Trwa proces gen. Pawła Bielawnego, byłego wiceszefa BOR.
Trwa proces gen. Pawła Bielawnego, byłego wiceszefa BOR. Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta

Prywatne firmy nie chciały latać do Smoleńska, bo nie miały żadnych dokumentów tamtejszego lotniska i bały się o to, czy lot tam w ogóle jest bezpieczny. Z kolei polscy piloci wojskowi mieli dokumenty, ale "z nieoficjalnego źródła", a podejmując decyzję o locie do Smoleńska opierali się na zapewnieniach Rosjan, że na miejscu wszystko będzie przygotowane.

REKLAMA
Obok głównego śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, które prowadzi Naczelna Prokuratura Wojskowa, toczy się kilka mniejszych postępowań. Jednym z nich jest proces gen Pawła Bielawnego, byłego wiceszefa BOR, który jest oskarżany o to, że podległa mu służba nie sprawdziła lotniska w Smoleńsku, zanim polecieli tam premier (7 kwietnia) i prezydent (10 kwietnia).
Dzień przed piątą rocznicą katastrofy odbyła się kolejna rozprawa, na której mieli się pojawić m.in. Tomasz Arabski, były szef Kancelarii Premiera i Jacek Sasin, w 2010 r. minister w Kancelarii Prezydenta – opisuje "Gazeta Wyborcza". Żaden z nich się nie stawił, ale przed sądem zeznawał Miłosław Kuśmirek, który organizował loty do Smoleńska. Mówi, że prywatne firmy bały się tam latać, ale Rosjanie powiedzieli, że nie ma przeciwwskazań.
Dlatego zdecydowano się nie czarterować samolotu, tylko skorzystać z usług 36. specpułku. Jego dowódca mówił, że piloci mieli plany lotniska, ale zdobyli je nieoficjalnie. Do tego Rosjanie zapewniali, że podczas obu wizyt wszystkie niezbędne służby będą na miejscu. Gen. Bielawny powtarza, że za bezpieczeństwo odpowiada strona przyjmująca.