Nowy show TVN zapoczątkował na nowo dyskusję o tym czy i w jakim charakterze dzieci powinny występować w podobnych programach.
Nowy show TVN zapoczątkował na nowo dyskusję o tym czy i w jakim charakterze dzieci powinny występować w podobnych programach. Fot. TVN / materiały promocyjne

Awantura o "Małych gigantów" rozpoczęła się kilka tygodni temu. Dokładnie 6 marca. Widzowie podzieleni, eksperci zniesmaczeni. Pierwszy odcinek TVN–owskiego show zamiast rozrywki, zmusił wielu do refleksji – czy dzieci w świetle reflektorów to na pewno dobry pomysł. Pytanie tylko, czy w ślad za nią, pójdą konkretne zmiany na lepsze.

REKLAMA
A potencjał ku temu jest, bo choć problem udziału dzieci w wielkoformatowych show jest dobrze znany, to jednak po raz pierwszy został sprzedany w odpowiedniej formie. Takiej, która wprost zwraca uwagę na to jak bardzo show biznes może dzieci skrzywdzić. Producenci, jak sądzę, dokonali tego zupełnie nieświadomie, ale to akurat nikomu nie zaszkodzi.
"Mali giganci" to show, które w założeniu miało promować największe dziecięce talenty. – Podczas castingów powstanie 6 drużyn, a w każdej z nich znajdzie się jeden uzdolniony wokalista, para taneczna oraz jeden showman – czyli przebojowe dziecko potrafiące przegadać Kubę Wojewódzkiego i mówić lepsze żarty od Filipa Chajzera. Każda z drużyn będzie mieć swojego opiekuna artystycznego i nazwę. Natalia Lesz, Ula Chincz, Aneta Todorczuk-Perchuć, Olivier Janiak, Czesław Mozil oraz Piotr Rubik do każdego odcinka przygotują swój zespół, by zaprezentować się przed jury – czytamy na stronie TVN, który emituje program.
Drużyny rywalizują ze sobą w kategorii śpiewu, tańca i show. Zespół, który dostaje najmniej punktów odpada. Do finału docierają tylko dwie drużyny. Natomiast w ostatnim odcinku widzowie zobaczą konkurencję indywidualną i wybiorą po jednym faworycie z każdej kategorii.
Na pierwszy rzut oka nie ma w tym nic złego. Przy bliższym przyjrzeniu się jednak program sporo traci. Kontrowersje wzbudziły przede wszystkim zasady decydujące o tym, kto jest lepszy a kto gorszy są dla dzieci nie jasne, fakt, że dzieci rywalizują ze sobą w kategoriach, które trudno porównać oraz... zachowanie prowadzących.
Nie ma dramatu, jest kasa
O angażowaniu dzieci do telewizyjnych show pisano już wiele, o konkursach piękności nakręcono masę reportaży, a teorię o tym, że rodzice rekompensują sobie własne niespełnione marzenia (albo nieudane życie zawodowe) wpychając kilkuletnie maluchy w świat show biznesu mamy już w głowach chyba wszyscy. I co? I nic.
Wszystko dlatego, że dojmująca większość materiałów, które w założeniu miały obrazować dramat dzieci zmuszanych do występów czy to w programach rozrywkowych czy konkursach piękność, de facto takie zachowania promowała. Rzadko pokazywano łzy malucha, który „gigantem” czy „miss” nie został. Mało mówiono o tym jak przegrana wpływa na kilkulatka. A nawet jeśli ktoś kiedyś próbował taki obraz narysować, przyćmiły go spektakularne sukcesy osóbek takich jak chociażby... Honey Boo Boo.
Mająca piegi i – z biegiem lat coraz bardziej widoczny – problem z nadwagą Alana Thompson w sierpniu skończy 10 lat. „Karierę” zaczynała od występów w konkursach piękności. Na tle innych „zawodniczek” wyróżniała się niebywałą wprost pewnością siebie. W jednym z odcinków serii „Mała piękność”, emitowanej przez kanał TLC i mającej – przynajmniej w założeniu – pokazywać kulisy konkursów piękności dla dzieci, Alana oświadczyła, że inne dziewczynki muszą być szalone sądząc, że mają z nią jakiekolwiek szanse.
I miała rację. Dziewczynka z łatwością zdobywała kolejne tytuły. Zaczęły płynąć pieniądze, drzwi do wielkiej kariery powoli się otwierały. A otworzyły się jeszcze szerzej dzięki sprytnym rodzicom Alany i mającym oko do „młodych talentów” producentów TLC. Stacja, która niejako Alanę wylansowała, nie chcąc wypuszczać jej z rąk zaproponowała dziewczynce własny reality show – "Here Comes Honey Boo Boo", czy jak kto woli po polsku po prostu „ Nadchodzi Honey Boo Boo”.
Amerykański sen?
Show miał premierę w styczniu 2012 roku. Dziesięć pierwszych odcinków cieszyło się niebywałą popularnością. Średnia oglądalność to 2,3 mln. Świetnie pod tym względem radziła sobie także druga, trzecia i czwarta seria, której emisja zakończyła się we wrześniu 2014 r. Alana do dziś święci triumfy, przegrywać – co mimo wszystko jej się czasem zdarza – nie znosi. Co to jednak ma za znaczenie skoro w wieku niespełna 10 lat ma konto zasobne w – jeśli wierzyć amerykańskim mediom – przeszło milion dolarów i tyle samo fanów na Facebooku. Rosnącej popularności nie przeszkodziło nawet kilka skandali, o których w naTemat pisała swego czasu Marta Pawłowska. Wśród nich m.in. ten, w którym okazało się, że matka Alany podaje dziewczynce specjalny sok ze środkami pobudzającymi, które pozwalają jej zachować niespotykaną energię na konkursach małych Miss.
Alana konkursy lubi, rywalizacja ją kręci, reality show także i w tym przypadku nie ma niczego złego. Tyle tylko, że – jak oceniają eksperci – znaczny odsetek dzieci w świecie show biznesu znajduje się wbrew własnej woli a zgodnie z wolą rodziców. I to jest właśnie najgroźniejsze.
Trudno jednak się dziwić, że zachęcona łatwą kasą i polska stacja postanowiła zrobić w końcu dziecięce show z prawdziwego zdarzenia. Nie było sensu pokazywać jednak kolejnego konkursu piękności – bo raz, że to już było a dwa, że natychmiast ozwaliby się protestujący przeciwko naruszonej godności dzieci obrońcy tejże. Uznano zatem widocznie, że dużo lepszym będzie formuła sprawdzona już w takich programach jak chociażby „Mam talent!”. Na scenę wpuszczamy zatem dziatwę najzdolniejszą pośród zdolnych i czekamy co się dalej wydarzy.
"Orgia nieletnich króliczków"
Producenci „Małych gigantów” z pewnością mieli rację, co potwierdzają wyniki oglądalności [ponad 3,5 mln widzów przy pierwszych odcinkach – red.]. I być może obyłoby się bez problemów, gdyby nie nie do końca właściwie zachowania prowadzących. Bo jak inaczej można określić Kubę Wojewódzkiego, który do jedenastolatek mówi „to nie był taniec, to była orgia nieletnich króliczków” czy Filipa Chajzera, który z radosną miną pyta kilkulatkę czy może powąchać jej buciki.
Sprawę tuż po emisji pierwszego odcinka na swoim blogu skomentowała psycholog rozwojowa Dorota Zawadzka. Kilka dni później dziennikarka Agata Młynarska skomentowała program w dość emocjonalnym wpisie na swoim oficjalnym facebookowym profilu.
logo
Fot. facebook.com/agata.mlynarska
Za nią poszli inni – Paulina Smaszcz–Kurzajewska, Hanna Lis czy domagająca się wręcz zakazu emisji show aktorka Dorota Stalińska. Wszyscy zgodnie podkreślają – w dziecięcych konkursach nie ma nic złego pod warunkiem, że zorganizuje się je w odpowiedniej formie.
Hanna Lis, dziennikarka

