Polka w Hollywood: Agnieszka Grochowska zagrała u Ridleya Scotta. "Wciąż staram się zachować proporcje"

Agnieszka Grochowska i Juliusz Machulski na festiwalu filmowym w Gdyni.
Agnieszka Grochowska i Juliusz Machulski na festiwalu filmowym w Gdyni. fot. Rafał Małko/Agencja Gazeta
Aktorka pierwszoligowa. Kochana zarówno przez reżyserów, jak i widzów. Laureatka filmowych Orłów i Lwów, na festiwalu filmowym w Berlinie wyróżniona jako „wschodząca gwiazda”. W Polsce zbliżyła się już do szczytu możliwości, za to coraz częściej upomina się o nią zagraniczne kino. Tym razem zagrała w amerykańskim thrillerze „System" u boku Toma Hardy'ego, Gary'ego Oldmana i Noomi Rapace. Dla nas znalazła chwilę, aby opowiedzieć o pracy na planie hollywoodzkiej produkcji Ridleya Scotta, która wchodzi właśnie na ekrany naszych kin.


Kilka dni przed premierą, Rosjanie zakazali u siebie wyświetlania „Systemu”. Jesteś zaskoczona?

Niespecjalnie. Oczywiście, wcześniej przez myśl mi nie przeszło, że zakażą tego filmu. Nie spodziewałam się tej decyzji. Ale „System” pokazuje czasy stalinowskie dość realistycznie. Stawia Związek Radziecki w mało korzystnym świetle. Wiadomo, to nie był raj. Nic więc dziwnego, że Rosjanie go u siebie zakazali, zwłaszcza że zbliża się 70-ta rocznica zwycięstwa na nazistowskimi Niemcami. Moment nam nie sprzyjał.


Czym przekonałaś do siebie reżysera Daniela Espinosę? Kiedy zobaczył Cię na żywo, zdecydował się mocno rozszerzyć Twoją rolę...

(śmiech) Kiedy już wiedziałam, że dostałam angaż, pojechałam na zdjęcia do Pragi. Myślałam, że jadę tam jako epizodystka, zagrać mikroskopijną rólkę. Że będę popychana z kąta w kąt. Słowem: założyłam czarny scenariusz. I mile się zaskoczyłam, było wręcz odwrotnie. Daniel Espinosa przywitał mnie bardzo ciepło, jak dobrą znajomą. Nie byłam dla niego obcą osobą, znał mój aktorski dorobek. Wiedział, że gram w filmach europejskich, gram główne role w Polsce.


On sam jest Szwedem. Chyba bliżej mu do nas, niż do Amerykanów. W pierwszej rozmowie okazało się, że jego nauczycielem był Wojciech Marczewski - okazuje się więc, że kino europejskie ma częściowo wspólne korzenie. Z tego co usłyszałam wynikało, że Daniel Espinosa zobaczył moje próbne nagranie i bardzo mu się spodobało. Później uznał, że trzeba zmienić punkt ciężkości. Że scenę, w której gram, powinna prowadzić filmowa matka. Zabrał więc dialogi mojego filmowego męża i przypisał mi.


Bardzo starannie wybierasz role. „System” to duży krok na drodze do międzynarodowej kariery?

Raczej nie, ta rola jest maleńka. Nie spodziewam się, że po tak małej rólce wydarzy się coś wielkiego, jakiś nagły zwrot w karierze. Za oceanem nie mam nawet swojego agenta, nie szukam tam ról. Nie działam aktywnie na tamtejszym rynku...(śmiech). Okazje takie jak ta - aby zagrać u Ridleya Scotta - pojawiają się w moim życiu przez przypadek. Są niejako wynikiem tego, czym się zajmuję. Kilka lat temu poznałam na festiwalu w Berlinie Nancy Bishop, która castinguje amerykańskie filmy w Pradze. A ona znienacka się odezwała i wysłała scenę. Nagrałam ją więc, wysłałam plik WeTransferem przez internet i po jakimś czasie przyszła odpowiedź, że dostałam rolę.

Wniosek? Nigdy nie wiadomo, kiedy spotkasz kogoś ważnego na swojej drodze (śmiech). A tak serio: siłą rzeczy, znajduję się w aktorskiej bazie. Kiedy będzie potrzebna jakaś Rosjanka do filmu, może ktoś się do mnie odezwie...
Dostałaś rolę przez internet. Tradycyjne castingi odeszły do lamusa?

Różnie z tym bywa. W Polsce zwykle dostaję role bez castingu. Mam już spory dorobek. Mniej więcej wiadomo, czego się można po mnie spodziewać. Za to w przypadku zagranicznych produkcji zwykle ktoś przyjeżdża do Polski, żeby się ze mną zobaczyć. Ale bywa i tak – zwłaszcza w filmach, które są kręcone w Anglii czy Stanach – że nagrywam próbkę swoich możliwości i wysyłam przez internet. Tak jest łatwiej, taniej i szybciej. Wystarczy kilka sekund, żeby nagrany materiał znalazł się w dowolnym miejscu na świecie.

Kiedy ostatnio zdarzył Ci się taki tradycyjny casting?

