
„Monotonna”, „żałosna”, „najgorsza od lat” – utyskiwań na dobiegającą końca kampanię nie ma końca. Jedni narzekają na brak wyraźnej osi podziału, inni na kandydatów-zastępców lub miałkość przekazu politycznego. Trudno nie zgodzić się z tym, że merytoryczna oferta startujących pozostawia wiele do życzenia. Z drugiej strony, trudno również bez komentarza pozostawić bezwzględną ocenę, że w kampanii nie działo się nic.
REKLAMA
Zaangażowanie „zwykłych” obywateli i rekordowe wpłaty na kampanię. Zaskakująca aktywność młodych, którzy bez chwili zastanowienia wsiadali do prezydenckich busów, ogromna rola nowych mediów i roszady jakie zaszły na scenie politycznej, których kilka miesięcy temu nikt by się nie spodziewał. To nie była „nudna” kampania.
Kandydaci bez wizji
Kiedy żaden z kandydatów nie potrafi przedstawić swojej wizji Polski za 50 lat – nie jest dobrze. Gdy nie odpowiada na pytania, ale powtarza z góry przygotowane przez siebie formułki (nawet jeśli nijak się mają do poruszanego tematu) – jest jeszcze gorzej. Przez cały okres wyborczych starań kandydaci prezentowali poziom dalece odbiegający od oczekiwań, w przeciwieństwie do ludzi którzy nad ich kampanią pracowali.
Kiedy żaden z kandydatów nie potrafi przedstawić swojej wizji Polski za 50 lat – nie jest dobrze. Gdy nie odpowiada na pytania, ale powtarza z góry przygotowane przez siebie formułki (nawet jeśli nijak się mają do poruszanego tematu) – jest jeszcze gorzej. Przez cały okres wyborczych starań kandydaci prezentowali poziom dalece odbiegający od oczekiwań, w przeciwieństwie do ludzi którzy nad ich kampanią pracowali.
Oddolna kampania
Paweł Kukiz początkowo nie miał żadnych struktur, a Janusz Korwin-Mikke nie mógł chwalić się zbyt wysoką sumą wyborczych pieniędzy. Ze względu na kapitał – tak finansowy, jak i zwyczajnie „ludzki” – ich kampanie powinny być z góry skazane na porażkę. Nie były, a wszystko dzięki wsparciu „zwykłych" obywateli.
Paweł Kukiz początkowo nie miał żadnych struktur, a Janusz Korwin-Mikke nie mógł chwalić się zbyt wysoką sumą wyborczych pieniędzy. Ze względu na kapitał – tak finansowy, jak i zwyczajnie „ludzki” – ich kampanie powinny być z góry skazane na porażkę. Nie były, a wszystko dzięki wsparciu „zwykłych" obywateli.
Mijająca kampania miała niezwykle oddolny charakter. Ludzie z własnej inicjatywy proponowali pomoc, zbierali podpisy, roznosili ulotki, tworzyli i wirusowo rozpowszechniali filmiki na YouTube. Robili to, bo chcieli – poświęcali czas i energię, nie licząc na wynagrodzenie.
Mało tego, przedwyborcze starania swoich faworytów finansowali z własnych pieniędzy. Miniona kampania to rekordowa suma oddolnych wpłat. Januszowi Korwin-Mikkemu udało się uzbierać ponad 600 tys. zł. Ilość pieniędzy imponująca, przedsięwzięcie samo w sobie również ciekawe, ale mało kto zwraca na to uwagę, bo „kampania jest żenująca”. Pokaźną sumą może pochwalić się także Paweł Kukiz, którego sztab zebrał ponad 430 tysięcy zł.
Drużyna Dudy i maraton Komorowskiego
Mijająca kampania zaangażowała wielu młodych ludzi. Jedni wstępowali do „drużyny Dudy”, inni dołączali do maratonu poparcia Bronisława Komorowskiego. Wielu z nich znam i wiem, że wbrew temu, co myślą niektórzy, nie jeździli po Polsce po to, aby robić dobrze wyglądające w telewizji tło.
Mijająca kampania zaangażowała wielu młodych ludzi. Jedni wstępowali do „drużyny Dudy”, inni dołączali do maratonu poparcia Bronisława Komorowskiego. Wielu z nich znam i wiem, że wbrew temu, co myślą niektórzy, nie jeździli po Polsce po to, aby robić dobrze wyglądające w telewizji tło.
Młodzi ludzie, często studenci, angażowali się, bo po prostu chcieli. Często kosztem własnych zajęć na uczelni, imprez, spotkań ze znajomymi czy zwyczajnego „nicnierobienia”. Jechali z kandydatem na drugi koniec Polski, a na miejscu – mimo długich godzin podróży – tworzyli fajną energię. Ich zaangażowania i optymizmu się nie docenia, bo „kampania jest żenująca”.
Kampania nowej generacji
Silny nacisk na aktywność w mediach społecznościowych to kolejny ewenement tej kampanii. Liderzy opinii z zapałem komentowali, który kandydat lepiej sobie w nich radzi. Agencje tworzyły rankingi, kto i ilu followersów w danych tygodniu zyskał bądź stracił, a sami kandydaci robili wszystko, aby udowodnić, że Twittera prowadzą sami (a nie przez sztab).
Silny nacisk na aktywność w mediach społecznościowych to kolejny ewenement tej kampanii. Liderzy opinii z zapałem komentowali, który kandydat lepiej sobie w nich radzi. Agencje tworzyły rankingi, kto i ilu followersów w danych tygodniu zyskał bądź stracił, a sami kandydaci robili wszystko, aby udowodnić, że Twittera prowadzą sami (a nie przez sztab).
Nowe media dały szansę także zwykłym użytkownikom na to, aby bardziej się w kampanię zaangażować. Takie spotkania jak AMA czy Hangout były nie tylko atrakcyjną internetową akcją i promocją danego kandydata, ale też szansą do wykazania się dla nas – zwykłych wyborców. Mogliśmy nagrać i wysłać swoje pytania, mogliśmy na bieżąco coś skomentować. Wcześniej takich inicjatyw nie było, dziś mało kto w ogóle się w nie angażował, zakładając (jak zwykle), że „kampania jest żenująca”.
Żółta kartka dla prezydenta
Jeszcze kilka miesięcy temu wszyscy byli przekonani, że będzie to kampania, w której naprawdę nic się nie wydarzy. Prezydent, którego poparcie sięgało blisko 70 proc. miał „lekką ręką” wygrać już w pierwszej turze, a całe to wyborcze przedsięwzięcie miało być jedynie lekkostrawną przystawką do parlamentarnych wyborów na jesieni.
Jeszcze kilka miesięcy temu wszyscy byli przekonani, że będzie to kampania, w której naprawdę nic się nie wydarzy. Prezydent, którego poparcie sięgało blisko 70 proc. miał „lekką ręką” wygrać już w pierwszej turze, a całe to wyborcze przedsięwzięcie miało być jedynie lekkostrawną przystawką do parlamentarnych wyborów na jesieni.
Nie było. Bronisław Komorowski stracił ponad 20 proc. poparcia, a żółtą kartkę otrzymał w starciu z szerzej nieznanym początkowo europosłem. To samo w sobie pokazuje, że kampania nie była wcale taka nieprzewidywalna, jaka miała być.
Autodestrukcja SLD i nowa siła antysystemowców
Choć urzędujący kandydaci ubiegali się o fotel prezydenta, miniona kampania miała ogromny wpływ na parlamentarne roszady. Porażka Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który przez starania swojej kandydatki prostą drogą zmierza do zakończenia swojej kariery na Wiejskiej. Z drugiej strony – nowa, antysystemowa siła, której (jak pokazują sondaże) – już się nie powstrzyma. Takich zmian jeszcze kilka miesięcy temu także nikt się nie spodziewał.
Choć urzędujący kandydaci ubiegali się o fotel prezydenta, miniona kampania miała ogromny wpływ na parlamentarne roszady. Porażka Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który przez starania swojej kandydatki prostą drogą zmierza do zakończenia swojej kariery na Wiejskiej. Z drugiej strony – nowa, antysystemowa siła, której (jak pokazują sondaże) – już się nie powstrzyma. Takich zmian jeszcze kilka miesięcy temu także nikt się nie spodziewał.
Żółta kartka dla kandydatów
Po trzech miesiącach z całą stanowczością można powiedzieć, że to nie była przewidywalna ani żenująca kampania. To była kampania, która – po pierwsze – zmieniła obraz sceny politycznej, a po drugie – zmobilizowała tych, którzy do tej pory na hasło wybory byli zupełnie obojętni.
Po trzech miesiącach z całą stanowczością można powiedzieć, że to nie była przewidywalna ani żenująca kampania. To była kampania, która – po pierwsze – zmieniła obraz sceny politycznej, a po drugie – zmobilizowała tych, którzy do tej pory na hasło wybory byli zupełnie obojętni.
Bez względu na to czy była to młoda „drużyna Dudy” czy zmobilizowany przez Kukiza lub JKM-a elektorat, który do tej pory lekceważył wybory. Ludziom zwyczajnie chciało się chcieć – i nawet jeśli była to tylko jakaś część – warto to docenić.
Wybory prezydenckie to wybory o bardzo personalnym charakterze – w związku z tym, to oczywiste, że największą uwagę skupiamy na tych, którzy o ów najważniejszy urząd się ubiegają. Starania samych kandydatów pozostawiają wiele do życzenia, choć z drugiej strony odpowiadają oczekiwaniom tym, pod których tworzona była ta kampania.
Wprawdzie zaangażowanie wyborców rośnie, to nie brakuje również tych, którzy są w stanie nadstawić ucha tylko wtedy, kiedy słyszą potok obietnic lub lawinę krytyki wobec konkurentów. Niestety. Z jednej strony nałogowo narzekano na to, że w działaniach kandydatów spotykamy się z klasycznym przerostem formy nad treścią. Z drugiej – warto zastanowić się, co częściej komentowano – formę czy treść.
Napisz do autora: karolina.wisniewska@natemat.pl
