Ma 24 lata i debiut giełdowy za sobą. Jakub Kokoszka: Dla dobrych zawsze jest miejsce na rynku

fot. Jarek Kotomski, zdjęcia pochodzą z sesji dla magazynu "Malemen" (maj 2012)
Miał 16 lat kiedy zaczynał pracę, 19 gdy dostał pierwszy etat, 23 kiedy BMW chciało zatrzymać go w firmie za wszelką cenę. Najmłodszy prezes spółki notowanej na rynku New Connect dziwi się, gdy studenci wybierają wakacje na plaży zamiast stażu w korporacji i uważa, że w Polska to świetne miejsce na biznes.

Skończyłam studia już jakiś czas temu, ale mimo to wciąż słyszę jak znajomi z roku narzekają: słaba praca, niskie zarobki, kiepska umowa. Pan w wieku 24 lat ma na koncie już kilka przynoszących duże zyski biznesów. Co by pan im powiedział?
Jakub Kokoszka: Uważam, że rynek jest tak samo łatwy i tak samo trudny dla wszystkich. Moje pokolenie zaczynało karierę zawodową w najcięższym momencie - w roku 2008, kiedy upadały banki, spadały ceny akcji na giełdach, odbywały się masowe zwolnienia i cięcia kosztów, szczególnie w sektorze finansowym i nieruchomości. Dla dobrych osób zawsze jest miejsce w firmach.

Jakub Kokoszka

Ma 24 lata i jest najmłodszym prezesem spółki obecnej na alternatywnym rynku GPW NewConnect - Dom Aukcyjny Abbey House SA. Jest redaktorem magazynu "Art & Business", współpracuje też z "Gazetą Bankową". Pracuje od 16 roku życia. Był już instruktorem surfingu, pracował w firmie produkującej motorówki i BMW. CZYTAJ WIĘCEJ

Ja zacząłem wcześnie, doszedłem do mojej pozycji ciężką pracą i uważam, że mamy wielkie szczęście, że jesteśmy w Polsce. Gdybyśmy byli w Grecji, Hiszpanii, Słowacji bylibyśmy w sześcio - dziesięciokrotnie gorszej sytuacji. Po tym, jak życzono nam, żebyśmy byli drugą Japonią, Portugalią, Irlandią, każdy z tych krajów miał poważny kryzys gospodarczy.

To w Polsce, bez wyjeżdżania za granicę, jest szansa na rozwój.

Ile Pan miał lat, kiedy zarobił Pan pierwsze pieniądze? Co to była za praca?

Mając 16 lat byłem instruktorem windsurfingu i narciarstwa. Uczyłem jeździć we Włoszech i Austrii i zarabiałem dzięki temu w miesiącach zimowych pieniądze na poziomie mniej więcej ówczesnej średniej krajowej.


Później cały czas kierowałem się taką logiką, by zdobywać doświadczenie przede wszystkim w pracy, a nie na wykładach. Pamiętałem o tym, że Uniwersytet Warszawski jest na 350. miejscu na świecie i szkoda mi było czasu na studiowanie tak, jak się tego wymagało. Więcej uczyłem się w środowisku biznesowym, bo pół roku w korporacji to jak pięć lat na studiach.

Odważnie. Wiele osób myślało, że dyplom to przepustka do kariery.
Dorośli tłumaczyli, że "będzie czas". Ale moim zdaniem, jeśli ktoś chce odnieść sukces w biznesie, powinien poświęcić studenckie życie. Dziwię się tym, którzy nie zdobywają doświadczenia zawodowego. Jeśli nie znajdą pracy na studiach to potem będą mieli z tym problem.

Jeśli ktoś chce startować w konkurencji: "kariera w korporacji", albo "własny biznes", to im wcześniej zacznie, tym lepiej.

A kiedy rozpoczął pan pracę nad Abbey House?

10 września 2010, miałem wtedy niespełna 23 lata. Ale już jako 19-latek, tuż po maturze, nawiązałem współpracę z Wojciechem Brzozowskim i zacząłem pracować w pełnym wymiarze godzin.

Generalnie: jeśli ktoś spędza wakacje na plaży, a nie w biurze, niech się później nie dziwi, że ciężko mu wystartować na rynku.

Luksusowe motorówki, samochody, sztuka. Ma dla pana znaczenie, co będzie przedmiotem pańskiego biznesu?

