
Od jakiegoś czasu coraz więcej osób zamiast standardowego wypadu z przyjaciółmi na miasto decyduje się na zagranie w grę typu Escape The Room. Na wielkomiejskich mapach pojawia się ich coraz więcej, dlatego postanowiłam przetestować warszawskie Let me Out. Czy było warto?
REKLAMA
Na pomysł wpadli moi znajomi, którzy przyjechali do Warszawy właśnie po to, by dać się zamknąć w jakimś dziwnym pokoju, a potem próbować się z niego wydostać. O tego typu zabawie słyszałam już jakiś czas temu, ale nigdy nie było okazji, by przetestować ją na własnej skórze. Z rezerwacją pokoju (brzmi jak w hotelu, prawda?) nie było problemu, ponieważ wybraliśmy termin w środku tygodnia.
Do samego miejsca warto wybrać się 15 minut wcześniej, by na spokojnie zaznajomić się z zasadami gry. Obsługa jest szorstka, traktuje gości raczej z góry, ale taki zapewne był zamysł całej konwencji. Już w małym korytarzyku można poczuć mroczną i tajemniczą atmosferę, która delikatnie wywołuje strach i pytanie, czy na pewno chcę wydać kasę (99 zł za cały pokój) po to, aby ktoś zamknął mnie w pokoju na 45 minut?
Młody chłopak, wyjaśniając kolejne reguły gry, wręcz ironicznie uśmiecha się i mówi, że cały czas będzie nas podglądać i śmiać się z głupich decyzji. W tym momencie w głowie rodzi się chęć walki i myśl – a właśnie, że ci pokażę, że wyjdziemy szybciej niż inni. Niestety czas wszystko zweryfikował.
Zapach staroci
W pokoju numer jeden panuje półmrok, można wyczuć specyficzny zapach staroci jak u prababci. Na pierwszy rzut oka nie ma w nim nic, co mogłoby wzbudzić jakiekolwiek podejrzenia. W tle słychać łagodną muzykę z poprzedniej epoki, ale i tak nie jest ona w stanie zagłuszyć tykającego zegarka w twojej głowie.
W pokoju numer jeden panuje półmrok, można wyczuć specyficzny zapach staroci jak u prababci. Na pierwszy rzut oka nie ma w nim nic, co mogłoby wzbudzić jakiekolwiek podejrzenia. W tle słychać łagodną muzykę z poprzedniej epoki, ale i tak nie jest ona w stanie zagłuszyć tykającego zegarka w twojej głowie.
W czteroosobowej grupie, z którą wzięłam udział, były dwa umysły ścisłe i dwie humanistki. Nie mieliśmy żadnego planu, każdy z nas rzucił się w dzikie poszukiwania czegoś, co przybliży nas do odnalezienia klucza. W najdziwniejszych miejscach zaczęliśmy odnajdywać kolejne wskazówki, które początkowo były kompletnie niezrozumiałe.
Tuż przed wejściem, chłopak poinformował nas, że jeżeli tylko będziemy chcieli, możemy zapukać dwa razy w drzwi, a wtedy on da nam podpowiedź, bo przecież nie chce, abyśmy stracili pieniądze na denerwowanie się.
Mogliśmy wybrać także drugą opcje, by sam zdecydował, kiedy ma nas naprowadzić na dobrą drogę Dumnie odpowiedzieliśmy, że wcale takiej potrzeby nie będzie. A była…
Po 20 minutach zrozumieliśmy, że stoimy w miejscu. Skruszeni zapukaliśmy w drzwi, a zadowolony chłopak z obsługi spojrzał na to, co udało nam się już znaleźć i rzucił tylko dwoma słowami, by przeszukać kąty. Prawdę mówiąc jego rada na nic nam się zdała. Dopiero po chwili zrozumieliśmy, że myślimy zbyt stereotypowo i próbujemy rozwiązać zagadki w złej kolejności.
Zabawa dopiero się zaczyna
I tym sposobem doszliśmy do kolejnej, przyjemniejszej fazy gry. Wreszcie zaczęła się prawdziwa zabawa i rozwiązywanie przeróżnych zagadek. Otwierając kolejne skrzynie, teczki i inne zamknięte schowki odkrywaliśmy następne zadania, które przybliżały nas do odnalezienia ostatniego klucza. Kiedy wydawało się, że jesteśmy już bardzo blisko, natrafiliśmy na nietypową kłódkę. A na dodatek dobił nas radosny krzyk uwolnienia pary z drugiego pokoju, która weszła do niego 15 minut później niż my.
I tym sposobem doszliśmy do kolejnej, przyjemniejszej fazy gry. Wreszcie zaczęła się prawdziwa zabawa i rozwiązywanie przeróżnych zagadek. Otwierając kolejne skrzynie, teczki i inne zamknięte schowki odkrywaliśmy następne zadania, które przybliżały nas do odnalezienia ostatniego klucza. Kiedy wydawało się, że jesteśmy już bardzo blisko, natrafiliśmy na nietypową kłódkę. A na dodatek dobił nas radosny krzyk uwolnienia pary z drugiego pokoju, która weszła do niego 15 minut później niż my.
Takiego zwrotu akcji się nie spodziewaliśmy. Czuliśmy się jak w sztampowym thrillerze, gdy tyka bomba, a ty zaraz przegrasz życie, bo nie otworzysz kłódki w ciągu 45 sekund. Udało się nam to dosłownie w ostatniej chwili. Szczęśliwi, pozostawiając ogromny bałagan w środku, opuściliśmy pokój.
Po zakończonej zabawie w głowie pojawia się złość i zarzucanie sobie głupoty, że nie zauważyło się wcześniej tak oczywistych wskazówek. Od razu chce się wskoczyć do następnego pokoju, a już najlepiej zaliczyć wszystkie możliwe, jakie są tylko w Warszawie. Tak – to uzależnia.
Co do samego poziomu zagadek – nie wszystkie są proste. Nawet ułożenie pozornie banalnych puzzli może sprawić problemy. Trzeba będzie sobie także poradzić z kilkoma matematycznymi działaniami, ale są one na poziomie ucznia przygotowującego się do gimnazjalnego egzaminu. W trakcie zabawy nie ma czasu na żarty i pogawędkę. Jedno jest pewne – to będą najszybsze trzy kwadranse w waszym życiu.
Czy warto wydać 99 zł za 45-minutowe zamknięcie czterech osób w jednym pokoju? Moim zdaniem warto. Zawsze to jakaś odskocznia od standardowego kina czy wypadu na kręgle, a przynajmniej rozrusza się zaspane mózgowe zwoje.
Gry typu Escape The Room pojawiły się nad Wisłą zaledwie kilka miesięcy temu, ale wieść o nich coraz szybciej rozchodzi się po mieście. I to nie jednym, bo tajemnicze pokoje znajdują się między innymi w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu i Lublinie (Let Me Out), Wrocławiu (Logical Room) czy Krakowie i Łodzi (Project Escape).
Napisz do autorki: patrycja.marszalek@natemat.pl
