
W polskiej armii nastał czas wielkich zakupów. Politycy dyskutują o wyborze śmigłowców bojowych, rozpoczęto też negocjacje ws. zakupu tarczy antyrakietowej, a wszyscy przypominają, że będziemy też kupować śmigłowce bojowe. Mało kto pamięta o Marynarce Wojennej, która też idzie na zakupy: za 10 mld zł kupimy trzy okręty podwodne.
REKLAMA
Polska flota zdecydowanie nie oddaje wielkości naszego państwa i znaczenia, jakie ma dla nas Morze Bałtyckie. Dlatego wojsko kupi trzy okręty podwodne za ok. 10 mld zł - podaje "Gazeta Wyborcza". Te, które służą dzisiaj mają ponad cztery dekady i de facto nie powinny pływać. Zostaną wycofane z eksploatacji w 2016 roku.
Pojawiły się też głosy, po co nam w ogóle okręty. - Jeden okręt podwodny może bez problemu związać dziesięć okrętów przeciwnika - tłumaczą oficerowie. Mówią to, czego nie powiedzą oficjalnie: - Trzy, cztery okręty najnowszej generacji mogą trzymać w szachu całą rosyjską flotę bałtycką. Czytaj więcej
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
Problem w tym, że nowe maszyny dostaniemy dopiero ok. 2020-2022 roku, więc stracimy wyszkolone załogi. Dlatego Niemcy chcą nam na ten czas pożyczyć swoje okręty, by marynarze nadal mogli ćwiczyć. Choć oficjalnie tego nie przyznają, to także element lobbingu, by wybrać ich ofertę. Jak pisze "GW" skłaniają się do tego także wojskowi.
Można się jednak spodziewać, że także po tym przetargu pojawią się głosy krytyki. Tak, jak po wyborze francuskich śmigłowców. – Nie wyobrażam sobie, żeby Francja, USA, czy jakikolwiek inny kraj, który produkuje na swoim terenie dwa niezłe śmigłowce, które kupuje cały świat, zdecydował się na zakup innych maszyn – mówił były premier Jerzy Buzek.
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
