Prawicowa feministka, twarda baba. Hanna Gronkiewicz-Waltz następną panią premier?

Fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta
Kiedy w 1995 roku po raz ostatni celowała w najwyższy państwowy urząd, poniosła bolesną porażkę - marne dwa procent w wyborach prezydenckich. Po tym upadku jednak wstała, otrzepała się, wyciągnęła wnioski, i po 17 latach wraca do gry o najwyższe laury. Ta "twarda baba" - bo tak o Hannie Gronkiewicz-Waltz mówi jej przyjaciółka - wkrótce może zostać nowym premierem.


W politycznych kuluarach nazwisko Hanny Gronkiewicz-Waltz wymieniane jest ostatnio coraz częściej. Wzmożone zainteresowanie osobą prezydent Warszawy nie wiąże się bynajmniej z tym, że w stolicy lada moment odbędzie się największa sportowa impreza w historii miasta. Niektórzy wcale nie wróżą Gronkiewicz-Waltz długiej kariery prezydenta Warszawy. Widzą ją w fotelu premiera Polski jako prawdopodobną następczynię Donalda Tuska.


Oficjalnie czy nieoficjalnie - politycy zgadzają się co do jednego - obecna prezydent Warszawy otwiera kilkuosobowe grono murowanych kandydatów do sukcesji po Tusku. Kiedy premier obejmie wysokie stanowisko w strukturach Unii Europejskiej (a mówi się o tym coraz głośniej), Gronkiewicz-Waltz może przejąć stery państwa i partii. To wcale nie jest "political fiction". Ona długo na to czekała.


Twarda baba

- Ciepła, miła, godna zaufania. Władza nie uderzyła jej do głowy. Zawsze wierna w przyjaźni - tak Hannę Gronkiewicz-Waltz opisuje jej długoletnia przyjaciółka, posłanka PO Joanna Fabisiak.

Gronkiewicz-Waltz to warszawianka z urodzenia, córka adwokata i specjalistki od handlu zagranicznego. Z tatą dyskutowała o polityce, z mamą uczyła się języków. Kiedy na początku lat 70. zaczynała studia prawnicze, nic nie wskazywało na to, że całe dorosłe życie poświęci polityce. Na pierwszym miejscu były nauka i… miłość. - Z Hanią poznaliśmy się, kiedy miała 17 lat. Byłem w sytuacji starszego opiekuna. Kiedy już studiowała, powiedziałem: Nie jestem człowiekiem, dla którego ważny jest obiad o piątej, jeśli chcesz robić karierę naukową, to proszę bardzo, nie mam nic przeciwko - mówił kilka lat temu w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" jej mąż Andrzej, inżynier transportu publicznego.


W 1980 roku Gronkiewicz-Waltz zapisała się do "Solidarności". Jak wspomina, to rozmowy z ojcem o polityce, wizyta na procesie Jacka Kuronia i wspomnienia audycji Wolnej Europy, skłoniły ją do zaangażowania się. - Obydwie byłyśmy w "Solidarności". Ona zakładała nawet organizację "S" na wydziale prawa. Już wtedy była osobą zdecydowaną i jasno stawiała sobie cele. Jednym z nich była demokratyczna Polska - mówi naTemat Joanna Fabisiak, posłanka PO i od 30 lat przyjaciółka Gronkiewicz-Waltz.

Prezydent Warszawy o rozkopanym mieście i Euro: "Da się przeżyć". Naprawdę?!

Dekadę później Gronkiewicz-Waltz przyszło po raz pierwszy zetknąć się z polityką. Lech Wałęsa zaproponował jej kandydowanie na stanowisko szefa Narodowego Banku Polskiego. Miała wtedy niespełna 40 lat. Debiut wypadł blado - Gronkiewicz-Waltz przepadła w głosowaniu, a wcześniej nasłuchała się od politycznych rywali, że przecież jest prawnikiem, a nie ekonomistką. Już wtedy pokazała, że zasługuje na miano "twardej baby". Trzy miesiące później po raz kolejny skorzystała z oferty Wałęsy i tym razem w głosowaniu wygrała fotel prezesa NBP, który zajmowała przez niemal dwie kadencje.

Joanna Fabisiak
posłanka PO

"Te wybory pokazały światu, że to osoba twarda, doskonale wykształcona i sprawdzająca się w funkcjach publicznych. Ludzie po prostu zobaczyli, że to twarda baba"

Jeśli przyjmując stanowisko w NBP, Gronkiewicz-Waltz zanurzyła się w polityce po kostki, to w 1995 roku już po czubek głowy. A to dlatego, że niespodziewanie wystartowała w wyborach prezydenckich. Ta przygoda zakończyła się klęską i tylko dwuprocentowym wynikiem wyborczym. Joanna Fabisiak była wtedy szefem jej sztabu wyborczego. - To na pewno było rozczarowanie, ale nie klęska. Znam mężczyzn, którzy kiedy stracili funkcję zachowywali się tak, jakby stracili całą rodzinę. Ona do porażki podeszła praktycznie i powiedziała: widocznie mam robić coś innego. Te wybory pokazały światu, że to osoba twarda, doskonale wykształcona i sprawdzająca się w funkcjach publicznych. Ludzie po prostu zobaczyli, że to twarda baba - wspomina.

