Ewa Kochanowska, wdowa po Rzeczniku Praw Obywatelskich nazywa śledztwo prokuratury "bagnem".
Ewa Kochanowska, wdowa po Rzeczniku Praw Obywatelskich nazywa śledztwo prokuratury "bagnem". Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Ujawnienie nowych stenogramów z kokpitu tupolewa skłoniło rodziny smoleńskie do zabrania głosu. Na konferencji w Sejmie wystąpiła m.in. Ewa Kochanowska. – Niczego od pani Ewy Kopacz nie chcę. Chcę jednego: żeby to śledztwo wreszcie wyszło z tego bagna, w którym się znajduje – mówi w "Bez autoryzacji" wdowa po Rzeczniku Praw Obywatelskich Januszu Kochanowskim.

REKLAMA
Zaskoczyła panią treść stenogramów, które ujawniło radio RMF FM?
Zaskoczę pana: nie. To informacje, które widziałam w internecie już dwa lata temu. To pewnie te same insynuacje. To, co najbardziej mnie zaskoczyło, to fakt, że prokuratura dopuściła do publikacji tak wątpliwego materiału. Na początku myślałam, że to dalszy ciąg konferencji prokuratury, a parę godzin po publikacji tych materiałów prokuratura się odcięła.
Mnie zastanawia, czy rzeczywiście prokuratura stoi za wyciekiem tych danych – i wtedy to jest podłość – czy prokuratura nie panuje nad swoimi biegłymi – i to jest głupota. To mnie zajmowało. Jest mi dodatkowo ciężko, bo mamy tak, jak było pięć lat temu: najpierw święta, później zaraz 10 kwietnia. Wiele rodzin chciało ten czas spędzić czas w skupieniu, na wspomnieniach o swoich bliskich, a jesteśmy tak nieprzyzwoicie szarpani, tak tłuczeni, że to nieprzyzwoite i przykre.
A jeśli pan Artymowicz, który jest najprawdopodobniej autorem tej kompilacji, ma ochotę na coś więcej, to polecam mu, aby zajął się słynnym filmem "Koli 1.24". Niech sobie przesłucha dokładnie i da transkrypcję do radia.
Czy tymi stenogramami powinien się zająć zespół Macierewicza i potraktować je jako dowody?
Zostało już powiedzianych wiele rzeczy dyskredytujących te stenogramy całkowicie. Dogłębna analiza tego materiału pokaże, że to mistyfikacja obliczona na wywołanie właśnie takiej reakcji, jaką obserwujemy.
Pojawiają się teorie, że to element kampanii wyborczej, próba sprowokowania PiS.
Oczywiście, że tak. Jesteśmy w trakcie kampanii i to było bardzo łatwe do przewidzenia. Nawet sugerowałam, że tego typu rzeczy się pojawią. To normalne, jeśli chce się drugą stronę wypuścić z agresją, ośmieszyć, to takie działania się robi.
Konferencja, na której wystąpiła pani w Sejmie obok córki ministra Wassermanna i żony gen. Błasika to była pań inicjatywa? Widziałem tam obok zastępcę rzecznika PiS.
Od początku katastrofy smoleńskiej, od zbyt pośpiesznego oskarżenia pilotów pojawiła się u mnie duża nieufność, którą jeszcze wzmocniło zastosowanie 13. załącznika [do konwencji chicagowskiej - przyp. naTemat]. To było bulwersujące.
Jestem inicjatorem żądań międzynarodowej komisji, domagam się jej od początku. Uważam nawet, nie tak jak Małgosia [Wassermann - przyp. naTemat], która chce włączyć Polaków, że ta komisja powinna być bez udziału Rosjan i Polaków. Holendrzy uważają, że ani Ukraińcy, ani Rosjanie nie powinni brać udziału w badaniu zestrzelenia samolotu.
Czy po zmianie premiera poprawiły się kontakty z rodzinami ofiar? Bo z premierem Tuskiem ta współpraca nie układała się dobrze.
Nie, nie mam żadnych kontaktów z premier.
A oczekuje pani, żeby to się zmieniło?
Nie, niczego od pani Ewy Kopacz nie chcę. Chcę jednego: żeby to śledztwo wreszcie wyszło z tego bagna, w którym się znajduje. Mam nadzieję - może naiwnie - że jakakolwiek będzie niezależna decyzja, to będę musiała się z nią zgodzić. Ale w sytuacji tej amatorszczyzny, która się dzieje od pięciu lat mówię: wystarczy. I nikt nie musi mnie namawiać, niczego sugerować. To moja odpowiedź na pięć lat nieudolności. I nie tylko moja, ale większości rodzin.
Czyli koniec śledztwa, wyrok nie będzie zamknięciem sprawy?
Absolutnie nie, to śledztwo ma takie dziury, że wieloryby mogą przepływać. Nie widzę takiej możliwości.
Rozmowa przeprowadzona 8 kwietnia

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl