fot. Jan Zamoyski/ Agencja Gazeta

W Polsce wciąż brak ustawy regulującej kwestie zapłodnienia metodą in vitro. Jednak niedługo to może się zmienić. Sejmowa podkomisja zajmie się dziś rządowym projektem, który daje szansę skorzystania z in vitro zarówno małżeństwom, jak i parom w nieformalnych związkach. Nowe przepisy, proponowane przez Ministerstwo Zdrowia, kładą duży nacisk na bezpieczeństwo zarodków, rodziców jak i samej procedury zapłodnienia. - Ze wszystkich dotychczasowych projektów, ten ma największe szanse powodzenia - mówi adwokat Urszula Gruszko - Szymańska, która zajmuje się ochroną zdrowia.

REKLAMA
W ciągu kilkunastu lat mieliśmy już wiele takich projektów. Za temat in vitro zabierała się większość opcji politycznych. Ten najnowszy, rządowy projekt ustawy - który trafi jutro na sejmową podkomisję - jest najbliższy uchwalenia?
Zdecydowanie. Jest już na etapie zaawansowanych prac parlamentarnych i istnieje realna szansa, że zostanie przyjęty jeszcze w tej kadencji parlamentu. Tutaj czas czas ma kolosalne znaczenie, bo - jeśli projekt ustawy nie zostanie uchwalony przed wakacjami poselskimi w sierpniu - cały proces będzie musiał rozpocząć się od nowa. Potrzebny jest jeszcze podpis prezydenta, ale jesteśmy już tuż, tuż...
Poszło szybko i sprawnie, bo Komisja Europejska zagroziła karami finansowymi?
Uchwalenie ustawy o in vitro jest w dużej mierze sprawą polityczną. I z pewnością na tempo prac wpływa fakt, że Polska dotąd nie wdrożyła dyrektyw europejskich, regulujących kwestie in vitro. Widmo kar finansowych przyśpiesza prace nad tą ustawą. Ale to nie jedyny powód. Premier Ewa Kopacz sama wielokrotnie mówiła, że ustawa o in vitro jest jednym z jej priorytetów.
Kiedy, trzymając się ustawowych terminów, miałaby szansę wejść w życie?
To zależy od tego, jak długo będą trwały prace parlamentarne. Potem ustawa musi zostać podpisana przez prezydenta i ogłoszona w Dzienniku Ustaw. Jeżeli uda się to zrobić do sierpnia, to – zgodnie z jej aktualnymi zapisami – wejdzie w życie w ciągu trzech miesięcy od tej daty. Biorąc pod uwagę ustawowe terminy, może to być listopad, koniec roku. Natomiast to są wciąż szacunkowe terminy. Pewnym jest jednak, że istnieje duża szansa na uchwalenie i wdrożenie tej ustawy jeszcze w obecnej kadencji parlamentu.
W międzyczasie mamy wybory prezydenckie. Jeśli w Belwederze zamieszka kto inny, ta szansa się skurczy?
Tak może być, oczywiście to zależy od wyniku wyborów. Żeby ustawa weszła w życie, absolutnie niezbędny jest podpis prezydenta. Jeśli nowo wybrany kandydat odmówi jej podpisania – to zwyczajnie nie wejdzie w życie. Może też skierować ją do rozpatrzenie przez Trybunał Konstytucyjny i cały ten proces znacznie się wydłuży.
logo
fot. Kuba Atys/ Agencja Gazeta
Rządowy projekt ustawy o in vitro jest procedowany w pośpiechu, żeby zdążyć przed końcem kadencji parlamentu. To rodzi wątpliwości, że będzie zawierać błędy....
Przede wszystkim, brakuje w nim dłuższego okresu przejściowego, który pozwoliłby klinikom leczenia niepłodności i bankom komórek rozrodczych dostosować się do nowych przepisów. Teraz wynosi on tylko trzy miesiące. We wcześniejszej wersji projektu był zapis mówiący, że ustawa wchodzi w życie po roku od jej ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. I ten termin był bardziej realny. Niestety, podczas konsultacji, Rada Ministrów zadecydowała o skróceniu tego terminu, uzasadniając to koniecznością jak najszybszego wdrożenia europejskiego prawa. To ważne, ale z drugiej strony: ta ustawa nie może utrudnić leczenia niepłodności w Polsce. Wtedy będzie mijać się z celem. A tak właśnie może się zdarzyć, jeśli kliniki leczenia niepłodności nie będą miały czasu na dostosowanie się do nowych wymagań. Ta ustawa to swoista rewolucja. Wprowadza szereg nowych obowiązków, nowe wymogi budowlane, techniczne stawiane klinikom leczenia niepłodności... Kliniki i banki komórek rozrodczych nie zdążą tak szybko dostosować się do nowych przepisów.
Grożą im kary?
Tak, projekt ustawy przewiduje sankcje karne i administracyjne za niedostosowanie się do nowego prawa. Pytanie, na ile rygorystycznie Ministerstwo Zdrowia będzie je egzekwować. Ale z pewnością banki i kliniki muszą brać je pod uwagę.
Rządowy projekt ustawy nakłada również obowiązkowe szkolenia na personel i pracowników klinik leczenia niepłodności. Ale z drugiej strony: nie zwalnia z tego obowiązku osób, które już mają wieloletnie doświadczenie i praktykę w wykonywaniu in vitro. Nie zwalnia osób, które mają certyfikaty potwierdzające ich wiedzę i kompetencje w zakresie leczenia niepłodności, uznanych na świecie i w Europie. W ten sam sposób traktuje tych, którzy dopiero rozpoczną działalność i tych, którzy od wielu lat zajmują się leczeniem niepłodności w Polsce. A przecież ich wiedza została już sprawdzona w praktyce, potwierdzona odpowiednimi certyfikatami. I oni powinni być zwolnieni z obowiązku przechodzenia przez obowiązkowe szkolenia...
To trochę masło maślane..Obowiązkowe szkolenia obejmą tych, którzy mają największe w Polsce doświadczenie w leczeniu in vitro i zajmują się tym od wielu lat, mimo braku ustawy?
Zdecydowanie tak. Ci, którzy mają przynajmniej trzyletnie doświadczenie powinni - moim zdaniem - być zwolnieni z obowiązku szkoleniowego. Mają doświadczenie, certyfikaty i sami prowadzą takie szkolenia albo sami, na własną rękę od lat się szkolą, praktykują....To jest sztuka dla sztuki, dodatkowa komplikacja i całkiem niepotrzebna.
Jest i drugi problem, opłat za te szkolenia. Ustawa zakłada, że kliniki leczenia niepłodności będą same płacić za szkolenie swoich pracowników. I to jest w porządku. Ale Minister Zdrowia musi – w drodze rozporządzenia – ustalić wysokość tych opłat, określić jakieś „widełki”. W przeciwnym razie pojawi się ryzyko nadużyć. A w tej chwili projekt nie przewiduje takiej możliwości. I trzeci problem to przejrzystość. Zapisy tej ustawy powinny ją gwarantować. Stąd pomysł, żeby wprowadzić obowiązkowe deklaracje konfliktu interesów...
Budzi jasne skojarzenia z deklaracją wiary składaną przez lekarzy.
To zupełnie co innego. W tym przypadku chodzi o to, żeby osoby z administracji państwowej - które będą pilnować przestrzegania zapisów nowej ustawy - były bezstronne i obiektywne. Deklaracje powinna składać kadra dydaktyczna, która będzie szkolić pracowników klinik leczenia niepłodności. I powinna w nich zawrzeć informacje: w jakich klinikach pracuje, gdzie prowadzi projekty badawcze? Żeby nagle nie okazało się, że uzyskanie zaświadczenia o szkoleniu jest niemożliwe dla danej osoby, ponieważ prowadzi je ktoś z konkurencji.
Podobnie, taki obowiązek deklarowania konfliktu interesów powinien być nałożony na kontrolerów, którzy będą weryfikować czy kliniki leczenia niepłodności przestrzegają nowych przepisów ustawy. Nierzadko zdarzało się już, że kontrola w jednej klinice była przeprowadzana przez kogoś, kto pracuje u konkurencji. Kontrolerzy powinni takie deklaracje składać jeszcze zanim zostaną powołani przez Ministra Zdrowia.
Nowa ustawa powołuje również Radę ds Leczenia Niepłodności. To organ doradczy wobec Ministra Zdrowia. Jej członkowie również powinni składać takie deklaracje. I z drugiej strony: Minister Zdrowia - powołując członków tej Rady - powinien uwzględniać ich deklaracje konfliktu interesów.
logo
fot. shutterstock.com/Monkey Business Images
W Polsce nie było dotąd ani ustawy, ani precyzyjnych przepisów regulujących rynek in vitro. Czy to znaczy, że dotąd panowała wolnoamerykanka?
Nie zgodzę się. Mimo braku prawa, są wytyczne europejskie i są wytyczne Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, które wskazywały jak leczyć niepłodność. One kształtowały dotąd standardy postępowania. Kliniki leczenia niepłodności w Polsce są na wysokim poziomie. I są efektywne: mają skuteczność podobną, jak w innych krajach europejskich. Brakowało natomiast jednego aktu prawnego, który rozstrzygałby wszelkie wątpliwości, dawał gwarancje pacjentom i określał ramy działania klinik i banków komórek rozrodczych. Dobrze, jeśli istnieje akt prawny, który określa prawa i obowiązki wszystkich zainteresowanych.
Rządowy projekt ustawy o in vitro jest dość liberalny w zapisach mówiących, kto może skorzystać z zabiegi in vitro...
Inaczej, niż na przykład w procesie adopcyjnym - ten projekt nie uzależnia wykonania procedury in vitro od tego, czy para starająca się o dziecko jest małżeństwem. Pod tym względem jest liberalny. I w mojej prywatnej opinii: to dobry kierunek. Nie powinna mieć miejsca dyskryminacja osób w związkach nieformalnych w zakresie dostępu do procedury in vitro.
Resort Zdrowia podkreśla, że ten projekt mocno stawia na bezpieczeństwo. Jakie zapisy gwarantują to bezpieczeństwo?
Owszem, ten projekt ustawy dość precyzyjnie reguluje kwestie dotyczące postępowania z zarodkami. Przede wszystkim, zakłada utworzenie rejestru dawczyń komórek jajowych i biorców zarodków. Ten rejestr będzie publiczny, ale nie będzie publicznie dostępny – a to znacząca różnica. Usystematyzowanie wszystkich danych pozwoli wykluczyć problemy medyczne, choćby te związane ze zbyt bliskim pokrewieństwem między rodzicami. To zapewni bezpieczeństwo im i ich dzieciom.
Pani okiem, jako prawnika który od lat zajmuje się in vitro... Największy plus tego projektu ustawy?
Jest absolutnie niezbędnym aktem prawnym, standaryzującym leczenie niepłodności w Polsce. Widzę ryzyka, kwestie wymagające doprecyzowania, ale – z drugiej strony – ta ustawa jest w Polsce bardzo potrzebna, bo dostosowuje polskie prawo do standardów europejskich..
Czyli to, że w ogóle jest?
Dokładnie! Tak jak kodeks cywilny reguluje stosunki cywilno-prawne, kodeks karny reguluje odpowiedzialność za popełnione przestępstwa, tak nie ma dotąd aktu prawnego, który byłby takim kodeksem leczenia niepłodności w Polsce. To jest bardzo podstawowy akt, który jest po prostu: potrzebny. Jakie są zasady? Jak postępować z zarodkami? Jak postępować wobec dawców zarodków i biorczyń? Po raz pierwszy mamy szansę usankcjonować prawnie odpowiedzi na te pytania.
Urszula Gruszko - Szymańska

Adwokat, odpowiedzialna z ramienia Kancelarii Katarzyny Bondaryk za doradztwo regulacyjne w zakresie postępowań prowadzonych przed organami związanymi z ochroną zdrowia. Od wielu lat doradza firmom z branży farmaceutycznej i medycznej. Doświadczenie zawodowe zdobywała m.in. jako ekspert w grupach roboczych przy Komisji Europejskiej, Europejskiej Agencji Leków i Radzie UE. W kolejnych latach jako pracownik Ministerstwa Zdrowia współtworzyła prawo farmaceutyczne, przygotowywała fachowe analizy prawne dotyczące projektów prawa wspólnotowego i prawa polskiego. Praktykowała również jako Szef Departamentu Prawa Farmaceutycznego w jednej z polskich kancelarii prawnych.