
Na drugiej pozycji znalazła się Unia Syjonistyczna, której przypadły 24 mandaty. To wyniki opublikowane po obliczeniu 99 procent wszystkich oddanych w izraelskich wyborach głosów. Z wcześniejszych sondaży exit poll wynikało, że obie partie dostały jednakowe poparcie. Trzecią siłą w izraelskim parlamencie będzie blok partii arabskich. Chodzi o Zjednoczoną Listę Arabską – partie zjednoczone w koalicji reprezentującej 6 milionów palestyńskich wyborców. Ta otrzymała 14 mandatów.
REKLAMA
Do Knessetu wejdą jeszcze Jesz Atid ("Jest przyszłość") z 11 mandatami, Kulanu z 10, ortodoksyjny Ha Bajit Ha Jehud ("Żydowski Dom") z ośmioma mandatami, Szas z siedmioma, Zjednoczony Judaizm Tory i Razem z sześcioma, Yisrael Beitenu również z sześcioma i Merec z czterema mandatami.
W Izraelu wybory parlamentarne odbyły się przedterminowo. Musiało do nich dojść, bo premier Benjamin Netanjahu w grudniu ubiegłego roku wyrzucił z rządu dwóch koalicjantów – minister sprawiedliwości Cippi Liwni (z liberalnej partii Hatnuah) i ministra finansów Jaira Lapida (z centrowej laickiej partii Jesz Atid). Powodem był ich opór względem forsowanej przez premiera ustawy definiującej Izrael jako "państwo ludu żydowskiego". Zdaniem obu polityków takie prawo naruszałoby demokratycznych charakter państwa i uderzałoby w jego arabskich obywateli.
O wyborach w Izraelu pisaliśmy szeroko w cyklu FAQ naTemat. By się tam dostać, partie, na które oddają głos, muszą przekroczyć wyznaczony 3,25 proc. próg wyborczy.
Eksperci są jednak zgodni, że wybory to tak naprawdę referendum w sprawie losów Netanjahu. Szef Likudu po raz pierwszy objął władzę w 1996 roku i w sumie rządzi krajem już dziewięć lat - tak długo, jak żaden premier po założycielu Izraela Ben Gurionie. Część wyborców twierdzi, że jest nim po prostu zmęczona.
Źródło: haaretz.com
Źródło: haaretz.com
