
Prokuratura z urzędu zbada molestowanie seksualne w TVN – dowiedziała się "Rzeczpospolita". Prof. Magdalena Środa zauważa w "Bez autoryzacji", że wyniki prac komisji TVN powinny być początkiem sprawy Kamila Durczoka. Natomiast jego prywatne wyjaśnienia uważa za "ohydne".
REKLAMA
Sprawa Kamila Durczoka została zamknięta przez TVN szybko i jednoznacznie. Można mówić o zadowoleniu?
Magdalena Środa: Jestem tym pozytywnie zdziwiona, bo przyzwyczaiłam się do innego sposobu działania tego typu komisji i sądów. Byłam przekonana, że to będzie trwało tygodniami, jeśli nie miesiącami, a potem rezultat wszystkiego się rozproszy, a Kamil Durczok zniknie, aby za jakiś czas pojawić się w innej stacji lub programie. Skrupulatność działania tej komisji, tempo działania, przebiegły tak, jak należy.
Czyli można mówić o pewnym zadowoleniu.
Tak, ale pojawia się pytanie, dlaczego tego rodzaju komisja nie mogła zebrać się wcześniej. Plotki, które krążyły sugerowały, że coś jest na rzeczy. To oczywiście pytanie nie tylko do TVN24, ale do każdego środowiska pracy, czy nie warto powołać na stałe ciał, które będą zajmowały się kwestiami dyskryminacji, molestowania i mobbingu. Przecież ludzie zgłaszają tego typu nieprawidłowości. Być może raz na jakiś trzeba przeprowadzić anonimowe ankiety, aby się dowiedzieć, jaka jest atmosfera w pracy.
Uwagę zwraca nie tylko wynik działań komisji, ale również tempo prac.
To jest normalne tempo! Nie wyobrażam sobie, jak sąd może rozpatrywać jakąś sprawę przez 3 lata. Ludzie mogą wykonać swoją pracę w czasie, który wydaje się rozsądny.
No dobrze, TVN przyznał że w stacji był mobbing i molestowanie. To koniec sprawy, czy raczej początek?
To jest najbardziej tajemnicza rzecz. Oczywiście, że sprawa powinna zostać skierowana do prokuratury i to normalnym trybem. Natomiast z oświadczenia Kamila Durczoka wynika, że on nadal będzie walczył z różnymi ludzi, którzy ujawnili jego zachowania. Natomiast on w ogóle ma się nie odzywać jeśli sprawa nie będzie skierowana do prokuratury. To jest dla mnie zupełnie niejasne. Może będą jeszcze jakieś dodatkowe wyjaśnienia, bo to wygląda teraz zupełnie kuriozalnie. Jego reakcja na wynik prac komisji wydaje mi się być głęboko niesmaczna.
Kamil podejmuje swoją walkę, teraz będzie oczyszczał swoje dobre imię. Wygląda to trochę tak, że niszczy rozstrzygnięcia tej komisji, bo okazało się, że było molestowanie i mobbing, były przestępstwa, jest jakaś kara, a tu nagle się okazuje, że Kamil nic nie wie o osobach, które mobbingował i w związku z tym będzie toczył walkę z "Wprost". Tam jest jeszcze taka ohydna insynuacja, że będzie się procesował z "wieloma innymi osobami". Więc ludzie mają się bać, którzy o nim coś mówili, pisali lub byli bezpośrednio świadkami. Może to jest gest przegranego człowieka, który próbuje się jakoś rozpaczliwie bronić, ale z logicznego punktu widzenia, jest to kompletnie niejasne.
A jak pani widzi przyszłość Kamila Durczoka?
Nikt nie chce go skazywać na śmierć głodową. To nie jest kompletna śmierć publiczna, choć pewnie jest to śmierć w sensie medialnym. Sądzę, że się gdzieś odnajdzie. To w sumie młody, bardzo utalentowany człowiek. Jeśli nauczy się pracować z innymi w sposób, który przewiduje kodeks pracy, to odnajdzie się bez problemu.
Są takie zachowania, które kiedyś były kwalifikowane jako niewłaściwie, a do tego związane z utratą twarzy. A tymczasem ludzie spokojnie wracają, co najlepiej widać w polityce. Nie ma śmierci publicznej ani czegoś takiego, co filozofowie nazywali ważnym regulatorem zachowań, czyli honoru. To jest wartość arystokratyczna, ale bardziej powszechną wartością było poczucie wstydu. Człowiek złapany na przestępstwie lub niewłaściwym zachowaniu znikał ze sfery publicznej, bo ten wstyd nie pozwalał mu powrócić. A ja nie wykluczam, że na przykład pan Hofman, czy kompletnie skompromitowany pan Marcinkiewicz, który powinien mieszkać tam, gdzie się urodził i nie wychylać nosa ze wstydu, powrócą. Panuje zasada: dzisiaj ja, jutro ty, śmiejmy się z oskarżeń. To oczywiście niezdrowa zasada.
Co w takim razie dalej?
Ofiary mogą skierować sprawę do sądu. Natomiast spodziewałabym się, że ta historia nie przetrwa jedynie jako anegdota, sensacja, ale że zostawi swoje ślady w postaci wyższej świadomości faktu, że ludzie nie są bezkarni. Że molestowanie i mobbing to nie jest tylko drobne wykroczenie, ale jednak przestępstwo i ma swoje konsekwencje. Że pracownik, który jest na bardzo podrzędnym stanowisku i jest uzależniony ekonomicznie, musi być traktowany z szacunkiem. Że kobieta też jest pracownikiem, człowiekiem i posiada określone prawa, a nie jest obiektem seksualnym jak się wydaje wielu panom.
Nagłośnienie tego przypadku spowoduje, że wielu szefów, pracodawców zda sobie sprawę, że to, co się działo jest rodzajem wielkiej nieprawidłowości. Być może to też ośmieli ofiary.
Choćby w kwestii odszkodowań? Ofiary dostały w tym przypadku sześciokrotność miesięcznego wynagrodzenia.
To jest bardzo ważny element. Ludzie, którzy walczą o swoje prawa, myślą najczęściej, że proces będzie trwał latami. Że to i tak nie przyniesie skutku, bo szef ma określoną władzę, a po trzecie wstydzą się tego, co się stało.
W Stanach Zjednoczonych, gdy pojawia się szybki proces zakończony dużymi odszkodowaniami, to ośmielają się kolejne osoby. Tak jest na przykład z pedofilią w Kościele, gdzie na początku wszyscy mówili, że to wszystko nieprawda, a później były procesy sądowe i gigantyczne odszkodowania. Niestety, czynnik finansowy bardziej przemawia ludziom do rozumu niż wiara w sprawiedliwość.
Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl
