
Bronisław Komorowski będzie musiał walczyć o prezydenturę jeszcze dwa tygodnie, choć na początku kampanii wydawało się, że niemal pewne jest jego zwycięstwo w pierwszej turze. Ten scenariusz nie ziścił się na życzenie samego Komorowskiego, który postanowił zostać kandydatem bezpartyjnym. No i został bez partii, która zrobi mu kampanię, a tym samym bez szans na dobry wynik, który jeszcze kilka tygodni był realny.
Do ciszy wyborczej została nieco ponad doba. Teraz nic już nie zmieni biegu kampanii, wyniki wyborów są z grubsza do przewidzenia, a ewentualne wahania będą kosmetyczne. Dlatego można zacząć podsumowywać ostatnie trzy miesiące i zastanawiać się, jak będą wyglądały dwa kolejne tygodnie. Bo te dodatkowe dwa tygodnie kampanii są niemal pewne. Choć Bronisław Komorowski wcale nie musiał tego przechodzić.
Błąd założycielski Na starcie stawka wyglądała tak: Bronisław Komorowski (ponad 40 proc.), długo nikt i Andrzej Duda, a za nim chmara innych, planktonowych kandydatów. Spory dystans dzielił go nie tylko od reszty konkurentów, ale i od bariery 50 proc. Andrzejowi Dudzie udało się niemal dorównać do poparcia PiS (33 proc.), ale później jego kampania straciła paliwo, co analizowaliśmy na naTemat. Pomimo tego Komorowski tracił. Kto był beneficjentem? Głównie Paweł Kukiz.
Ale dramatycznie głębokie tąpnięcie poparcia dla Komorowskiego to nie dowód geniuszu sztabowców Dudy czy Kukiza, ale przede wszystkim konsekwencja złej decyzji prezydenta. Bo zwiedziony wysokim poparciem społecznym (zaufanie nawet na poziomie 70 proc.) Komorowski uznał, że wybory wygrają się same.
Nokaut Poza tym popularny i lubiany prezydent nie chciał być obciążany za 7 lat rządów PO, którymi społeczeństwo jest coraz bardziej zmęczone. Dlatego Komorowski wziął pieniądze na kampanię i właściwie od tej pory współpraca z PO zaczęła wygasać. Znamienne było to, że nawet na Radzie Krajowej PO, która udzieliła poparcia prezydentowi, podczas przemówienia Komorowskiego z ekranów zniknęły partyjne logotypy.

Politycy partii rządzącej nie byli też zbyt obecni w reszcie kampanii. Lokalne komitety poparcia Komorowskiego opierały się nie na miejscowych posłach PO, ale na samorządowcach, nie zawsze związanych z partią. Efekty? Zapowiadany z pompą "Maraton poparcia" skończył się klapą, bo PiS zebrał dla Andrzeja Dudy 1,6 mln podpisów, a PO dla Komorowskiego tylko 450 tys.
Kandydat bez partii Członków PO próbowano zaangażować w kampanię dopiero w ostatnich dwóch tygodniach do roznoszenia po mieszkaniach listów Komorowskiego. Obserwowaliśmy z bliska jak wygląda taka akcja na Mazowszu, z udziałem m.in. Andrzeja Halickiego i Dariusza Dziekanowskiego. Efekt nie był zbyt imponujący.
Działacze odpłacili się Komorowskiemu pięknym za nadobne. Bo prezydent wielokrotnie podkreślał, że jest kandydatem obywatelskim. Przypominał w tym Magdalenę Ogórek, która coraz głośniej powtarzała, że nie jest z SLD. Komorowski wybrał podobną strategię. I także zapłacił za to spadkiem w sondażach. A przede wszystkim odwróceniem się od niego partii.
Kontrast Ewa Kopacz pojawiła się na początku kampanii reelekcyjnej prezydenta, na konwencji wyborczej i na jej końcu, czyli podczas wizyty prezydenta w Radomiu i na jego konwencji w Sopocie. Platforma jako całość, jako organizm: wcale.
Ludzie prezydenta próbowali wstawić protezę: przez ostatnie trzy miesiące Komorowski był aktywny, ale więcej było wydarzeń "prezydenckich", organizowanych przez Kancelarię Prezydenta, niż "kampanijnych", przygotowanych przez sztab. A to nie ta sama siła wpływu na wyborców, nie ta sama energia i medialna ekspozycja. W dodatku wszystko wyglądało nieco schizofrenicznie: do 14.50 Komorowski był prezydentem, a później stawał się kandydatem.
Taka kampania mocno kontrastowała z tym, co pokazał PiS. Jarosław Kaczyński nieustannie jeździł po kraju i mobilizował działaczy. Rozdano setki tysięcy ulotek, a miasta były obklejone plakatami Dudy. Platforma w tym czasie nadal tkwiła w zimowym śnie. Komorowski sam sobie zgotował ten los. I drugą turę.