Zawsze byłem po tej samej stronie - wszystkie projekty, którymi się zajmowałem to były marki premium. Sprzedaż funduszy inwestycyjnych sztuki, samochody BMW, czy luksusowe łodzie były skierowane do klientów private. Ponadto zawsze zajmowałem się stroną finansową w projektach, byłem „tym kimś kto od cyfr”.

Oczywiście dziedzina też ma znaczenie. Zwykle ma ona związek z byciem pionierem - proponuję produkty, których nie było na rynku. Zajmuję się start-upami.

Młodość pomaga, czy przeszkadza w interesach? Jak wykorzystać jej atuty?

Zakładam, że 90 proc. osób, z którymi pracowałem nie zdawało sobie sprawy jak jestem młody. Nigdy młodość nie była używana jako argument deprecjonujący moje zdanie czy przemyślenia. Nie mówiono "nie zrobimy tego, bo jesteś za młody". Do interesów podchodzę poważnie.

Młodość daje spokój, że robię to, co chcę, a nie to, co muszę, bo mam dzieci czy kredyt. Mam lepszą pozycję negocjacyjną, bo nie jestem pod ścianą, dzięki temu robię rzeczy z zajawki. Mam luz, że przychodzę do pracy rano z zapału, a nie konieczności.

To dzięki młodości podejmuje pan odważne decyzje? Odszedł pan z BMW, choć rodzina, przełożeni, znajomi byli przeciwko.

Pomyślałem tak: jestem na tyle młody, że mogę ryzykować. Jakbym miał 50 lat i dwa kredyty hipoteczne, to bym nie ryzykował. Byłem wtedy na 4 roku studiów i uznałem, że jeśli nie teraz to kiedy?

Jestem zdania, że jeśli ktoś nie wie, w jakiej branży chce robić karierę, to niech testuje wszystkie póki ma czas. Młodość po to jest, żeby popróbować.

Co, poza ciężką pracą, jest najważniejsze dla sukcesu w biznesie?
Myślę, że trzeba też znaleźć czas dla innych osób. Jest pokusa, by powiedzieć: "jestem zajęty", ale nie tędy droga. Oczywiście należy również dbać o zdrowie i znaleźć pasję: motory, bieganie, windsurfing. A także organizować sobie czas na mini przerwy w dobrych momentach.

Moja narzeczona mieszka pod Bydgoszczą. Z przyjemnością wyjeżdżam tam w piątek wieczór, a kiedy wracam w poniedziałek do pracy jestem niesamowicie wypoczęty.

Firma dla Pana to coś więcej niż pieniądze?

Oczywiście. Podchodzę do przedsiębiorstwa bardziej ambicjonalnie. Na pierwszym miejscu jest spełnienie powierzonej misji.

Abbey House z jednej strony jest krytykowana, z drugiej stała się szansą dla młodych artystów. Otoczenie wybaczyło panu sukces?
To się bardzo zmienia. Na początku wszyscy oczekiwali, że otworzymy kolejną galerię, zatrudnimy panią Krysię, która będzie czekała aż ktoś wejdzie i kupi obraz. Teraz, kiedy jesteśmy na rynku już dwa lata, on zaczyna rozumieć, że nasza działalność inspiruje. Kiedy zaczynaliśmy z Abbey House żadne czasopismo biznesowe nie pisało o sztuce. Teraz rynek jest przez nie nieustannie monitorowany, a gazety piszą nie tylko o nas, ale także o naszej konkurencji.

A jeśli chodzi o moje otoczenie prywatne, to jest trochę coś za coś. Ograniczyłem grono znajomych do kilku najbliższych. One są za mną rękami i nogami. Ale poza tym dostaję wiele pozytywnych smsów, ludzie piszą na fb i gratulują kolejnych publikacji, osiągnięć. Nie spotykam się z zawiścią.

Z czego jeszcze musiał pan zrezygnować, żeby wejść na szczyt?

Jak byłem młodszy to miałem dużo więcej czasu na sport. Teraz luksusem jest dla mnie mieć czas dla siebie.

Widzi pan gdzieś koniec pracy? Taki moment, kiedy usiądzie pan w fotelu, by rozkoszować się tym luksusem?

Myślę, że tak. Ale jestem fanem "pracy na swoje", więc będę to robił jeszcze przez lata.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...