
Z pozoru Ministerstwo Sprawiedliwości to jeden z najmniej rzucających się w oczy resortów, stojący nieco na skraju wielkich politycznych burz. Odstępstwem o tego były tylko czasy Jarosława Gowina, który na fotelu ministra sprawiedliwości próbował zyskać popularność większą od premiera. Dlaczego więc w historii III RP tylko jednej osobie udało się przetrwać w gmachu przy Al. Ujazdowskich dłużej niż dwa lata, a byli i tacy, którzy kończyli swoją kadencję już po kilku tygodniach?
Jeżeli ktoś zostaje w Polsce ministrem sprawiedliwości, nie powinien przywiązywać się do tego stanowiska na dłużej niż okres około roku i dwóch miesięcy. Mniej więcej tyle czasu na czele Ministerstwa Sprawiedliwości spędzali dotychczasowi jego szefowie. Przez niespełna 26 lat historii III RP funkcję tę sprawowały aż 22 osoby, a po dymisji Cezarego Grabarczyka czekamy na nazwisko kolejnego ministra sprawiedliwości w krótkiej historii polskiej demokracji pisanej od 1989 roku.
Żaden minister nie przetrwał na stanowisku czteroletniej kadencji. Najdłużej była nim Hanna Suchocka, bo prawie 3 lata. Akurat jest to ministerstwo takie, które wymaga kontynuacji i tutaj nie da się niczego zrobić w dwa tygodnie, czy w miesiąc. To wymaga rzetelnej, długotrwałej pracy i odpowiedniego przygotowania. Większe reformy wymiaru sprawiedliwości to w praktyce trzy do czterech lat. Czytaj więcej
W ocenie prof. Mariana Filara, w ostatnich latach spory wpływ na taką, a nie inną kondycję Ministerstwa Sprawiedliwości miała niezwykle zaciekła i agresywna walka pomiędzy najbardziej wpływowymi ugrupowaniami, w którą szefa tego resortu prędzej czy później zaciągano.
To typowa przywara każdej młodej demokracji. Ta kwestia przypomina nam, że wciąż taką młodą demokracją jesteśmy. Pod fotelem ministra sprawiedliwości wciąż tli się ogień. A tymczasem chodzi o to, by zajmowały go osoby, dzięki którym wreszcie polityka nie będzie dominowała tych delikatnych spraw, jakimi powinien zajmować się szef resortu sprawiedliwości.
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
