
Ratowanie Stoczni Gdańskiej było jednym z największych wyzwań pierwszej kadencji Donalda Tuska. Ukraiński inwestor ISD dostał od państwa 140 mln zł pomocy publicznej w zamian za wdrożenie planu naprawczego. Ale wywiązał się tylko z jednego z czterech postawionych przed nim warunków.
REKLAMA
Po fiasku projektu "katarski inwestor dla Stoczni Gdańskiej" w kolebkę "Solidarności" zdecydowali się w 2007 r. zainwestować Ukraińcy. Konsorcjum ISD kupiło 75 proc. akcji, resztę ma państwo (przez Agencję Rozwoju Przemysłu). Inwestor dostał 150 mln zł. Ale jak twierdzi Najwyższa Izba Kontroli nie wydał ich dobrze.
Według raportu NIK, który poznała "Rzeczpospolita" część pomocy publicznej wydano niezgodnie z przeznaczeniem, a inwestor wywiązał się tylko z jednego spośród czterech przyjętych w umowie kluczowych zobowiązań. Plan przygotowany przez inwestora ukraińskiego i zatwierdzony przez Komisję Europejską, wcielany w latach 2009-2013, poza utrzymaniem miejsc pracy nie został zrealizowany - uważa NIK.
Źródło: "Rzeczpospolita"
Do tego ukraińska firma ma kłopot z regularnym płaceniem składek ZUS. Ci bronią się, że plan od początku był nierealny, bo sytuacja na rynku dramatycznie się pogorszyła, a produkcja statków na świecie spadła o 70 proc. Teraz jednak stocznia wychodzi na prostą i do 2018 r. chce podwoić zatrudnienie do 1,4 tys. osób.
Gdy kilka lat temu rozpoczęto przekształcanie dawnych terenów Stoczni Gdańskiej w zupełnie nową, centralną dzielnicę Gdańska, wiele mówiono o planach stworzenia tam klimatu znanego z Walencji czy Liverpoolu. Dziś z tych ambitnych planów zostało niewiele. Podobnie, jak z legendarnego stoczniowego krajobrazu Gdańska, który znika ostatnimi czasy wręcz z dnia na dzień. O tym jak zmieniają się te tereny pisze Jakub Noch.
Źródło: "Rzeczpospolita"