Hmmm, myślę.... (śmiech). Oj, dawno.

Wspomniałaś w jednym z wywiadów, że ćwiczyłaś rolę z coachem...?

...czyli z trenerem języka. Jego zadaniem było zarysować głównym aktorom, jak brzmi rosyjski akcent w angielskim. Akurat w moim przypadku nie było wiele poprawek, bo i tekstu było niedużo. Spotkaliśmy się w mojej przyczepie dwa razy, może pół godziny. Ale ta praca bardzo mi się przydała. Błędy językowe peszą, uniemożliwiają granie. Tutaj - prócz obcego języka - były jeszcze emocje, które musiałam pokazać. Chodziło więc o to, żebym mogła używać obcych słów, jak własnych.

Te próby były o tyle dziwne, że na malutkiej przestrzeni, z zupełnie obcą osobą, musiałam grać na sto procent, krzyczeć, dramatyzować. I muszę przyznać, że to była jedna z trudniejszych rzeczy! (śmiech). Co innego grać scenę z Tomem Hardy'm, bo wszyscy bierzemy udział w tej samej zabawie. Wierzymy, że jesteśmy w stalinowskim Związku Radzieckim, wchodzimy w ten świat. Natomiast przed nauczycielem to jest krępujące. Jednak tych kilka rad, których mi udzielił, okazało się bardzo pomocnych. Pomogły mi poczuć się pewnie. Dzięki temu - wchodząc na plan - byłam gotowa do pracy.

Różnica między pracą w Polsce i pracą na planie hollywoodzkiej produkcji?

Sprowadza się do budżetu. Ten amerykański jest nieporównywalnie większy. Jest też więcej czasu na zrobienie filmu. Dwuminutową scenę z Tomem Hardy'm kręciliśmy cały dzień, przez dwanaście godzin. To mi się nigdy dotąd nie zdarzyło. W Polsce mamy zazwyczaj pięć minut ekranowych dziennie do nakręcenia, co oznacza trzykrotnie więcej, niż w Stanach. To, że nie ogranicza ich czas ani budżet jest bardzo komfortowe.
Poza pieniędzmi, wszystkiego na planie jest więcej. Dużo więcej ludzi, którzy pracują nad filmem. Baza camperów, które stoją na planie filmowym jest olbrzymia. Całe miasteczko. I ciągle jesteś pod kontrolą. Nie możesz się kręcić gdzieś między make-upem a garderobą, nie możesz zniknąć z oczu. Wszędzie jesteś doprowadzany przez ludzi w słuchawkach, którzy mają ciągłą łączność z planem filmowym. Są osoby odpowiedzialne za to, żeby aktor był we właściwym miejscu o właściwej porze. I w dobrym stanie (śmiech).

A profesjonalizm? Większy, mniejszy?

W Polsce mamy bardzo dobre ekipy filmowe. Mamy świetnych twórców, często nagradzanych za granicą. Tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia. Jedyna różnica to taka, że tamci mają nieporównywalnie większy komfort pracy. I więcej czasu, i więcej pieniędzy. Dzięki temu ludzie mogą dać więcej z siebie. Strasznie fajnie jest pracować w takich warunkach, mieć taką swobodę...

Twoja pierwsza myśl, kiedy zobaczyłaś swoje nazwisko obok Gary'ego Oldmana, Vincenta Casella, Toma Hardy...?

Mówisz o plakacie? Szczerze mówiąc, moja pierwsza myśl brzmiała mniej więcej: „Jak im się to udało zrobić, że moje nazwisko się tu znalazło?!”

Skromność przez Ciebie przemawia. Czołowa polska aktorka...

Staram się zachować proporcje. Jest mi bardzo miło, że znalazłam się między Vincentem Casselem a Ridleyem Scottem. Ale powiedzmy sobie szczerze: to nie jest jeszcze mocna drugoplanowa rola w amerykańskim filmie. Będę jej mocno wyczekiwać (śmiech). Byłam mile zaskoczona, że Amerykanie zgodzili się na taką wersję polskiego plakatu. Bo to oznacza, że uznają to, co robię tutaj i nie wstydzą się tego, co zrobiłam w ich filmie.

Jesteś fanką kryminału? Czytałaś „Ofiarę 44” na bazie której powstał scenariusz do filmu?

„Ofiara 44” - teraz wydana pod tytułem "System"- to mocna i świetnie napisana książka. Ale różni się zdecydowanie od filmu i jestem ciekawa opinii widzów, którzy są po jej lekturze.

To teraz mała zachęta dla widzów, którzy wybierają się do kina. „System” warto zobaczyć, bo...

...po pierwsze, to film historyczny. Dotyka tego okresu, który nas Polaków pośrednio dotyczy. Ta część historii nie została jeszcze dokładnie opowiedziana w filmie. Po drugie: to bardzo skomplikowana relacja dwójki głównych bohaterów, świetnie sportretowana i zagrana przez Toma Hardy'ego i Naomi Rapace. Zdarzenie dwojga ludzi, bardzo dziwna miłość. A po trzecie: to po prostu dobry film.