Piotr P. to mały "dziadek z Wermachtu". Jak bulterier Kurski pokutuje, by wrócić do PiS

Jacek Kurski robi wszystko, by znaleźć się na listach PiS w wyborach parlamentarnych
Jacek Kurski robi wszystko, by znaleźć się na listach PiS w wyborach parlamentarnych Fot. Przemek Wierzchowski / AG
Jest polityk, dla którego trwająca kampania prezydencka to gra o być albo nie być, choć nie kandyduje. To Jacek Kurski, pisowski renegat, który gorliwością w wychwalaniu Andrzeja Dudy i atakach na prezydenta próbuje zasłużyć sobie na rozgrzeszenie u Jarosława Kaczyńskiego. Akcją ze zdjęciem Komorowskiego i szefa SKOK Wołomin znacznie przybliżył się do miejsca na liście PiS w wyborach parlamentarnych.


Prezent dla partii matki
Mówi o sobie "polityk zjednoczonej prawicy in pectore (z łac. w sercu)". Nikt nie ma jednak wątpliwości, że to stan tymczasowy, bo celem Kurskiego jest powrót na łono PiS. Choć po rozpadzie Solidarnej Polski trwa w zawieszeniu, w ostatnich tygodniach widać jak na dłoni, że przebiera nogami, by ponownie stanąć w pierwszej linii za Jarosławem Kaczyńskim. Dobitnie pokazała to awantura o SKOK-i, która dzięki niemu z oręża PO i sztabu Bronisława Komorowskiego stała się potężną bronią obozu kandydata PiS.


To Kurski pierwszy zapytał, co łączy prezydenta z Piotrem P., byłym szefem SKOK Wołomin. To on sprawił, że politycy PiS mogli pielgrzymować po studiach telewizyjnych ze zdjęciem, mającym rzekomo potwierdzać powiązanie Komorowskiego z aferą w kasach. Dla PiS ta inicjatywa była jak gwiazda z nieba, bo w innym wypadku politycy partii Kaczyńskiego znaleźliby się pod ostrzałem za patronat nad SKOK-ami.

– Jacek wykazał się w tej sprawie refleksem. Platforma od tygodnia przygotowywała się, by uderzyć sprawą SKOK-ów. Dzięki niemu stało się to niemożliwe. Ma doświadczenie w kampaniach, jest członkiem obozu zjednoczonej prawicy, więc trudno by był biernym obserwatorem. Widać, że ciągnie wilka do lasu – mówi naTemat Adam Bielan, były spin doctor PiS.

Pokutnik
Wyciągnięcie tego rodzaju tematu przypomina sprawę "dziadka z Wermachtu" – najbardziej efektowne "osiągnięcie" Kurskiego z wyborów prezydenckich w 2005 roku. Wtedy politycy PiS jak jeden mąż zapewniali, że to inicjatywa własna polityka określanego mianem "bulteriera". Dziś jest podobnie. Sztabowcy Andrzeja Dudy przekonują, że Kurski robi wszystko na własny rachunek – nie współpracuje ze sztabem, nie doradza i nie konsultuje. Niektórzy nie dowierzają, ale – jak słyszę od członka władz partii – Kurski rzeczywiście nie jest tam mile widziany.


– Myśmy nie mieli na tę sprawę ze SKOK-ami żadnego wpływu. To inicjatywa Jacka. Pewnie tak wyobraził sobie swoje funkcjonowanie. Póki co nie ma jednak mowy o tym, żeby działał przy sztabie. Taka akcja może spowodować poprawę naszych relacji, ale na wszystko trzeba czasu – mówi mi bliski współpracownik prezesa Kaczyńskiego.

Faktem jest jednak, że Kurski wrócił do gry – zarówno tej kampanijnej, jak i tej o powrót na łono partii. Mój rozmówca przyznaje, że pokazał tym samym, iż wciąż "ma to coś" – w sprawie Komorowskiego i Piotra P. skutecznie sprzedał mediom dobrze opakowaną i atrakcyjną historię. Widać, że wziął sobie do serca słowa posła PiS Joachima Brudzińskiego, który kilka miesięcy temu mówił, że "żeby było wybaczenie, musi być pokuta, żal za grzechy, a serce Jarosława Kaczyńskiego jest bardzo miłosierne". Takiego pokutnika PiS ewidentnie sobie życzy.

Tym bardziej, że Kurski nawrócił się także w innych kwestiach. Kiedy odszedł z PiS, mówił, że nie wierzy w zamach w Smoleńsku i krytykował Antoniego Macierewicza. Po tamtych słowach nic nie zostało.

– Przez lata byłem sceptyczny wobec teorii zamachu, (...) ale po tym czego doświadczyliśmy jako Europejczycy w ostatnich miesiącach, czyli po tym szaleństwie Putina, który jest w stanie mordować taśmowo ludzi w Mariupolu, który jest w stanie zestrzelić malezyjski samolot, który dokonuje agresji widać, że jest to człowiek, który nie cofnąłby się przed zamachem na prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2010 roku – komentował ostatnio w Radiu Zet.
Jacek Kurski

Wtedy nie widziałem aż tyle, można powiedzieć, że Jarosław Kaczyński był ode mnie mądrzejszy widząc do czego może się posunąć Putin. Putin po moich słowach się dopiero do tego posunął.

W pogoni za listą
Cel gry Kurskiego jest jasny. Na jesieni Polacy pójdą do urn, by zagłosować w wyborach parlamentarnych. Kurski musi być na liście PiS, jeśli chce myśleć o pozostaniu w polityce. Pytany ostatnio przez "Polskę The Times", czy rzeczywiście zabiega o powrót, stwierdził, że jest "w czyśćcu". – Jeszcze mi trochę stopy przypieka od dołu, ale w oczach już blask niebiański się mieni – dodał.

Widać więc, że ma nadzieję, iż "mały dziadek z Wermachtu" przybliżył go do celu. Ale czy na pewno? Sprawa jest bardzo skomplikowana. – Sądzę, że przed wyborami prezydenckimi raczej nie ma takiej możliwości. Nie możemy sobie pozwolić, by odtwarzano wypowiedzi Kurskiego przeciwko nam. Przecież on był spiritus movens odejścia z PiS. Łatwo to odgrzać – komentuje polityk z władz PiS.

Zastrzega też, że nawet po wyborach prezydenckich powrót Kurskiego będzie sprawą dyskusyjną. – Jest wiele różnych problemów. On jest bardzo poróżniony ze Zbyszkiem Ziobro, z którym przecież podpisaliśmy umowę. Poza tym on musiałby wrócić do jakiejś struktury, a jego w Gdańsku, skąd startował, nie przyjmą. Musiałby robić za spadochroniarza gdzie indziej – stwierdza.

Byłego bulteriera PiS to jednak nie zniechęca. We wspomnianym wywiadzie dla "Polski" powiedział, że będzie "wyręczał media w mówieniu prawdy". Można się spodziewać, że takich kampanijnych prawd, jak ta o Komorowskim, będzie więcej. A wszystko w ramach pokuty.

Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl