
100 000 to dużo i mało jednocześnie. Tyle podpisów muszą zebrać kandydaci na prezydenta. Dla tych wspieranych przez duże partie to tylko formalność – gra toczy się o to, jak bardzo zwielokrotnią tę liczbę. Dla kandydatów bez partyjnych pieniędzy to niemal zaporowy warunek, a zbieranie podpisów jest u nich najtrudniejszym etapem w całej kampanii.
Patelnia – niewielki placyk przy wejściu do stacji metra Centrum, miejsce, przez które każdego dnia przelewa się morze warszawiaków. W odległości kilku metrów od siebie stanowiska mają sztaby wyborcze Mariana Kowalskiego z Ruchu Narodowego i Pawła Kukiza. Nieco na uboczu jest jeszcze stolik Twojego Ruchu, zbierającego podpisy dla Janusza Palikota.
Bariera Tak jak przed każdymi wyborami ulice polskich miast zaatakowała armia ludzi z tekturowymi podpórkami i długopisami. To wolontariusze i pracownicy sztabów wyborczych, którzy zbierają podpisy na listach poparcia kandydatów na prezydenta. Aby zarejestrować pretendenta do Pałacu potrzebne jest ich 100 tys.
Państwowa Komisja Wyborcza traktuje ten wymóg bardzo poważnie i skrupulatnie sprawdza poprawność danych. Dlatego każdy ze sztabów zbiera "górkę". Boleśnie doświadczeni przez życie korwiniści przynieśli do PKW dwukrotnie więcej podpisów niż trzeba. Poskutkowało - Janusz Korwin-Mikke jako pierwszy został zarejestrowany.
Oddzielić ziarno Oczywiście na sukces w wyborach nie ma szans, ale z oficjalnym mianem kandydata wiążą się przywileje. Przede wszystkim darmowy czas w blokach wyborczych. Dla partii, które nie mają pieniędzy z budżetu i nie stać ich na reklamy, to spora promocja. Do tego oficjalni kandydaci mają większe szanse na przyciągnięcie uwagi mediów.
Bo to już wąskie grono, nie dwie dziesiątki kandydatów, którzy zarejestrowali swoje komitety. Do tego wystarczy tylko 1000 podpisów, to żadna bariera. A o to właśnie chodzi w obowiązku dostarczenia podpisów – kandydat musi pokazać, że stoi za nim jakaś organizacja. Inaczej mielibyśmy zalew osobowości, które swój wynik wyborczy opierałyby tylko na osobistej popularności i rozpoznawalności.
Kasa za podpisy Dlatego sztaby walczą o podpisy jak mogą. Także na granicy prawa, oferując pracę w komisjach wyborczych w zamian za zebranie podpisów dla Adama Słomki i Pawła Kukiza. – Znalazłem ulotkę z taką ofertą. Jestem bezrobotny, więc poszedłem, bo szukam dorywczych zajęć – opisuje nasz czytelnik. – Przede mną do sali weszło 15 osób, później w mojej turze kolejne 15. W sali był m.in. Adam Słomka. Mówiono, że pracę dostanie się po zapełnieniu dwóch list: po 25 podpisów dla Pawła Kukiza i Adama Słomki – relacjonuje nasz rozmówca.
– Spytałem co będzie, jak kandydaci nie zostaną zarejestrowani, wtedy komitetom nie przysługują miejsca w komisjach, ale dość bojowo nastawieni dziadkowie mnie zakrzyczeli. Ten proceder trzeba nagłośnić, bo to oszustwo, że zarobi się 320 zł. Tak było w poprzednich wyborach, ale PKW obniżyła stawki. A dwa, że to zbieranie podpisów za państwowe i trzeba to potępić – przekonuje nasz czytelnik.
Sztab Kukiza się odcina Zbieranie podpisów to w tym przypadku zwykła praca, nie wyraz poglądów. – Przychodzili tam głównie ludzie słabo zorientowani, którzy mocno potrzebowali zarobić, a nie dlatego, że identyfikują się z kandydatami. To jak wciskanie babciom i dziadkom garnków za pięć tysięcy – przekonuje.