Warszawska syrenka

Wkrótce potem na kilka lat wyjechała do Londynu, by tam pracować jako wiceprezes Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR). Po powrocie do kraju nie było czasu na odpoczynek. Zadzwonił telefon, w słuchawce usłyszała głos Donalda Tuska. Prosił o "uporządkowanie spraw" Warszawy. Szef PO sporo ryzykował wystawiając Gronkiewicz-Waltz do walki o stołeczny urząd. Partia miała opory, a sondaże pokazywały, że w starciu z popularnym Kazimierzem Marcinkiewiczem była szefowa banku centralnego nie ma większych szans. - Postawiłem na szali całą swoją przyszłość polityczną - mówił potem Tusk.

Hannę Gronkiewicz-Waltz do przejścia do Platformy Obywatelskiej namówił Jan Rokita. To on wraz z żoną pojechał do Londynu, by przekonać Gronkiewicz-Waltz do startu w wyborach samorządowych.

Udało się. Gronkiewicz-Waltz w 2006 roku pokonała Marcinkiewicza i przejęła stery w stolicy. Jakkolwiek nie oceniać jej prezydentury, trzeba przyznać, że jest skuteczna. Warszawscy wyborcy nagrodzili ją przecież drugą kadencją. To nie zamknęło jednak ust krytykom, którzy stale wytykają Gronkiewicz-Waltz, a to korki w centrum, a to słabe tempo inwestycji. - Ona jest człowiekiem, który nie podejmuje szybko decyzji. Bardzo długo je konsultuje. Lubi się uczyć od ludzi. Czasem wiele osób dowcipkowało, że ona tyle osób pyta o zdanie. Mnie ta jej cecha bardzo fascynowała - tłumaczy Joanna Fabisiak.

"Bufetowa zamknęła swój sklepik. Jest mi wstyd, że jestem członkiem PO" - działacz partii o Hannie Gronkiewicz-Waltz

Gronkiewicz-Waltz sama o sobie mówi, że jako pracodawca jest "prawicową feministką". Gdy ma do wybory dwie osoby o podobnych kompetencjach, zawsze wybiera kobietę. - Pamiętam zdziwienie niemieckich inwestorów. W gabinecie przywitałyśmy ich we trzy: szefowa nadzoru bankowego, szefowa departamentu licencji i ja. Myśleli, że pomylili pokoje - mówiła w wywiadzie dla "Newsweeka".

Druga premier w spódnicy?


Jak to się stało, że Hanna Gronkiewicz-Waltz zawędrowała na szczyt hierarchii w Platformie Obywatelskiej? - Przecież to prezydent największego miasta w Polsce - stwierdza Małgorzata Kidawa-Błońska, posłanka PO. To tylko część prawdy, bo mocna pozycja Gronkiewicz-Waltz wynika przede wszystkim z tego, że ceniona jest w partii. - Ona łączy w sobie pewien rodzaj konserwatyzmu i liberalizmu, który jest środkiem Platformy - zaznacza w rozmowie z naTemat Janusz Palikot, były wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego PO.

"Ona łączy w sobie pewien rodzaj konserwatyzmu i liberalizmu, który jest środkiem Platformy"

Pytanie, czy to wystarczy, by za kilka lat zastąpiła Donalda Tuska na stanowisku premiera? Polityk lewicy nie ma wątpliwości: - Przewiduję, że Tusk ustąpi z funkcji premiera i szefa Platformy pół roku przed wyborami, czyli zimą 2015 roku. Wtedy Hanna Gronkiewicz Waltz zostanie zarówno szefem rządu, jak i liderem partii. Tusk będzie ją i Platformę bardzo wspierał w kampanii. Sam wystartuje do Parlamentu Europejskiego i ma szansę na nie najważniejszą, ale jakąś prestiżową funkcję w Brukseli. Być może tą, którą sprawuje dziś Herman Van Rompuy - czyli koordynatora polityki zagranicznej Unii.

Co na to sama Gronkiewicz-Waltz? Jakiś czas temu w wywiadzie dla "Newsweeka" mówiła: "Premier nie może mówić, że to jego ostatnia kadencja. Będę mu to powtarzać aż do skutku".

"Do skutku", czyli do momentu aż ona sama zostanie premierem?