
Gdy w grudniu zeszłego roku marszałek Radosław Sikorski obiecywał podjęcie zdecydowanych kroków w sprawie afery z podróżami parlamentarzystów, zapowiadając głębokie zmiany w rozliczaniu podróży zagranicznych. – Skończyło się na zapowiedziach – pisze piątkowa "Rzeczpospolita"
REKLAMA
Wtedy, przed trzema miesiącami, na audycie się nie skończyło. Na stronach Sejmu opublikowane zostały informacje dotyczące podróży służbowych wszystkich posłów tej kadencji. Ponadto, na Konwencie Seniorów Sikorski przedstawił 7-punktowy plan działania.
Plan marszałka przewidywał powołanie pełnomocnika do spraw zapobiegania korupcji i zgodności procedur, którego celem byłoby wyjaśnianie wszystkich wątpliwości posłów i precyzowanie formularzy sejmowych dotyczących m.in. wyjazdów i oświadczeń majątkowych. Maksymalny dystans przejazdu samochodem na zagraniczną delegację miał być nie dłuższy niż 1,3 tys. km - tyle mniej więcej wynosi podróż do Brukseli.
Była też propozycja nadania większych uprawnień Komisji Etyki Poselskiej, która mogłaby karać posłów finansowo. Parlamentarzyści mieli być zobligowani do przedstawiania sprawozdań merytorycznych. Jak zauważa "Rzeczpospolita", obietnice dotyczące zmian przepisów pozostały jednak tylko obietnicami.
Kancelaria Sejmu przekonuje, że prace nad wprowadzeniem obostrzeń ws. zagranicznych poselskich wojaży przedłużają się ze względu na konieczność wprowadzenia "jak najbardziej transparentnego system". Wiadomo też, że własne propozycje dotyczące zmian zgłosił SLD, postulujący obniżenie kwoty przysługującej posłom za każdy przejechany kilometr.
Tymczasem parlamentarzyści ciągle podróżują na starych zasadach, własnymi autami. Jak pisze gazeta, być może to efekt braku woli dokonywania zmian, o czym nieoficjalnie mają mówić politycy PO. Tym bardziej - czytamy w "Rzeczpospolitej" - że od propozycji Sikorskiego zdystansowała się już wcześniej Ewa Kopacz.
Źródło: "Rzeczpospolita"
