
Dopiero podwójne wybory obudziły polityków PO w sprawie Smoleńska. Prezydent Komorowski nagle chce budować pomnik ofiar 10/04, a szef dyplomacji zabiera się za ściąganie wraku tupolewa do Polski. Bardzo to szlachetne, szkoda tylko, że pod płaszczem skrywanej przez pięć lat troski, kryje się czysty kampanijny cynizm. Ten sam, który tak razi u PiS.
REKLAMA
Kto grzał Smoleńskiem
Od początku politycznej dyskusji o katastrofie smoleńskiej, czyli od 10 kwietnia 2010 roku, jednym z zarzutów największego kalibru jest "gra Smoleńskiem". Szczególnie chętnie używała go Platforma. Niezależnie od tego, co mówili prezes Kaczyński i spółka, można było skwitować to stwierdzeniem, że PiS "gra trumnami" i posmoleńskie nastroje wykorzystuje, by pompować sondażowe słupki.
Od początku politycznej dyskusji o katastrofie smoleńskiej, czyli od 10 kwietnia 2010 roku, jednym z zarzutów największego kalibru jest "gra Smoleńskiem". Szczególnie chętnie używała go Platforma. Niezależnie od tego, co mówili prezes Kaczyński i spółka, można było skwitować to stwierdzeniem, że PiS "gra trumnami" i posmoleńskie nastroje wykorzystuje, by pompować sondażowe słupki.
Oczywiście w wielu przypadkach właśnie tak było. PiS przyjął np. taktykę "zarządzania Macierewiczem" i to chował, to eksponował smoleńskiego śledczego, w zależności od potrzeb dyktowanych bieżących polityką. Jednak z drugiej strony argument gry katastrofą wykorzystywano jako knebel. Posłużył do zamykania ust tym, którzy po 10 kwietnia narzekali na postawę władz, domagali się budowy pomnika ofiar czy upominali o wrak prezydenckiego tupolewa.
Tym samym zniknęła granica między szaleństwem a uzasadnionymi wątpliwościami i krytyką. Każdy smoleński "nieprawomyślny" stawał się drugim Macierewiczem. Korzystały obie strony. PiS – bo cementował twardy elektorat wyznawców zamachu. Platforma – bo łowiła wyborców na strachu przed smoleńską sektą.
Rozpalić piekło
Po pięciu latach od katastrofy mogłoby się wydawać, że ten układ dawno jest nieaktualny. "Paliwo smoleńskie się wypaliło". I nagle zaskoczenie, bo Smoleńsk powrócił, i to nie z tej strony, z której się spodziewano. Oto prezydent Komorowski stanął na czele inicjatywy budowy pomnika ofiar 10 kwietnia. Rozmawia, zaprasza, konsultuje i dyskutuje. "Pomnik powstanie" – mówi, a w ślad za nim prezydent Warszawy i wiceszefowa PO proponuje lokalizację.
Po pięciu latach od katastrofy mogłoby się wydawać, że ten układ dawno jest nieaktualny. "Paliwo smoleńskie się wypaliło". I nagle zaskoczenie, bo Smoleńsk powrócił, i to nie z tej strony, z której się spodziewano. Oto prezydent Komorowski stanął na czele inicjatywy budowy pomnika ofiar 10 kwietnia. Rozmawia, zaprasza, konsultuje i dyskutuje. "Pomnik powstanie" – mówi, a w ślad za nim prezydent Warszawy i wiceszefowa PO proponuje lokalizację.
Dlaczego akurat teraz? Oficjalnym powodem jest list, który do prezydenta wysłały w tej sprawie rodziny ofiar. Problem w tym, że wygląda on jak typowa "podkładka". Rodziny od pięciu lat domagają się upamiętnienia swoich bliskich i do tej pory nikt nie wpadł na pomysł, by różniące się koncepcje pogodzić przy jednym stole. Nie było w tej sprawie żadnej aktywności prezydenta, który doskonale wie, że podejmując taką aktywność dziś rzuca temat pomnika na żer kampanii wyborczej.