Sztab Kukiza odcina się od całej akcji. – My jako sztab tego nie oferujemy – zapewnia jego szef Patryk Hałaczkiewicz. – Mamy kilka tysięcy wolontariuszy, nie mamy możliwości kontrolowania wszystkich. Dużo osób chce pracować w komisjach, ale powiedzieliśmy wyraźnie, że o tym będziemy rozmawiać po zarejestrowaniu kandydata. Nie promujemy żadnego zbierania podpisów za pieniądze, to pełny wolontariat – deklaruje.
Nie tylko rozpoznawalność Za wszystkim stoi Adam Słomka, który wprost na swojej stronie deklaruje, że warunkiem zdobycia pracy w komisjach wyborczych jest zebranie podpisów. Sam Słomka jest stosunkowo rozpoznawalny, ale to nie wystarcza.
Tak bywało w przypadku partii Janusza Korwin-Mikkego, który sam jest popularny, ale przez lata nie był w stanie stworzyć struktur. Jeszcze w 2011 roku partii nie udało się zarejestrować list w połowie okręgów do parlamentu. Dlatego teraz zarządzono pełną mobilizację. – Taktyka była prosta: Ustawiać ludzi w okolicach uniwersytetów czy akademików. Nasza grupa docelowa to 18-25 i 25+ – opisuje działacz partii KORWiN.

Zmobilizowana prawica – Młodzi praktycznie sami podchodzili i nie trzeba było ich jakoś specjalnie namawiać. Podpisywali często całymi grupami, np. jak wracali z zajęć. Gdy wypełniali listy często z nami żartowali, mówili "Zmasakrujemy lewactwo" albo "Janusz ufam Tobie" – relacjonuje nasz rozmówca. – Trudniej było ze starszymi, to jednak wyborcy PiS. Wiele osób około 35/40 podpisywało na zasadzie poparcia partii sprzeciwu, antysystemowej, żeby utrzeć nosa tym, którzy rządzą od 25 lat – dodaje.
Bojowe nastroje są też w Ruchu Narodowym. – Trwa zliczanie podpisów, które zgodnie z planem zaczęły właśnie spływać z 41 okręgów, na które podzieliliśmy kraj – relacjonuje Robert Winnicki. – Koordynatorzy w okręgach mają narzucone limity takie, jak do wyborów parlamentarnych. To dla nas także ważny test struktur przed jesienią – dodaje.
Mali obok starcia gigantów – Zbliżamy się do 100 tysięcy, w ostatnim tygodniu chcemy zebrać kilkadziesiąt tysięcy górki, bo PKW zawsze odrzuca część podpisów – zauważa Winnicki. – Nie mamy etatowych pracowników, więc jest nam trudniej. Zbieraniem zajmuje się w całej Polsce kilka tysięcy osób, choć stopień aktywności jest różny, bo pracują, studiują. Korwin ma o tyle łatwiej, że dzięki Parlamentowi Europejskiemu może sobie pozwolić na zatrudnienie kilkudziesięciu pracowników – dodaje.
O ile mali gracze walczą o przetrwanie, o tyle ci więksi chcą liczbą podpisów pokazać swoją potęgę. Pięć lat temu Bronisław Komorowski zebrał ich prawie 770 tys., a Jarosław Kaczyński nieprawdopodobne 1,65 mln. W tym roku starcie będzie chyba tak samo nierówne, bo jak opisywaliśmy w naTemat zbieranie podpisów idzie opornie.
Sztab prezydenta złożył właśnie 250 tys. podpisów. To niewiele, szefowa sztabu Andrzeja Dudy już kpi na Twitterze, że to niewiele więcej, niż zebrał Janusz Korwin-Mikke, który zarejestrował się już w poniedziałek. Kiedy podpisy zostaną ostatecznie podliczone może się okazać, że Komorowski został znokautowany przez kandydata PiS, tak jak pięć lat temu. To nada kampanii Andrzeja Dudy nową moc, tym bardziej, że ostatni tydzień nie należy do udanych. I o to toczy się prawdziwa walka, nie mniej zacięta niż w ogonie stawki.
