć, że szwedzka pisarka, że jest nie tylko utalentowaną, ale również niezwykle miłą osobą.

Zdradzisz, co jej napisałaś?

Nie! (śmiech).

Artykuł powstał we współpracy z Prószyński Media Sp. z o.o.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...