O co więc mu chodzi? Wygląda na to, że właśnie o rozpalenie na nowo wojny polsko-polskiej. Komorowski bardzo często podkreśla, że jest ponad podziałami i ma dość "polskiego piekła" (tak powiedział dziś w Polskim Radiu). Jako że smoleńskiego piekła chwilowo zabrakło, dlaczego nie rozpętać go na nowo? Żeby był kompromis, do którego tak często prezydent się odwołuje, najpierw musi być spór. Wywołanie tematu Smoleńska to gwarantuje. A potem można powiedzieć: "niech się żrą, co złego to nie ja" i nabić sobie punktów u wyborców.
Fakt – taktyka może okazać się skuteczna. Trochę jednak szkoda, że narzędziem znów będą ofiary katastrofy i ich pamięć. Narzędziem albo – jak napisał na Twitterze dziennikarz "Rzeczpospolitej" Jacek Nizinkiewicz" – "wyborczym gadżetem".
Wrak wyborczy
Takim gadżetem może być także wrak tupolewa, który wciąż leży w Rosji. Pięć lat od katastrofy, trzy miesiące do wyborów i oto szef dyplomacji Grzegorz Schetyna ogłasza, że "miejsce wraku jest w Polsce" i że "złożyliśmy w tej sprawie specjalną notę". Inicjatywa cenna, tyle że znów jest problem momentu, bo minister Schetyna doskonale wie, że Rosja utrzymuje, że nie odda wraku przed zakończeniem rosyjskich śledztwa ws. katastrofy. Jeśli rząd się z tym nie godzi, miał mnóstwo okazji, by interweniować. Dlaczego tego nie robił? Pytanie bez odpowiedzi.
Takim gadżetem może być także wrak tupolewa, który wciąż leży w Rosji. Pięć lat od katastrofy, trzy miesiące do wyborów i oto szef dyplomacji Grzegorz Schetyna ogłasza, że "miejsce wraku jest w Polsce" i że "złożyliśmy w tej sprawie specjalną notę". Inicjatywa cenna, tyle że znów jest problem momentu, bo minister Schetyna doskonale wie, że Rosja utrzymuje, że nie odda wraku przed zakończeniem rosyjskich śledztwa ws. katastrofy. Jeśli rząd się z tym nie godzi, miał mnóstwo okazji, by interweniować. Dlaczego tego nie robił? Pytanie bez odpowiedzi.
Robi to teraz, by przed podwójnymi wyborami i smoleńską rocznicą wytrącić argument z rąk PiS. Nikt nie powie, że w sprawie wraku nic się nie dzieje. Dzieje się. A że późno? Lepiej późno niż wcale.
Nie jest też wykluczone, że Schetyna dostał sygnał od rosyjskiej dyplomacji, że może coś na tym polu osiągnąć. Gdyby udało się sprowadzić wrak w tym roku, byłoby to wydarzenie o dużej kampanijnej wadze. W Rosji doskonale wiedzą, że wybory u nas za pasem. Sprawa wraku wielokrotnie była rozgrywana, więc możliwe, że tak będzie i w tym przypadku. Pytanie tylko, w jaki sposób.
Niezależnie od tego, jak oceniać działania Platformy w sprawie Smoleńska, pewne jest jedno – nie są przypadkowe. Cel może i szczytny, ale intencje niskie i czysto polityczne. Najlepszym podsumowaniem będą słowa byłego premiera Donalda Tuska. Rok temu o tej porze mówił, że ma "bardzo niską etyczną ocenę tych polityków, którzy konsekwentnie wykorzystują katastrofę smoleńską do trywialnej, codziennej czy kampanijnej politycznej gry". Dziś ma powody, by wstydzić się za Platformę.