Cała trójka oraz prowadzący odnoszą się do dzieci z sympatią i szacunkiem, ale koniec końców musi paść ocena i werdykt - ty jesteś lepszy, ty gorszy i wracasz do domu. Za ostra rywalizacja i zbyt kategoryczny jej finał jak na tak małych ludzi. Rozumiem, że ta recepta sprawdzała się w dziesiątkach innych talent-shows, ale w przypadku programu z udziałem dzieci powinna jednak ulec znacznej modyfikacji. Czytaj więcej

Powinna i to chyba dostrzega nawet sam TVN skoro program, w którym występują dzieci mające od 4 do 12 lat kieruje do publiczności liczącej sobie więcej niż 12 lat.
logo
Fot. materiały własne
To tylko zabawa?
Medioznawca i socjolog – prof. Wiesław Godzic – na łamach serwisu wirtualnemedia.pl przekonuje, że dla wszystkich powinno być jasne, iż „Mali giganci” to raczej zabawa niż poważny teleturniej a obecność rodziców i praca psychologa są dla dzieci gwarantem ewentualnych znikomych szkód, psychologowie i pedagodzy nie dają się przekonać.
– Narażenie na tak kategoryczną ocenę, w okolicznościach, których dziecko nie do końca rozumie i na dodatek w tak młodym wieku może mieć na dziecięcą samoocenę wielki wpływ – przekonuje psycholog społeczny Jarosław Świątek. – Zwłaszcza, że oceniają dorośli, a dorośli mają u dzieci wielki autorytet.
"Newsweek" podaje, że skargi na "Małych gigantów" wpłynęły już do Rzecznika Praw Dziecka. Rzecznik sprawy nie komentuje. Debata w mediach się toczy. Pytanie – czy ustanowienie prawnego zakazu [taki obowiązuje już m.in. na Łotwie i we Francji – red.] angażowania dzieci do programów takich jak talent show czy konkursy piękności ma w ogóle rację bytu? Zdaniem ekspertów owszem, ale dopóki nie zostaną w tej materii przeprowadzone szczegółowe badania, nie ma na to szans. A zbadać trzeba przede wszystkim wpływ takiej "zabawy" na psychikę dziecka, jego rozwój, edukację.
Póki co więc przytoczmy słowa Doroty Zawadzkiej, która na swoim blogu pisze: – Dziecko musi zawsze być PODMIOTEM naszych działań, a nie przedmiotem tychże. Nie powinno, w żadnym przypadku być wykorzystywane ku uciesze gawiedzi, nawet wielomilionowej i za duże pieniądze…
Pięknie powiedziane. Warto to przemyśleć, zapamiętać i za jakiś czas spojrzeć dużo bardziej krytycznie na programy pokroju „Małych gigantów”. Bo skoro coraz częściej określamy wybory miss jako uwłaczające godności kobiety, dlaczego nic złego nie widzimy w tym, żeby narażać dobro dzieci tylko i wyłącznie dla własnej rozrywki?

napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl